Reklama

Myślałam, że moje życie jest jak solidny fundament, którego nic nie jest w stanie skruszyć. Miałam wszystko, co według społecznych standardów oznacza sukces: kochającego męża, piękny dom z ogrodem, stabilną pracę i plany na kolejne dekady. Byłam bezpieczna, spokojna. A jednak wystarczyło jedno spojrzenie, jeden ułamek sekundy w hotelowym lobby, bym podpaliła ten idealny obrazek własnymi rękami. Nie szukałam wrażeń, nie uciekałam przed problemami. Po prostu zapomniałam, że namiętność potrafi być niszczycielską siłą, której nie sposób powstrzymać. To historia o tym, jak w jeden weekend zamieniłam swoje poukładane życie w zgliszcza, z których do dziś próbuję się wydostać.

Michał odwiózł mnie na dworzec

Przez ostatnie osiem lat budowałam z Michałem naszą małą twierdzę. Byliśmy parą, której znajomi zazdrościli. Michał był typem człowieka, na którym zawsze można polegać. Kiedy psuł się samochód, on już miał umówionego mechanika. Kiedy miałam gorszy dzień w pracy, czekał z gorącą herbatą i moim ulubionym ciastem. Nasza relacja opierała się na głębokim szacunku i przyjaźni. Nie było tam fajerwerków, które rozświetlałyby niebo każdego wieczoru, ale było ciepło domowego ogniska.

Właśnie kończyliśmy remont salonu. Pamiętam, jak staliśmy pośrodku pachnącego farbą pomieszczenia, wybierając kolor zasłon.

— Może ten gołębi błękit? — zapytał Michał, przykładając skrawek materiału do ściany. — Będzie pasował do twoich oczu.

Uśmiechnęłam się wtedy do niego z czułością. To był dobry człowiek. Najlepszy, jakiego znałam. Planowaliśmy wakacje w Toskanii, rozmawialiśmy o adopcji psa ze schroniska. Moje życie było jak spokojna rzeka, płynąca leniwie w wyznaczonym korycie. Nie wiedziałam wtedy, że pod powierzchnią tej wody czai się wir, który wciągnie mnie na samo dno. Moja firma wysłała mnie na trzydniową konferencję branżową do Wrocławia. Michał odwiózł mnie na dworzec, pocałował w czoło i powiedział, żebym uważała na siebie.

Zadzwoń, jak dojedziesz — rzucił na pożegnanie.

Pomachałam mu przez szybę pociągu, czując ten przyjemny rodzaj tęsknoty, który pojawia się, gdy wiesz, że rozłąka potrwa krótko. Nie miałam pojęcia, że macham nie tylko jemu, ale całemu mojemu dotychczasowemu życiu.

Nasze spojrzenia się spotkały

Hotel, w którym odbywała się konferencja, był nowoczesnym molochem ze szkła i stali. Zameldowałam się, wzięłam szybki prysznic i zjechałam na dół, na bankiet powitalny. Nie lubiłam takich spędów. Wymiana wizytówek, sztuczne uśmiechy, rozmowy o niczym. Wzięłam kieliszek wody gazowanej i stanęłam nieco na uboczu, obserwując tłum. I wtedy go zobaczyłam.

Stałam tyłem do wejścia, ale poczułam dziwny dreszcz, jakby zmieniło się ciśnienie w pomieszczeniu. Odwróciłam się instynktownie. Kilka metrów dalej, w grupie głośno śmiejących się mężczyzn w garniturach, stał Adrian. Mój Adrian. A raczej Adrian z czasów studenckich, moja pierwsza, wielka, niszcząca miłość. Rozstaliśmy się dwanaście lat temu w atmosferze krzyku, trzasku drzwi i złamanego serca. On wyjechał za granicę, ja zostałam, by leczyć rany. Przez lata nie miałam z nim żadnego kontaktu.

Wyglądał inaczej, a jednocześnie tak samo. Przybyło mu kilka zmarszczek wokół oczu, jego włosy były lekko przyprószone siwizną na skroniach, ale ten uśmiech, ten łobuzerski, pewny siebie uśmiech, pozostał niezmienny. W jednej chwili wróciły wszystkie wspomnienia. Nie te złe, o kłótniach i zazdrości. Wróciły te o spacerach do świtu, o czytaniu książek na głos, o uczuciu tak intensywnym, że aż bolało.

Nasze spojrzenia się spotkały. Zamarłam. Widziałam, jak jego twarz zmienia wyraz z rozbawienia na absolutne zaskoczenie, a potem na coś, co przypominało... ulgę? Przeprosił swoich rozmówców i ruszył prosto w moją stronę.

## Niewinna rozmowa o niczym i o wszystkim

— Aga? — Jego głos był niższy, bardziej chropowaty niż zapamiętałam.

— Cześć, Adrian — odpowiedziałam, starając się, by mój nie drżał. — Co ty tu robisz?

— Wróciłem do Polski dwa lata temu. Pracuję teraz dla firmy logistycznej z Poznania. A ty?

— Marketing. Warszawa.

Rozmowa początkowo była sztywna, pełna kurtuazji. Badaliśmy grunt. Opowiedział mi, że ma narzeczoną, Patrycję. Są razem od trzech lat, planują ślub na przyszłą wiosnę. Mówił o niej z szacunkiem, ale bez tego błysku w oku, który pamiętałam z czasów, gdy patrzył na mnie. Ja opowiedziałam o Michale, o remoncie, o naszym spokojnym życiu.

— Wyglądasz na szczęśliwą — powiedział, patrząc mi głęboko w oczy. To nie było zwykłe spojrzenie. Ono rozbierało moją duszę na czynniki pierwsze.

— Jestem szczęśliwa — skłamałam. Albo wtedy jeszcze wierzyłam, że to prawda. — A ty?

— Też. Jest stabilnie. Dorośliśmy, prawda?

Zamiast zakończyć rozmowę i wrócić do swoich pokoi, usiedliśmy przy małym stoliku w hotelowym barze. Godziny mijały jak minuty. Rozmawialiśmy o wszystkim, co nas ominęło. O marzeniach, które porzuciliśmy, o miejscach, które zobaczyliśmy. Czułam się, jakbym po latach mówienia w obcym języku nagle spotkała kogoś, kto mówi moim ojczystym dialektem. Rozumieliśmy się w pół słowa. Michał był moim najlepszym przyjacielem, ale Adrian... Adrian był moją brakującą połową, chaosem, który dopełniał mój porządek.

Około północy temat zszedł na nasze rozstanie.

Żałowałem tego każdego dnia przez pierwszy rok — wyznał cicho, obracając w palcach serwetkę.

— Byliśmy dziećmi, Adrian. To nie miało prawa przetrwać — próbowałam racjonalizować, choć serce biło mi jak młotem.

— Może. Ale nigdy potem nie czułem już tego... ognia.

To zdanie zawisło w powietrzu. Wiedziałam, że powinnam wstać. Powinnam powiedzieć: „Dobranoc, pozdrów Patrycję” i uciec do windy. Miałam męża, którego kochałam. On miał narzeczoną. Byliśmy dorośli, odpowiedzialni. Ale nie wstałam.

Nasz romans był krótki

Następnego dnia unikaliśmy się podczas wykładów, ale czułam jego obecność w każdym kącie sali konferencyjnej. To było jak pole magnetyczne. Wieczorem spotkaliśmy się „przypadkiem” przy windach.

— Idę na spacer. Duszno tu — rzucił.

Pójdę z tobą — odpowiedziałam, zanim zdążyłam pomyśleć.

Wrocław nocą był piękny, ale my nie widzieliśmy zabytków. Szliśmy ramię w ramię, a napięcie między nami było tak gęste, że można je było kroić nożem.

— Dlaczego to robimy? — zapytał nagle, zatrzymując się na moście.

Nic nie robimy. Tylko rozmawiamy — broniłam się słabo.

— Aga... Nie okłamujmy się. Czujesz to tak samo jak ja.

Spojrzał na mnie, a ja przepadłam. W jego oczach widziałam obietnicę życia pełnego emocji, których tak bardzo mi brakowało, choć nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy. Tęskniłam za tą pasją, za byciem czyimś centrum wszechświata, a nie tylko partnerką do płacenia rachunków i planowania obiadów. Kiedy mnie pocałował, świat przestał istnieć. Nie było Michała, nie było Patrycji, nie było konsekwencji. Było tylko tu i teraz. Zapach jego perfum, szorstkość jego dłoni na moim policzku. To był impuls, chwila zapomnienia, która trwała przez kolejne dwie doby.

Nasz romans był krótki. To był właściwie jeden weekend wyrwany z kalendarza. Spędziliśmy go zamknięci w jego pokoju hotelowym, wychodząc tylko po to, by utrzymać pozory uczestnictwa w konferencji. Rozmawialiśmy, śmialiśmy się, płakaliśmy. Czułam się, jakbym odzyskała utraconą młodość. Adrian mówił, że rzuci dla mnie wszystko. Że Patrycja to rozsądek, a ja jestem miłością jego życia.

— Powiedz tylko słowo, a nie wrócę do Poznania. Pojadę z tobą do Warszawy — szeptał mi do ucha.

Byłam odurzona. Przez te 48 godzin wierzyłam, że to możliwe. Że można wymazać ostatnie lata gumką i zacząć od nowa. Że miłość usprawiedliwia każde świństwo.

Byłam przerażona

W pociągu powrotnym euforia zaczęła opadać, ustępując miejsca paraliżującemu strachowi. Spojrzałam na telefon. Trzy nieodebrane połączenia od Michała. Wiadomość: „Kupiłem to wino, które lubisz. Zrobimy kolację, jak wrócisz. Tęsknię”. Poczułam mdłości. Fizyczny ból w żołądku. Co ja zrobiłam?

Gdy weszłam do domu, zapach pieczonej ryby i widok Michała w fartuchu sprawiły, że chciałam zapaść się pod ziemię. Przywitał mnie z uśmiechem, przytulił. Jego dotyk parzył. Czułam się brudna. Czułam się jak oszustka, którą przecież byłam.

— Jak było? — zapytał, nalewając wina.

— Intensywnie — odpowiedziałam, unikając jego wzroku. — Dużo nauki. Jestem padnięta.

Przez kolejne dwa tygodnie żyłam w potwornym napięciu. Adrian pisał do mnie codziennie. Korzystaliśmy z szyfrowanych komunikatorów, kasowałam wiadomości zaraz po przeczytaniu. Pytał, kiedy powiem Michałowi. Naciskał.

„Nie mogę żyć bez ciebie, Aga. Powiedziałem już Patrycji, że musimy porozmawiać o naszej przyszłości. Czekam na twój ruch” — pisał. Byłam przerażona. Zrozumiałam, że weekend we Wrocławiu był bańką mydlaną. Tutaj, w Warszawie, wśród moich mebli, moich książek i mojego dobrego męża, tamta namiętność wydawała się snem wariata. Nie chciałam odchodzić od Michała. Kochałam go. Ale to, co zrobiłam, stało między nami jak mur.

Zaczęłam unikać Adriana. Odpisywałam zdawkowo. On stawał się coraz bardziej zniecierpliwiony. Aż w końcu popełniłam błąd. Ten jeden, klasyczny błąd, o którym piszą w każdym scenariuszu filmowym.

Właśnie skończyło się moje życie

Był wtorkowy wieczór. Michał brał prysznic, a ja robiłam kolację w kuchni. Mój telefon leżał na blacie, podłączony do ładowarki. Zapomniałam go wyciszyć. Zapomniałam, że zmieniłam ustawienia powiadomień, żeby widzieć wiadomości od Adriana na zablokowanym ekranie — tak bardzo czekałam na nie jeszcze kilka dni temu. Telefon zabrzęczał. Raz. Drugi.

Michał wszedł do kuchni, wycierając włosy ręcznikiem. Był bliżej telefonu niż ja.

— Kto tak dobija się o tej porze? — zapytał swobodnie, zerkając na ekran.

Zamarłam z nożem w ręku nad pomidorem. Czas zwolnił. Widziałam, jak jego twarz tężeje. Jak kolor odpływa z jego policzków, a oczy robią się ciemne. Nie krzyczał. Michał nigdy nie krzyczał. Po prostu podniósł na mnie wzrok, a w tym spojrzeniu było tyle bólu, że niemal upadłam na kolana.

— Agnieszka... — Jego głos był cichy, złamany. — Kto to jest Adrian? I dlaczego pisze, że tamta noc w hotelu uświadomiła mu, że nie może bez ciebie żyć?

Próbowałam kłamać. Próbowałam coś wymyślić, ale słowa grzęzły mi w gardle. Michał odczytał moją ciszę bezbłędnie. Podał mi telefon drżącą ręką.

— Przeczytaj to — powiedział. — I powiedz mi, że to pomyłka. Błagam cię, powiedz, że to żart.

Wzięłam aparat. Wiadomość była długa. Adrian wylał w niej całą swoją frustrację i miłość. Wspomniał o naszych planach, o tym, jak dotykałam go we Wrocławiu. Nie było tam miejsca na interpretację. To był dowód zbrodni.

— Michale, to nie tak... To był błąd, chwila słabości... — zaczęłam płakać, próbując go dotknąć, ale cofnął się gwałtownie, jakbym miała trąd.

— Chwila słabości? — powtórzył głucho. — Pisze tu o dwóch dniach. Pisze o tym, że planowaliście wspólne życie. Agnieszka, my planowaliśmy wakacje. My remontowaliśmy salon.

Wyszedł z kuchni. Słyszałam, jak pakuje torbę w sypialni. Stałam tam, wśród niedokończonej kolacji, i wiedziałam, że właśnie skończyło się moje życie.

Zraniłam dwie niewinne osoby

Tej nocy Michał wyjechał do rodziców. Zostałam sama w naszym wielkim, świeżo wyremontowanym domu, który nagle stał się obcy i zimny. Zadzwoniłam do Adriana. Byłam wściekła, zrozpaczona.

Zniszczyłeś wszystko! — krzyczałam do słuchawki.

— Myślałem, że tego chcesz! Że potrzebujesz impulsu! — bronił się. — Ja powiedziałem Patrycji. Zerwałem zaręczyny. Dla ciebie, Aga. Jestem wolny. Możemy być razem.

Ale ja nie chciałam być z nim. Zrozumiałam to w tej samej sekundzie, w której Michał zamknął za sobą drzwi. Romans z Adrianem był ucieczką w fantazję, a nie realną alternatywą. Adrian był echem przeszłości, a nie moją przyszłością. Powiedziałam mu to. Brutalnie, szczerze.

Zapanowała cisza.

— Czyli... zniszczyłem swoje życie dla kaprysu? — zapytał w końcu lodowatym tonem. — Patrycja wyprowadziła się godzinę temu. Zostałem z niczym, bo ty chciałaś się zabawić w sentymenty?

— Przepraszam — wyszeptałam.

— Nie dzwoń do mnie więcej — rzucił i rozłączył się.

Zostałam sama. Podwójnie sama. Zrujnowałam małżeństwo Michała i związek Adriana. Zraniłam dwie niewinne osoby — Michała i Patrycję, tylko dlatego, że zapragnęłam poczuć motyle w brzuchu.

Zostały mi tylko wspomnienia

Przez kolejne miesiące próbowałam walczyć o Michała. Pisałam listy, dzwoniłam, czekałam pod jego pracą. Spotkaliśmy się raz. Wyglądał na zmęczonego, schudł. Patrzył na mnie bez gniewu, ale i bez miłości. Była w nim tylko obojętność — najgorsza kara dla kogoś, kto kocha.

— Nie potrafię ci zaufać, Agnieszka — powiedział spokojnie, mieszając kawę. — Za każdym razem, gdy na ciebie patrzę, widzę was razem w tamtym hotelu. Nie wymażę tego. Nie chcę żyć z policjantem w głowie, zastanawiając się, czy twoje wyjście do sklepu to naprawdę wyjście do sklepu.

Rozwód był szybki i bolesny. Sprzedaliśmy dom. Ten, w którym wybieraliśmy kolory ścian. Pieniądze podzieliliśmy na pół. Wzięłam swoją część i wynajęłam małe mieszkanie na drugim końcu miasta. Dziś, dwa lata po tamtych wydarzeniach, wciąż jestem sama. Czasami sprawdzam media społecznościowe. Michał kogoś ma. Na zdjęciach wygląda na spokojnego. Cieszę się jego szczęściem, choć serce pęka mi z żalu, że to nie ja jestem powodem jego uśmiechu.

Adrian wyjechał znowu za granicę. Podobno próbowali wrócić do siebie z Patrycją, ale to nie wyszło. Zbyt wiele zostało powiedziane, zbyt wiele zaufania zostało zburzone. Moja historia nie ma happy endu. Nie ma w niej morału, że miłość zwycięża wszystko. To opowieść o tym, jak łatwo jest zburzyć lata zaufania dla chwili uniesienia. Pamiętam ten dreszcz w hotelowym lobby, ten smak zakazanego owocu. Czy było warto? Czasami, gdy siedzę wieczorem w moim pustym mieszkaniu z kieliszkiem wina, zadaję sobie to pytanie. I odpowiedź zawsze jest taka sama: nie. Ta chwila euforii nie była warta ceny, którą wszyscy za nią zapłaciliśmy. Zostały mi tylko wspomnienia i gorzka lekcja, że niektórych drzwi z przeszłości nigdy nie należy otwierać ponownie.

Agnieszka, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama