„W Dzień Babci i Dziadka nikt nie zapukał do moich drzwi. Wnuki wiedziały, że listonosz z emeryturą jeszcze nie dotarł”
„Wzięłam telefon, wybrałam numer do Kasi. Przez chwilę zawahałam się – wiedziałam, że rozmowa nie będzie łatwa. Ale może choć się dowiem, co u dzieci. Może powie, że zapomnieli tylko przez przypadek”.

Mam troje wnuków i jedno mieszkanie, w którym ostatnio najczęściej słychać tylko tykanie zegara. Kiedyś byłam nauczycielką polskiego. Dzisiaj jestem emerytką, babcią, wdową. Nie narzekam – mam dach nad głową, jeszcze zdrowie dopisuje, choć samotność potrafi bardziej zaboleć niż reumatyzm.
Dzień Babci zawsze był dla mnie ważny. Przez lata znaczył coś więcej niż tylko laurki i róże z kiosku. To były te krótkie chwile, kiedy czułam, że jestem naprawdę potrzebna. Gdy Natalka wbiegała z przedszkola z plastelinowym sercem, Mateusz recytował z pamięci wierszyk, a mały Kuba całował mnie w oba policzki, aż się śmiałam, że za chwilę mi je wyliże. Kiedyś ich miłość nie miała ceny. Teraz... wszystko ma swoją cenę.
Dziś upiekłam sernik. Postawiłam cztery filiżanki – trzy dla wnuków, jedną dla siebie. Stół nakryłam haftowanym obrusem, tym samym, co zawsze. Czekałam. Jeszcze rano wierzyłam, że ktoś zapuka, zadzwoni, przytuli. Ale minęło południe, potem trzynasta, czternasta… Nikt nie przyszedł.
Czekałam na wizytę wnuków
– Może korki są? – mruknęłam, gładząc dłonią obrus. – Albo coś im nagle wypadło...
Nawet kot mnie nie słuchał. Spał zwinięty w kłębek na fotelu, jakby chciał mi pokazać, że nic się dzisiaj nie wydarzy. Sernik stał nienaruszony. Świeczka, którą zapaliłam dla klimatu, wypaliła się już do połowy. W telewizji leciał jakiś program, gdzie młoda dziennikarka z przesadnym entuzjazmem pytała starszą panią, jaką babcią warto być. Wyłączyłam.
Wzięłam telefon do ręki. Przesunęłam palcem w górę, przeglądając ostatnie wiadomości. I tam – z 12 stycznia, od Mateusza:
„Babciu, masz może stówkę? Brakuje mi do czynszu za akademik. Oddam po wypłacie, serio”
Odda, jasne. Jak zawsze. Przelałam mu pieniądze bez słowa. Nie dlatego, że mogłam. Dlatego, że się łudziłam. Że może jak pomogę, to się odezwie. Przyjedzie. Przytuli. Powie „dziękuję”. Ale minął tydzień i nie napisał już nic. Ani "jak się czujesz", ani "co u ciebie". Tylko cisza.
Usiadłam przy stole, wpatrzona w cztery filiżanki. Wnuczki zawsze lubiły tę z niebieskim kwiatkiem – mówiły, że wygląda jak z bajki. Dzisiaj wszystkie wyglądają jak rekwizyty z teatru, w którym nikt nie gra. Spojrzałam na zdjęcie męża stojące na komodzie.
– Staszek… A pamiętasz, jak Natalka kiedyś narysowała mnie z aureolą? – uśmiechnęłam się smutno. – A teraz? Teraz nawet się nie odezwą.
Nie płakłam, ale zrobiło mi się przykro. Zegar wybił piętnastą. Nadal nic.
Byłam zła
– No to zadzwonię, co mi szkodzi – powiedziałam do siebie, choć nikt nie słuchał.
Wzięłam telefon, wybrałam numer do Kasi. Przez chwilę zawahałam się – wiedziałam, że rozmowa nie będzie łatwa. Ale może choć się dowiem, co u dzieci. Może powie, że zapomnieli tylko przez przypadek.
– Halo? – odebrała szybko, po dwóch sygnałach.
– Cześć, Kasiu… nie przeszkadzam?
– Nie, tylko robię obiad. Co tam, mamo?
– A tak… chciałam zapytać, czy… czy może dzieci o mnie dziś pamiętały.
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza. Taka, co mówi więcej niż słowa.
– Mamo… dużo się dzieje. Natalka miała dziś kolokwium, Mateusz jakiś projekt kończy, Kuba się przeziębił. No wiesz… taki dzień.
– Taki dzień? – uniosłam brwi. – Dzień Babci jest dzisiaj. Zapomnieli?
– Mamo, no proszę cię, nie rób scen…
– Nie robię scen. Ja tylko pytam, czy moje wnuki jeszcze wiedzą, jak wyglądam – powiedziałam spokojnie, aż za spokojnie.
– Każdy ma teraz swoje życie. Ty też kiedyś byłaś młoda, chyba rozumiesz…
– Rozumiem. Tylko wtedy, jak byłam młoda, biegłam do babci z goździkiem, choćby się waliło i paliło.
Znowu cisza. Ale ta była lodowata.
– To chyba nie miejsce na takie porównania, mamo. Dzisiaj świat jest inny.
– No właśnie – uśmiechnęłam się gorzko. – Teraz się tylko dzwoni, jak trzeba pieniędzy.
– Oj mamo… – westchnęła. – Jak masz zamiar znowu narzekać, to może porozmawiamy później, dobrze?
– Nie, nie dobrze – odpowiedziałam i rozłączyłam się.
Dłoń mi drżała. Nie ze złości. Z tego, że znowu dałam się nabrać na nadzieję.
Wnuki nie mają serca
Wieczór zapadł cicho i nijako. Latarnia przed blokiem zaczęła migotać, jakby sama nie była pewna, czy jej się jeszcze chce świecić. Zaparzyłam sobie herbatę z malinami. Niby rozgrzewająca, ale nic nie pomagało. Zimno czułam nawet gdzieś w środku, głęboko. Kot przyszedł i wskoczył mi na kolana. Przynajmniej on o mnie myślał. Telefon zawibrował.
„Natalka” – ekran rozświetlił się znajomym imieniem. Serce mi podskoczyło jak u głupiej nastolatki.
„Babciu, mama mówiła, że może masz jakąś kasę, bo nam się lodówka zepsuła i nie mamy za co kupić nowej…”
Zamarłam. Patrzyłam na te słowa i nie wierzyłam. Ani „cześć”, ani „wszystkiego najlepszego”. Tylko lodówka. I kasa. Oparłam się o stół. Nie odpisywałam od razu. Wzięłam głęboki oddech, jakby miało mi to pomóc nie rozpłakać się natychmiast.
Po chwili napisałam:
„Dzień Babci dziś jest, Natalko.”
Odpowiedź przyszła po minucie.
„Wiem, sorry, wszystkiego najlepszego! Wpadnę innym razem, ale serio, mamy teraz ciężko. Pożyczyłabyś? Oddam, przysięgam.”
Oddacie. Jak zawsze. Jak Mateusz. Jak mama. Odłożyłam telefon. Nie odpisałam więcej. Nie miałam już siły. Na stole stał sernik. Nietknięty. Patrzyłam na niego i poczułam coś dziwnego. Nie złość. Nawet nie smutek. Tylko... pustkę. I wtedy popłakałam się naprawdę.
Kiedy to się skończyło?
Zostawiłam telefon na stole. Nawet nie spojrzałam, czy Natalka jeszcze coś napisała. Nie chciałam tego czytać. Nie chciałam znowu czuć, że jestem bankomatem. Usiadłam w fotelu i zamknęłam oczy. Obrazy same zaczęły przychodzić.
Widziałam Natalkę, jak jeszcze jako malutka dziewczynka biegła w rajstopkach z oczkiem, trzymając w dłoni laurkę. Jej literki były koślawe, niektóre litery odbite z lusterka, ale serce narysowane czerwonym flamastrem zajmowało pół kartki.
– Dla ciebie, babciu. Bo jesteś najlepsza – powiedziała wtedy i wskoczyła mi na kolana, brudząc mi bluzkę nutellą.
Mateusz też był inny. Przynosił mi kasztany, które zbierał „dla ciebie, bo ładne jak ty, babciu”. A Kuba? Mały jeszcze był, ale potrafił przytulić się tak, że czułam, jakby nic się złego nie mogło zdarzyć na świecie. Kiedy to się skończyło? Kiedy przestali przyjeżdżać tak po prostu? Kiedy każde ich „kocham cię” stało się tylko wstępem do „masz może…?”?
Podeszłam do szuflady w komodzie. Wiedziałam, że tam leżą. Listy, stare rysunki, zdjęcia z przedszkolnych występów. Wyjęłam jeden z nich – Natalka miała na nim żółtą koronę z brystolu i sztywno recytowała: „Babciu droga, babciu miła…”. Nie wiem, czy to ja się zmieniłam, czy oni. Ale wiem, że to boli. Dziś nikt nie przyszedł. Może już nie muszę czekać? Może czas przestać dawać się naciagać?
Młodzi są roszczeniowi
Następnego dnia poszłam do sklepu po chleb. Mróz szczypał w policzki, śnieg skrzypiał pod butami, a świat wydawał się zrobiony z papieru ściernego – wszystko chropowate, zbyt jasne, nieprzyjazne. W warzywniaku natknęłam się na panią Zofię z drugiego piętra. Zawsze nosi kapelusik, nawet zimą. Twierdzi, że kobieta musi mieć fason, choćby szła po cebulę.
– Dzień dobry, Halinko – uśmiechnęła się do mnie i po chwili ściszyła głos. – A twoje wnuki były wczoraj?
Pokręciłam głową. Krótko. Bez tłumaczeń.
– U mnie też nie – westchnęła. – Za to wnuczka przysłała mi filmik z życzeniami. Takie teraz mają sposoby. Lepszy filmik niż nic, nie?
– Chyba wolę „nic” niż filmik, który ktoś nagrał między przystankiem a siłownią – mruknęłam.
– A wiesz, co moja druga wnuczka powiedziała ostatnio? Że mnie nie odwiedza, bo boi się zarazków. Ale jak potrzebowała kasy na samochód, to pierwsza była z kwiatami.
Popatrzyłyśmy na siebie. I nagle… zrobiło mi się lżej. Nie dlatego, że jej też było źle. Tylko dlatego, że nie jestem jedyna.
– Może to już taki czas, Zośka – powiedziałam cicho. – Teraz to my jesteśmy potrzebne tylko wtedy, gdy mają puste portfele.
– Albo awarię lodówki – parsknęła śmiechem.
Obie się zaśmiałyśmy. Gorzko, ale prawdziwie. Kupiłam chleb i wróciłam do domu bez poczucia winy. Bez tej znajomej kulki w brzuchu. Może już nie chcę być babcią od dawania kasy.
Halina, 72 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W Dzień Babci czekałam na telefon od wnuczki. Przyszedł SMS, który doprowadził mnie do płaczu”
- „Wnuczka przysłała mi tylko list na Dzień Babci. Po przeczytaniu łzy lały mi się strumieniem”
- „W Dzień Babci wnuki wpadają do mnie jak do baru szybkiej obsługi. Jedzą sernik w pośpiechu i tyle je widziałam”

