„Moje małżeństwo zbrzydło mi jak czerstwe pączki. Chciałem skosztować słodkiej wolności przy byłej, ale się przejadłem”
„Karolina pytała, jak minął dzień, a ja odpowiadałem automatycznie, myślami będąc gdzie indziej. Porównywałem jej rzeczowe uwagi z lekkością wiadomości od Lucyny i czułem wstyd, który szybko spychałem na bok. Jak długo mam to ciągnąć?”.

Poranki tamtej zimy zaczynały się zawsze tak samo: półmrok, ciche skrzypienie podłogi i zapach herbaty, która stygła szybciej, niż zdążyłem po nią sięgnąć. Karolina siedziała naprzeciwko, skupiona na swoich myślach, a ja miałem wrażenie, że między nami zalega gruba warstwa lodu. Dom był ciepły, poukładany, bezpieczny. A ja czułem się w nim coraz bardziej obcy.
Przeszłość nagle wróciła
Zaczęło się od jednego imienia, które wyskoczyło mi przed oczami późnym wieczorem, gdy bezmyślnie przeglądałem stare wiadomości. Lucyna. Imię, którego nie wypowiadałem od lat, a które nagle zabrzmiało w mojej głowie z niepokojącą wyrazistością. Przez chwilę wpatrywałem się w ekran, jakby to on miał podjąć decyzję za mnie. Napisałem krótkie, zachowawcze zdanie. Ot, pytanie, jak się ma, czy pamięta. Odpowiedź przyszła szybciej, niż się spodziewałem.
– „Tomek…” – napisała. – „Myślałam, że już nigdy się nie odezwiesz”.
To jedno zdanie wystarczyło, by coś we mnie drgnęło. Przypomniałem sobie jej śmiech sprzed lat, sposób, w jaki potrafiła patrzeć, jakby widziała więcej niż inni. Siedziałem w kuchni, Karolina już spała, a ja czułem się, jakbym uchylił drzwi do innego życia.
Zaczęliśmy pisać częściej. Najpierw ostrożnie, potem coraz swobodniej. Wspomnienia mieszały się z teraźniejszością, a ja łapałem się, że czekam na dźwięk telefonu z niecierpliwością, jakiej dawno nie znałem.
– „Pamiętasz, jak uciekliśmy wtedy z zajęć?” – zapytała któregoś wieczoru.
– „Pamiętam wszystko” – odpisałem, choć wiedziałem, że to nie do końca prawda.
W domu panowała cisza, do której byłem przyzwyczajony, ale która nagle zaczęła mi ciążyć. Karolina pytała, jak minął dzień, a ja odpowiadałem automatycznie, myślami będąc gdzie indziej. Porównywałem jej rzeczowe uwagi z lekkością wiadomości od Lucyny i czułem wstyd, który szybko spychałem na bok.
Pierwsze spotkanie zaproponowała sama. Neutralne miejsce, szybka kawa, bez zobowiązań. Zgodziłem się, zanim zdążyłem się zastanowić. Gdy ją zobaczyłem, stojącą przy oknie, z tym samym spokojnym wyrazem twarzy, poczułem znajome ciepło i niepokój jednocześnie.
– Nic się nie zmieniłeś – powiedziała, uśmiechając się ledwie zauważalnie.
– Ty też – skłamałem bez wahania.
W drodze powrotnej do domu śnieg zaczął padać gęściej. Wiedziałem już, że przekroczyłem granicę, której nie planowałem nawet dotknąć. A mimo to czułem ekscytację, jakby ktoś obiecał mi, że pod warstwą lodu wciąż płynie żywa woda.
Czekałam na każde spotkanie
Zima rozgościła się na dobre, a ja miałem wrażenie, że prowadzę dwa równoległe życia, które nigdy nie powinny się spotkać. Rano odśnieżałem podjazd, słuchałem planów Karoliny na kolejny tydzień i kiwałem głową w odpowiednich momentach. Wieczorami zamykałem się w łazience albo wychodziłem „na spacer”, by sprawdzić wiadomości od Lucyny. Każdy dźwięk telefonu był jak impuls.
Spotykaliśmy się w miejscach, które nie miały historii. Małe kawiarnie przy ruchliwych ulicach, ławki w parkach przykryte śniegiem, hole budynków, gdzie nikt na nikogo nie patrzył zbyt uważnie. To było dziwnie bezpieczne i jednocześnie lodowate.
– Lubię tę anonimowość – powiedziała kiedyś, poprawiając rękaw płaszcza. – Nic nas tu nie definiuje.
Przytaknąłem, choć rosło we mnie napięcie. Chciałem, żeby coś nas jednak definiowało. Każde takie spotkanie kończyło się zbyt szybko, a ja wracałem do domu z uczuciem niedosytu i strachu. Bałem się spojrzeń Karoliny, choć niczego nie podejrzewała.
– Jesteś ostatnio jakiś nieobecny – rzuciła pewnego wieczoru, nalewając zupę do talerzy.
– Zmęczony jestem – odpowiedziałem zbyt szybko.
Lucyna była inna niż w moich wspomnieniach. Uważna, ale zdystansowana. Potrafiła nagle zmienić temat, ucinać rozmowy krótkim uśmiechem. A ja, zamiast to zauważyć, brałem jej zmienność za tajemnicę, która mnie wciągała coraz bardziej.
Zacząłem wierzyć, że to jedyne miejsce, gdzie mogę mówić o sobie bez masek. Paradoks polegał na tym, że to właśnie tam kłamałem najbardziej – przed światem, przed rodziną, a w końcu przed samym sobą. Zima zamykała nas w swoich ramach, a ja byłem przekonany, że jeśli teraz się nie wyrwę, zostanę pod tym lodem na zawsze.
Chciałem zmienić coś ważnego
Myśl o odejściu zaczęła dojrzewać we mnie nie jak gwałtowny impuls, lecz jak cicha decyzja, która każdego dnia zajmowała coraz więcej miejsca. Łapałem się na tym, że planuję rozmowę z Karoliną w drodze do pracy, że układam zdania, które miałyby zabrzmieć dojrzale i uczciwie. W mojej głowie rozwód urastał do rangi aktu odwagi, czegoś, co wreszcie przywróci mi poczucie sprawczości. Lucyna słuchała tych zwierzeń w milczeniu. Siedzieliśmy w małej kawiarni, za oknem wirował śnieg, a ja mówiłem więcej, niż kiedykolwiek planowałem.
– Nie chcę już tak żyć – powiedziałem w końcu. – Myślę, że odejdę od żony.
Podniosła wzrok znad filiżanki i przez chwilę mierzyła mnie spojrzeniem, którego nie potrafiłem odczytać. Nie było w nim ani ulgi, ani radości.
– To poważna decyzja – odparła spokojnie. – Na pewno wiesz, co robisz?
Zabrakło mi jej entuzjazmu, słów wsparcia, choćby jednego zdania, które potwierdziłoby sens moich planów. Zamiast tego pojawiła się ironia, delikatna, ale wyczuwalna.
– Czasem mam wrażenie, że uciekasz przed czymś, a nie do czegoś – dodała.
Zignorowałem ten niepokój. Wolałem widzieć w jej chłodzie ostrożność, lęk przed zaangażowaniem. Kiedy jednak w kolejnych dniach zaczęła rzadziej odpisywać, skracać spotkania, coś we mnie się zatrzymało. Odtąd próbowałem jeszcze przyspieszyć to, co wymykało mi się z rąk.
– Chcę wiedzieć, na czym stoję – powiedziałem podczas jednego ze spacerów. – Nie robiłbym tego wszystkiego bez powodu.
Uśmiechnęła się wtedy lekko, jakby rozmawiała z kimś znacznie młodszym.
– Tomek, życie rzadko daje jasne odpowiedzi – rzuciła.
Wróciłem do domu z uczuciem, że stoję na krawędzi, a grunt pod stopami zaczyna mi się kruszyć. A mimo to wciąż wierzyłem, że wystarczy jeszcze jeden krok, by wszystko nabrało sensu.
Coraz mniej ją rozumiałem
Zacząłem dostrzegać szczegóły, które wcześniej ignorowałem, bo nie pasowały do obrazu, jaki sobie stworzyłem. Lucyna potrafiła jednego dnia mówić o bliskości, a następnego znikać bez słowa. Jej opowieści nie zawsze się zgadzały. Raz wspominała o samotnych wieczorach, innym razem mimochodem wspominała ludzi, których rzekomo w jej życiu było za dużo.
– Źle zapamiętałeś – mówiła spokojnie, gdy próbowałem dopytać. – To nie było tak, jak myślisz.
Zaczynałem niemal wątpić we własną pamięć. Analizowałem każde zdanie, każdy gest. Gdy żartowała z moich planów, śmiała się cicho, jakby obserwowała reakcję, a nie naprawdę słuchała. Coraz częściej miałem wrażenie, że jestem elementem jakiejś gry, której zasad nie znałem.
Podczas jednego ze spotkań przerwała mi w pół zdania.
– Ty wszystko strasznie komplikujesz – stwierdziła. – Ja po prostu lubię z tobą rozmawiać.
Te słowa zabolały bardziej, niż się spodziewałem. Przecież dla mnie to już dawno przestało być tylko „rozmową”. W drodze powrotnej szedłem długo przez zasypane ulice, a zimno wgryzało się pod kurtkę. Myślałem o Karolinie, o jej przewidywalności, która nagle wydała mi się czymś stabilnym, a nie pustym.
Kiedy następnym razem zapytałem Lucynę wprost, czego właściwie chce, spojrzała na mnie z mieszaniną znużenia i pobłażania.
– Nie wszystko musi mieć cel – odpowiedziała. – Czasem wystarczy sprawdzić, co się stanie.
Wtedy po raz pierwszy dopuściłem do siebie myśl, że w tej relacji nigdy nie byliśmy równi. Że ona zakładała maski z łatwością, a ja oddawałem kolejne fragmenty siebie, licząc na coś, co istniało głównie w mojej wyobraźni.
Nie mogłem w to uwierzyć
Prawda dotarła do mnie nie w dramatycznym momencie, lecz w sposób niemal obojętny, co bolało jeszcze bardziej. Spotkaliśmy się w miejscu, które sama zaproponowała, jasnym i chłodnym, jakby specjalnie pozbawionym intymności. Od pierwszych minut czułem, że coś się domyka.
– Muszę ci coś powiedzieć – zaczęła, zanim zdążyłem zapytać, jak się ma. – I wolę, żebyś mnie dobrze zrozumiał.
Słuchałem uważnie, czując narastające napięcie. Mówiła spokojnie, bez wahania, jak ktoś, kto dawno podjął decyzję.
– To, co było między nami… to nie miało prowadzić dalej. Dla mnie to była próba. Sprawdzenie, czy nadal potrafię wpływać na twoje życie.
Zabrakło mi tchu. Przez chwilę myślałem, że źle usłyszałem.
– Próba? – powtórzyłem cicho. – Mówisz o tym, jakby to było nic.
Wzruszyła ramionami.
– Każdy czegoś szuka. Ja chciałam wiedzieć, czy wciąż mam tę siłę. Ty chciałeś zmiany. Chyba jesteśmy kwita.
Dopiero wtedy dotarło do mnie, jak daleko zaszedłem. Rozmowy z prawnikiem, myśli o rozstaniu z Karoliną, nocne rozterki – wszystko to budowałem na czymś, co dla niej było jedynie doświadczeniem. Poczułem wstyd, który palił od środka.
– Tak? – zapytałem. – A co z tym, co dla ciebie ryzykowałem?
Spojrzała na mnie bez gniewu, bez żalu.
– To była twoja decyzja.
Wyszedłem na zewnątrz, a zimne powietrze uderzyło mnie w twarz. Śnieg skrzypiał pod butami, a ja miałem wrażenie, że stoję na środku pustej przestrzeni, bez żadnego punktu odniesienia. Zrozumiałem, że niemal zrujnowałem wszystko, co było pewne, dla iluzji, która nigdy nie miała stać się rzeczywistością.
Marzenia zgasły w jednej chwili
Wracałem tamtego dnia pieszo, choć droga była długa, a mróz szczypał w policzki. Każdy krok wydawał się cięższy od poprzedniego. Świat był biały i cichy, jakby ktoś celowo wyciszył wszystkie dźwięki, żebym nie mógł od nich uciec. W głowie krążyły mi jej słowa, proste i bezlitosne: „to była twoja decyzja”.
Dom stał tak jak zawsze, oświetlony ciepłym światłem. Przez chwilę patrzyłem na okno kuchni, wiedząc, że za nim toczy się życie, które niemal oddałem bez walki. Karolina siedziała przy stole, przeglądając jakieś papiery. Podniosła wzrok, gdy wszedłem.
– Zmarzłeś – powiedziała. – Zrobię ci herbaty.
Nie zapytała, gdzie byłem. A może nie chciała znać odpowiedzi. Ta zwyczajność uderzyła mnie mocniej niż jakiekolwiek oskarżenie. Uświadomiłem sobie, że rutyna, przed którą uciekałem, była też formą zaufania, które teraz wisiało na włosku.
Nie miałem odwagi mówić prawdy. Jeszcze nie. Wiedziałem tylko, że stoję na progu decyzji, których nie da się cofnąć. Rozwód przestał być symbolem odwagi, a stał się dowodem mojej naiwności. Nie wiedziałem, czy potrafię naprawić to, co nadwyrężyłem, ani czy Karolina kiedykolwiek spojrzy na mnie tak samo.
Zima trwała nadal. Za oknem, na ulicach, we mnie. Dom był ciepły, ale czułem, że to wygodne ciepło nie jest mi już dane bezwarunkowo. Zostałem sam z pytaniem, czy naprawdę byłem więźniem przewidywalności, czy tylko szukałem usprawiedliwienia, by uciec przed odpowiedzialnością za własne życie. Przestałem się spotykać z Lucyną. Nie wiem tylko, czy codzienne życie z Karoliną wystarczy, by zapomnieć o tamtych marzeniach.
Tomasz, 45 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W tłusty czwartek mąż jadł pączki z budyniem, choć nigdy ich nie lubił. Odkryłam, że gust do kobiet też mu się zmienił”
- „Myślałam, że po powrocie z ferii mąż będzie czekał na mnie z ciepłą herbatą. Drań przygotował jednak inną niespodziankę”
- „Nigdy nie chciałam mieć dzieci, ale uległam mężowi. Syn ma już 4 lata, a ja nie potrafię go pokochać”

