„Moje małżeństwo dogasało jak ognisko na mrozie, a ja nie miałam zamiaru marznąć. Igor skutecznie ogrzał moje serce”
„Nie planowałam dłuższego wyjścia. To miały być zwykłe zakupy do ogrodu — ziemia do storczyków, nowy sekator, może jeszcze coś na mszyce. Tyle. A jednak zatrzymałam się między półkami, bo ktoś niespodziewanie zagrodził mi drogę swoim wózkiem”.

Dom miał swoją rutynę, która była dla mnie jak stary sweter — trochę przyciasny, trochę znoszony, ale przecież szkoda go wyrzucić. Dni zlewały się w jedno: śniadanie o tej samej porze, kubek herbaty z cytryną, telewizor szumiący w tle jak lodówka. Słowa wypowiadane w tym domu coraz częściej były tylko dźwiękiem, nie treścią. Nikt już nie słuchał. Może dlatego przestałam mówić.
Nie narzekałam. Narzekanie wymaga energii, a tej zaczęło brakować mniej więcej wtedy, gdy zorientowałam się, że więcej rozmawiam z roślinami niż z mężem. On zresztą nie potrzebował rozmów — wystarczały mu pilot i lista kanałów. Ustabilizowana egzystencja: rachunki, obiady, emerytura. W oczach świata byliśmy zgodną parą, w oczach siebie — dwiema samotnymi wyspami, połączonymi wspólnym rachunkiem za prąd.
Przywykłam do tej ciszy między nami. Do milczenia, które było bezpieczniejsze niż rozmowa. Do tego, że z czasem nawet wspomnienia zaczęły blednąć, jakby nie miały się już komu przypominać. Trwałam w tym bezruchu codzienności, nie oczekując niczego. Aż do dnia, który przyniósł coś zaskakującego. Nie rewolucję, nie dramat, a raczej coś w rodzaju lekkiego drgnięcia, które wprowadziło rysę na idealnie gładkiej powierzchni.
Niestety, poszedł w tę samą stronę
Nie planowałam dłuższego wyjścia. To miały być zwykłe zakupy do ogrodu — ziemia do storczyków, nowy sekator, może jeszcze coś na mszyce. Tyle. A jednak zatrzymałam się między półkami, bo ktoś niespodziewanie zagrodził mi drogę swoim wózkiem.
— Uwaga, dziki ogrodnik! — powiedział z uśmiechem, robiąc teatralny krok w tył. — Miałem nadzieję, że to wiosna w końcu mnie potrąci, ale wygląda na to, że to pani.
— A pan często tak zaczepia kobiety przy nawozach? — zapytałam chłodno, choć kąciki ust lekko mi drgnęły.
— Tylko te, które wyglądają, jakby znały się na różach. I nie boją się brudzić rąk.
Wyglądał na kogoś, kto miał więcej czasu niż zajęć. Lekka kurtka, twarz z tymi zmarszczkami, które robią się od uśmiechu, a nie od zgryzoty.
— Przypomina mi pan sąsiada z naprzeciwka, który mówi do gołębi. Też lubi zaczynać rozmowę od dziwnych metafor.
— I co? Skuteczne to u niego?
— Gołębie wracają codziennie. Ja niekoniecznie.
— To może dziś zrobię wyjątek – powiedział, ignorując połowę mojej uwagi. — Igor. Lubię ogrody. I rozmowy.
— Cóż za zaskoczenie. Ja natomiast przyszłam po ziemię, a nie po filozofię życia.
— Jedno i drugie się przyda. W końcu nawet kwiaty lepiej rosną, jak się do nich mówi.
Nie odpowiedziałam, po prostu odeszłam w stronę kasy. A on, niestety, poszedł w tę samą stronę.
Popatrzyłam przez okno
Nie wiem, co mnie podkusiło, by odebrać, kiedy zadzwonił. Numer, który mi wcisnął, zapisał się w telefonie jako „Igor od ziemi”, bo przecież nie mogłam nazwać go „Mężczyzną, który za dużo mówi”. O dziwo, nie był nachalny. Ot, zapytał, czy mam ochotę na kawę. Odpowiedziałam, że nie pijam kawy z obcymi. I tak się skończyło. Do czasu, aż znowu na niego wpadłam — tym razem pod piekarnią.
— Przypadek? — zapytał, widząc moje spojrzenie.
— Raczej pech — mruknęłam.
— To może dziś na herbatę? Bez zobowiązań, bez ciasta. Słowo harcerza.
— Wątpię, żeby pan był harcerzem.
— I słusznie. Nigdy nie byłem. Ale obiecuję, że nie będę mówił o różach.
Westchnęłam. Czasem człowiek potrzebuje porozmawiać z kimś, kto nie zaczyna każdego zdania od „Gdzie jest pilot”. Usiedliśmy w kawiarni na rogu, tej z za wysokimi krzesłami i menu pisanym kredą.
— A więc... co pani robi poza tym, że przepędza sympatycznych nieznajomych z działu ogrodniczego?
— Prowadzę nudne życie. A pan?
— Staram się prowadzić mniej nudne. Z różnym skutkiem.
— To musi być bardzo ekscytujące — powiedziałam, sięgając po herbatę. — Obserwuję pana i widzę mężczyznę, który celebruje każdy łyk herbaty, jakby odkrywał Amerykę.
— To dlatego, że mam z kim ją pić.
Popatrzyłam przez okno na przechodzących ludzi. Przypomniałam sobie, jak dawno nikt nie patrzył na mnie w ten sposób — z uwagą. Nawet jeśli była to tylko gra, to przyjemna. Jak niedziela bez obowiązków.
Usiadłam na ławce
Znów zaczęło się niewinnie. Tylko że tym razem nie mogłam siebie oszukać, że to przypadek. Umawialiśmy się. Najpierw na kawę, potem na spacer, później już bez żadnych pretekstów. Po prostu chcieliśmy się widzieć. Nieczęsto. Raz, może dwa razy w tygodniu. Wystarczająco, by się przyzwyczaić, ale nie na tyle, by ktoś z zewnątrz coś zauważył.
— Wiesz, że masz wyjątkowo celowe kroki? — zauważył, kiedy szliśmy alejką w parku.
— Celowe?
— Tak, jakbyś wiedziała dokładnie, dokąd zmierzasz.
— To złudzenie. Przez większość życia nie miałam pojęcia, dokąd zmierzam.
— A teraz?
— Teraz idę przed siebie, bo nie mam odwagi się zatrzymać.
Zamilkł na moment. Słychać było tylko szelest liści pod butami i daleki śmiech dzieci biegających wokół fontanny.
— A twój mąż? — zapytał nagle. — Nie dziwi się, że tak często wychodzisz?
— Nie. Myślę, że cieszy się z ciszy. Telewizor ma mniej konkurencji.
— To smutne.
— To praktyczne. Każdy ma swoje zajęcie. On oglądanie telewizji, ja spacery. Święty spokój zachowany.
— To nie brzmi jak małżeństwo.
— Bo to już od dawna nim nie jest. To bardziej... współdzielenie metrażu. — Usiadłam na ławce. Igor przysiadł obok i przez chwilę nic nie mówił.
— Wiesz, jesteś zupełnie inna, niż przypuszczałem.
— To chyba komplement?
— Zdecydowanie. Nie dajesz się zaszufladkować ani przegadać. To rzadkość.
Popatrzyłam na niego z ukosa. Wiedział, kiedy mówić, a kiedy siedzieć cicho. I to było dziwnie kojące.
Nie udawał nikogo
Zaczęłam mówić, że idę do biblioteki. Czasem, że do Marioli. Albo że mam badania. Mąż kiwał głową bez podnoszenia wzroku znad krzyżówki.
— A weź mi, jak będziesz w sklepie, te moje herbatniki — rzucił raz, zanim zamknęłam za sobą drzwi.
— Jasne — odpowiedziałam, wkładając płaszcz, choć nie miałam najmniejszego zamiaru iść do sklepu.
Pojechałam do Igora. Tym razem do niego, bo nalegał, żeby pokazać mi swoje pomidory na balkonie. Jakby to była jakaś atrakcja turystyczna. Prawdę mówiąc — trochę była.
— Tu są — powiedział z dumą, odsuwając firankę. — Trochę marne, ale walczą dzielnie.
— Są pomidory, jest życie — uśmiechnęłam się. — A masz coś do herbaty?
— Specjalnie dla ciebie zrobiłem szarlotkę. Z torebki, ale własnoręcznie.
— Odważnie. A co, jeśli nie lubię jabłek?
— To wtedy zjesz z grzeczności i skłamiesz, że pyszna.
Roześmiałam się. Jego prostota miała w sobie coś rozbrajającego. Nie udawał nikogo. Nie próbował robić wrażenia. Po prostu był. Usiedliśmy w kuchni. Stół był przykryty ceratą z nadrukiem cytryn, a filiżanki miały pęknięcia jak skóra po zimie.
— Dobrze, że wpadłaś — powiedział. — Nie wiem, czy ci mówiłem, ale... czekam na te nasze spotkania. One są jak oddech.
— Wiesz, że to brzmi bardzo poważnie?
— Czasem trzeba powiedzieć coś poważnego, żeby to się nie rozmyło w powietrzu.
Spojrzałam na niego, trzymając w dłoni kubek z parującym naparem. Może rzeczywiście lepiej smakował, bo ktoś go podał z uśmiechem. A może po prostu chciałam, żeby tak było.
Pokiwał powoli głową
Spotkaliśmy się w kawiarni, tej z wysokimi sufitami i za głośną muzyką. Igor miał na sobie granatowy sweter, którego wcześniej nie widziałam. Usiadł naprzeciwko, patrząc na mnie trochę zbyt uważnie.
— Długo myślałem, czy zapytać — zaczął, mieszając kawę tak wolno, jakby to miało coś zmienić — ale muszę. Co dalej?
— Dalej? — powtórzyłam, próbując zyskać na czasie. — Nie wiem, czy coś w ogóle było.
— Było. I jest. Przynajmniej dla mnie.
Milczałam, patrząc przez okno. Na zewnątrz pies w czerwonym kubraczku ciągnął właścicielkę przez pasy.
— Ja nie jestem kobietą, która ucieka z domu z walizką w ręku — powiedziałam. — Nigdy nią nie byłam.
— Nie chcę, żebyś uciekała. Chcę tylko wiedzieć, czy jest sens w tych spotkaniach. Czy jesteśmy czymś więcej niż ucieczką od nudy.
— A jeśli właśnie tym jesteśmy?
— To za mało.
— Dla mnie wystarczająco. Przynajmniej teraz.
Pokiwał powoli głową, z pewnym rozczarowaniem, ale bez pretensji.
— Wiesz, nie chodzi o deklaracje. Po prostu... chciałem poczuć, że jestem kimś ważnym. Nie tylko przystankiem.
— Nie jesteś przystankiem. Jesteś... chwilą wytchnienia.
— Czyli chwilą.
— Tak, ale prawdziwą.
Podniósł filiżankę i wypił resztkę kawy duszkiem.
— W takim razie zostawmy to jako coś, co było dobre. I nie popsujmy tego pytaniami.
Skinęłam głową. Nie protestowałam. Wiedziałam, że to będzie nasze ostatnie spotkanie. On też to wiedział. Nawet kelnerka chyba coś przeczuwała, bo tym razem nie zapytała, czy życzymy sobie deser.
Nie odezwałam się więcej
Wróciłam do domu wcześniej niż zwykle. W torbie miałam kilka jabłek, chociaż zupełnie nie miałam ochoty ich jeść. W przedpokoju pachniało obiadem — zupą z torebki i schabowym z mikrofalówki. Standard. Mąż siedział w fotelu, jak zawsze. Telewizor grał, światła nie trzeba było zapalać, bo ciemność znała tu każdy kąt.
— Byłaś gdzieś daleko? — zapytał, nie odrywając wzroku od ekranu.
— Niezbyt — odpowiedziałam, zdejmując płaszcz. — Wracałam powoli.
— Ciepło się ubrałaś?
— Tak. Przewidują opady.
Nie dopytywał. Nigdy tego nie robił. W kuchni nalałam sobie herbaty. Nie chciałam myśleć, ale myśli były uparte. Wracały do tej kawiarni, do spojrzenia Igora, do tego dziwnego momentu, kiedy oboje zrozumieliśmy, że nie ma sensu dalej udawać, że to tylko przyjaźń. I że nie będzie z tego więcej.
Usiadłam przy stole.
— W czajniku została herbata — powiedział mąż. — Pewnie już letnia.
— Letnia też może być dobra — odpowiedziałam i upiłam łyk. Smakowała nijako, ale przynajmniej nie musiałam jej robić sama.
— Jutro przyjeżdża siostra. Może zrobisz coś na obiad?
— Zrobię. Może nawet prawdziwą zupę.
Spojrzał na mnie jakby zdziwiony. Jakby przez moment widział nie tylko kobietę, która podaje mu talerz, ale kogoś, kto jeszcze potrafi coś zmienić. Nie odezwałam się więcej. Patrzyłam przez okno na mokre gałęzie. Czasem życie to nie decyzje, tylko wybory, które się omija z przyzwyczajenia.
Halina, 69 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Kupuję wnukom prezenty za kilkaset złotych, a na Dzień Babci dostałam żałosną bombonierkę. Nie będę już taka hojna”
- „Nie miałam pieniędzy, by włożyć je do koperty dla księdza. Udawałam, że nie ma mnie w domu, gdy chodził po kolędzie”
- „Nie miałem własnych wnuków i byłem samotny. Wzruszyłem się do łez, gdy sąsiad zaprosił mnie na Dzień Dziadka”

