„Moje dzieci miały plan na mój majątek. Gdy sprzedałam dom, by spełnić marzenia, stałam się ich wrogiem”
„Patrzyli na mnie jak na egoistkę, która niszczy ich dziedzictwo dla kilku biletów lotniczych. To było bolesne, ale wtedy jeszcze wierzyłam, że mi wybaczą, gdy zobaczą moją radość”.

Przez całe życie byłam tą, która zawsze zostaje na brzegu i macha chusteczką, gdy inni wypływają na szerokie wody. Moja codzienność to były garnki, pranie, wywiadówki i wieczne odkładanie siebie na później. Kiedy owdowiałam, a dzieci założyły własne rodziny, w moim pustym domu zaczęło straszyć echo zmarnowanych szans. Czułam, że jeśli teraz nie zrobię czegoś szalonego, to po prostu zwiędnę przed telewizorem. Decyzja zapadła szybko: sprzedaję ten wielki dom, który i tak tylko generował koszty, i jadę przed siebie. Chciałam zobaczyć wszystko to, co przez lata oglądałam tylko w kolorowych pismach. Nie sądziłam jednak, że ta wolność będzie miała tak wysoką cenę.
Dzieci się wściekły
Wystawienie domu na sprzedaż było dla moich dzieci jak zdrada stanu. Pamiętam ten wieczór, gdy usiedliśmy przy stole, a ja wyłożyłam karty na stół. Myślałam, że będą się cieszyć, że ich matka wreszcie chce odetchnąć. Myliłam się.
– Mamo, ty chyba oszalałaś! – Magda aż wstała z krzesła, a jej twarz zrobiła się czerwona z emocji. – To jest nasz dom rodzinny. Tu są nasze wspomnienia, tu miały przyjeżdżać twoje wnuki na wakacje. Nie możesz go po prostu oddać obcym ludziom!
– Ten dom to moja praca i moje pieniądze – odpowiedziałam, starając się opanować drżenie rąk. – Mam 69 lat i chcę w końcu zobaczyć świat. Czy to takie straszne, że chcę wydać własne oszczędności na siebie?
Tomasz, mój syn, tylko kręcił głową z niedowierzaniem. Dla nich nie byłam kobietą z marzeniami, tylko skarbonką i darmową opiekunką do dzieci, która nagle postanowiła się zbuntować. Patrzyli na mnie jak na egoistkę, która niszczy ich dziedzictwo dla kilku biletów lotniczych. To było bolesne, ale wtedy jeszcze wierzyłam, że mi wybaczą, gdy zobaczą moją radość.
Spełniałam marzenia
Pierwsze miesiące były jak sen. Lizbona, Rzym, słoneczna Grecja – chłonęłam każdy dzień. Czułam się tak, jakbym nagle zrzuciła z siebie ciężki pancerz obowiązków. Nareszcie nikt ode mnie niczego nie chciał. Nie musiałam gotować obiadów ani pamiętać o terminach płatności za kablówkę. Byłam tylko ja i mapa. Wysyłałam dzieciom dziesiątki zdjęć: ja przy Akropolu, ja na plaży w Portugalii. Odpowiedzi przychodziły rzadko, zazwyczaj krótkie „ok” albo „fajnie”.
Z czasem jednak entuzjazm zaczął opadać, a do głosu doszło zmęczenie. Podróżowanie solo w tym wieku nie jest proste. Hotele, w których coś wiecznie nie działało, twarde łóżka, ciągłe przesiadki i dźwiganie walizki, która z każdym tygodniem wydawała się ważyć tonę.
Pewnego popołudnia w małej kawiarence w Hiszpanii przysiadła się do mnie kobieta w moim wieku. Była z Kanady i podróżowała z mężem.
– Sama tak jeździsz? Podziwiam cię, ja bym się bała – powiedziała, patrząc na mnie z pewnym współczuciem.
– Czasem się boję – przyznałam uczciwie. – Ale bardziej bałam się tego, że nigdy nie wyjdę z własnej kuchni.
Uśmiechnęła się, ale ja po raz pierwszy poczułam wtedy ukłucie samotności. Wieczory w obcych pokojach stawały się coraz dłuższe, a rozmowy online z wnukami coraz częściej kończyły się ich płaczem, bo nie rozumiały, dlaczego babci tak długo nie ma.
Zaczęłam tęsknić
Moje ciało zaczęło protestować. Bóle kręgosłupa i spuchnięte nogi sprawiały, że zamiast zwiedzać kolejne muzea, coraz częściej zostawałam w pokoju, patrząc przez okno na obcy świat. Zaczęłam przeliczać pieniądze – życie w drodze kosztowało znacznie więcej, niż założyłam w swoim optymistycznym planie.
Podczas pobytu we Włoszech spotkałam młodego chłopaka, który pracował w hostelu. Zapytał mnie, dlaczego to robię, dlaczego nie siedzę w ogrodzie z wnukami.
– Bo chciałam być kimś więcej niż tylko babcią od pierogów – wypaliłam, może zbyt ostro.
– Można być kimś więcej, nie uciekając na drugi koniec świata – odparł spokojnie, a ja poczułam, jak te słowa uderzają mnie prosto w żołądek.
Zaczęłam tęsknić. Nie za domem, którego już nie miałam, ale za ludźmi. Chciałam pogadać z sąsiadką, pójść na spacer do parku, który znałam od lat. Moja duma nie pozwalała mi jednak wrócić zbyt wcześnie. Nie chciałam przyznać dzieciom racji. Chciałam, żeby myślały, że bawię się doskonale, nawet gdy wieczorami płakałam z bezsilności w tanich hotelikach.
Nie było powitalnego obiadu
Po niespełna roku poczułam, że to koniec. Wróciłam do kraju z jedną walizką i głową pełną obrazów, których nikt nie chciał oglądać. Kupiłam małą kawalerkę, bo na nic innego nie było mnie już stać, i z drżeniem serca zadzwoniłam do Magdy. Myślałam, że rozłąka sprawi, że zapomnimy o kłótniach.
Gdy otworzyła mi drzwi, w jej oczach nie było radości. Było tylko zniecierpliwienie.
– O, wielka podróżniczka wróciła – rzuciła zamiast przywitania. – I co, było warto? Bo my tu w tym czasie musieliśmy radzić sobie sami z remontem, z chorobami dzieci i ze wszystkim innym.
Tomasz był jeszcze gorszy. Podczas niedzielnego obiadu, na który zostałam zaproszona niemal z litości, traktował mnie jak obcą osobę.
– Wydałaś wszystko, co ojciec odkładał latami – powiedział zimno, nie patrząc mi w oczy. – Teraz mieszkasz w klitce i myślisz, że będziemy skakać wokół ciebie?
Poczułam się tak, jakby ktoś oblał mnie kubłem lodowatej wody. Oni nie widzieli moich przeżyć, moich zdjęć, mojej odwagi. Widzieli tylko utracone metry kwadratowe i babcię, która popsuła ich plany. Moje marzenie stało się w ich oczach moją największą winą.
Czuję się samotna
Staram się odzyskać ich zaufanie, ale to jak próba sklejenia rozbitego lustra. Przychodzę do wnuków, przynoszę drobne pamiątki, staram się pomagać, ale dystans między mną a moimi dziećmi jest większy niż ten, który przejechałam. Magda i Tomasz są uprzejmi, ale to jest uprzejmość wobec obcej osoby. Nie ma już tych wspólnych żartów, nie ma zaufania.
Siedzę wieczorami w swojej kawalerce i patrzę na pamiątki przywiezione z Portugalii. Czasem myślę sobie, że może rzeczywiście byłam egoistką. Może powinnam była zostać i patrzeć, jak rosną moje wnuki w tym starym, dusznym domu.
– Chciałam tylko raz w życiu poczuć, że żyję dla siebie – pomyślałam.
Prawda jest taka, że zrealizowałam marzenie, ale straciłam rodzinę. Mam w głowie zachody słońca nad oceanem, ale nie mam do kogo się odezwać przy śniadaniu. Cena za ten rok wolności okazała się wyższa niż wartość domu. Próbuję budować te relacje od nowa, kawałek po kawałku, ale czuję, że coś bezpowrotnie umarło. To lekcja, której nie życzę nikomu – bo najtrudniejszą podróżą w moim życiu okazał się powrót do własnej rodziny.
Teresa, 70 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mama mówi, że woli być biedna, niż korzystać z mojej kasy. A potem pożycza pieniądze od sąsiadki”
- „Dawałam rodzicom kasę zamiast obecności. Odpłacili mi się w testamencie i nic już nie mogę z tym zrobić”
- „Po pogrzebie babci przestaliśmy być rodziną. Kłótnia o spadek po niej pokazała, że liczy się tylko kasa”

