„Moje dzieci mają w nosie wszystkie tradycje rodzinne. Naoglądali się bajek w telewizji i żyją jakoś bez sensu”
„Nie odpowiedziałem. W tamtym momencie chciałem po prostu, żeby zniknęły te telefony, błyskające flesze, udawane uśmiechy. Kiedyś święta były prawdziwe. Teraz wyglądały jak dekoracja na planie zdjęciowym”.

Zawsze myślałem, że wychowałem dzieci na porządnych ludzi. Przekazywałem im wartości, które odziedziczyłem po swoich rodzicach – szacunek do starszych, uczciwość, miłość do domu i wspólnego stołu. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że w pewnym momencie będą się wstydzić tego, co dla mnie święte. Kiedyś spędzaliśmy święta razem, w kuchni pachniało piernikiem i bigosem, a kolędy płynęły z radia. Teraz dzieci zamawiają sushi na Wigilię i śmieją się, że „tak się robi w Nowym Jorku”. I nie chodzi tylko o święta – chodzi o wszystko. I właśnie o tym chcę opowiedzieć.
Nowa definicja rodziny
– Tata, po co ty się tak upierasz przy tych starych zwyczajach? Przecież to już nikogo nie obchodzi – powiedziała Marta, moja najstarsza córka, gdy po raz kolejny zaproponowałem, żebyśmy wszyscy spotkali się w niedzielę na obiedzie.
– Nikogo nie obchodzi? – powtórzyłem z niedowierzaniem. – A ciebie? Nie pamiętasz, jak u babci siadało się przy jednym stole?
– No właśnie. U babci. Inne czasy, inne życie – odpowiedziała, stukając w ekran telefonu.
Syn siedział obok i nawet nie podniósł głowy. Guma do żucia rytmicznie pracowała w jego ustach. Gdy zapytałem, czy przyjdzie na rocznicę ślubu moją i matki, wzruszył ramionami.
– Zobaczę. Może będę musiał zrobić coś w robocie.
Robota – czyli pewnie z jakiegoś freelancingu przed komputerem. Dla nich „rodzina” to tylko słowo, które dobrze wygląda na kartce świątecznej. W praktyce każdy żyje po swojemu, osobno. Nawet, jak przychodzą, to z telefonem w ręce, głową w chmurach i ciałem obecnym tylko częściowo. Tak to teraz wygląda: jedna rodzina, trzy światy, zero wspólnego. Zamknąłem drzwi za nimi i zostałem w ciszy, z niedzielnym rosołem stygnącym na kuchence.
Zapomnij o tradycji
Wigilia. Kiedyś najważniejszy dzień w roku. Dwanaście potraw, biały obrus, opłatek. W tle „Bóg się rodzi”, na twarzach napięcie i wzruszenie. A teraz? Marta przyszła z pudełkami z restauracji i triumfalnie postawiła je na stole.
– Tato, nie przejmuj się. Zamówiłam sushi. Wegańskie dla Kuby, klasyczne dla reszty. I jest jeszcze makaron ryżowy z krewetkami, twoje ulubione, pamiętasz?
Patrzyłem na to wszystko, jakby ktoś urządził sobie żart. Kapusta z grzybami wylądowała w lodówce, pierogi zostały w garnku. Nawet kompot z suszu został zignorowany – dzieci poprosiły o colę. Próbowałem coś powiedzieć, coś zaproponować, ale nikt mnie nie słuchał.
– Przecież to tylko jedzenie – powiedział Kuba. – Liczy się, że jesteśmy razem.
– Tyle że nie jesteśmy – mruknąłem, ale nikt nie zwrócił uwagi.
Czułem się, jak rekwizyt z innej epoki. Uśmiechali się do zdjęć, nagrywali filmiki na Instagram, tagując je #familytime. A ja? Siedziałem z boku i czułem, jak powoli wymazują wszystko, co kiedyś było dla mnie domem. I nie wiem, czy to ich wina… czy po prostu świat się zmienił.
Święta z Instagrama
W pierwszy dzień Świąt, zanim zdążyłem zaparzyć kawę, Marta już robiła zdjęcia choinki.
– Dziś wrzucam relację z prezentami, potem ze śniadania. Pamiętaj, tato, jak coś mówisz, to nie przeklinaj, bo nagrywam – rzuciła, poprawiając włosy.
– A może po prostu... usiądziemy razem do stołu? Bez telefonów?
Spojrzała na mnie, jakbym poprosił ją, żeby wyłączyła tlen.
– Tato, to już nie te czasy. Ludzie chcą wiedzieć, co robimy. Poza tym... babcia też by chciała, żebyśmy się dzielili radością, prawda?
Nie odpowiedziałem. W tamtym momencie chciałem po prostu, żeby zniknęły te telefony, błyskające flesze, udawane uśmiechy. Kiedyś święta były prawdziwe. Teraz wyglądały jak dekoracja na planie zdjęciowym.
Kuba przyjechał późnym popołudniem z dziewczyną, która chyba nawet nie wiedziała, kim jestem.
– Hej, cześć – rzuciła, nie odrywając wzroku od telefonu.
Podałem jej rękę, ale nie podała mi swojej. Trzymała plastikowy kubek ze smoothie.
– Nie jemy mięsa – oznajmił Kuba. – Więc nie szykuj nic dla nas.
– To... może barszcz z uszkami?
– Z glutenem? Nie, dzięki.
Nie wiedziałem, czy się śmiać, czy płakać.
Ojciec jest niepotrzebny
Na Dzień Ojca nie dostałem nawet telefonu. Nie oczekiwałem prezentów, nie potrzebuję krawata z marketu ani kubka z napisem „Najlepszy tata na świecie”. Chciałem tylko, żeby zadzwonili. Żeby powiedzieli: „Cześć, tato. Jak się masz?”. Nie zadzwonili. Zamiast tego wieczorem przyszedł SMS od Marty: „Wpadniemy w sobotę. Potrzebuję, żebyś był dziadkiem w sesji zdjęciowej. Hasło: #FamilyLegacy”. Nawet nie zapytała, czy mam czas. Po prostu: „Potrzebuję”.
W sobotę przyszli. Ona, jej chłopak z idealnie wystylizowaną brodą, dziecko z grzywką przyciętą jak z katalogu. Ubrali mnie w koszulę, postawili przy kominku.
– Uśmiechnij się, tato. Pokaż, jak bardzo nas kochasz.
Uśmiechnąłem się. Ale to nie był uśmiech z miłości. To był uśmiech kogoś, kto wie, że gra w filmie, do którego nikt nie dał mu scenariusza. Po piętnastu minutach zabrali dziecko, gratulując sobie świetnych ujęć. Nawet nie usiedli na herbatę. Nawet nie zapytali, czy coś potrzebuję. Zostałem sam, z nierozpakowanym sernikiem i dwiema filiżankami. Bo wciąż wierzyłem, że może tym razem posiedzą. Tym razem pobędą.
Cisza przy wspólnym stole
Tym razem naprawdę się postarałem. Upiekłem kaczkę, zrobiłem buraczki, nawet deser – taki, jaki lubili w dzieciństwie. Marta zapowiedziała, że wpadną na obiad. Bez żadnych kamer, bez Instagrama. „Tak po prostu, rodzinnie” – powiedziała. Serce mi mocniej zabiło. Nakryłem stół, wypolerowałem sztućce, wyciągnąłem kieliszki, których nie używałem od lat. Przyszli spóźnieni, wpadli jak po ogień. Kuba spojrzał na zegarek, Marta od razu zaczęła coś klikać w telefonie.
– Coś się stało? – zapytałem.
– Nic, tylko mamy rezerwację w escape roomie o siedemnastej. Taka nasza nowa tradycja – odparła z uśmiechem.
– Escape room? A to... ile macie czasu?
– Godzinkę, może trochę dłużej. Ale to wystarczy, nie?
Jedli w pośpiechu. Prawie nie rozmawialiśmy. Zapytałem o szkołę wnuka – Marta nawet nie wiedziała, jak nazywa się jego nauczycielka. Kuba rzucił kilka słów o jakimś projekcie, ale oczy miał cały czas wpatrzone w telefon. Po czterdziestu minutach zbierali się do wyjścia.
– Dzięki, tato. Smaczne było – powiedziała na odchodnym.
A ja zostałem z resztkami ciepłej kaczki i ciszą, która aż dzwoniła w uszach.
Obiad tylko dla mnie
Kiedyś zostawiało się pusty talerz dla wędrowca, który mógł zapukać w Wigilię, bo nikt nie powinien być sam. Dziś ten pusty talerz jest dla mnie. Symboliczny. Nikt nie zapuka, nikt nie usiądzie. Wędrowcy teraz zamawiają jedzenie przez aplikację, święta mają online. Nie chodzi o to, że moje dzieci są złe. One są inne. Dorastały w innym świecie. W świecie, gdzie wszystko musi być ładne, szybkie, dobrze sfotografowane. Rodzinę mają na zdjęciu, uczucia – w emoji. A tradycja? Tradycja przeszkadza, jest obciachowa.
Czasem myślę, że może rzeczywiście przesadziłem. Może byłem zbyt sztywny, za bardzo chciałem, żeby było „jak dawniej”. Ale przecież nie prosiłem o wiele. Tylko o obecność. O to, żebyśmy byli razem, nie tylko ciałem.
Dziś nie robię już wystawnych obiadów. Nie pytam, kiedy wpadną. Nie dzwonię, żeby zaprosić. Otwieram okno, wietrzę zapach pierogów, które sam zjadłem, i stawiam pusty talerz – nie dla tradycji, tylko dla siebie. Bo w tej nowoczesnej rodzinie to ja jestem tym wędrowcem. Tym, dla którego nie ma miejsca.
Jerzy, 67 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Dzieci chciały ferii z babcią, więc zabraliśmy ją w Tatry. Paragon grozy nie był tak straszny jak tydzień z teściową”
- „Na balu karnawałowym w remizie chciałam zapomnieć o moim nudnym mężu i smutnym życiu. Pomógł mi w tym uczynny sąsiad”
- „Matka trzyma mnie pod kloszem. Gdy przeczytałam jej pamiętnik z młodości, odkryłam jaka z niej cicha woda”

