„Moje dzieci dorosły, ale wciąż liczą na kieszonkowe. W końcu powiedziałam dość i zamknęłam bankomat”
„Nie oczekiwałam wiele. Naprawdę. Nie chciałam prezentów, wdzięczności ani wielkich gestów. Chciałam tylko, żeby traktowali mnie jak człowieka, nie jak skarbonkę. Pracowałam całe życie: w przedszkolu, później w bibliotece. Żyliśmy skromnie, ale uczciwie. Po śmierci męża zostałam sama”.

Przez lata miałam wrażenie, że nie wychowałam dzieci, tylko dwójkę książąt, którym wszystko się należy. Mimo że obaj mają swoje rodziny, pracę i własne domy, nie widzą nic niestosownego w tym, że regularnie proszą mnie o pieniądze — a to na wakacje, a to na nowe meble, a to „bo dziecku coś potrzebne do szkoły”. Z początku pomagałam, jak każda matka. Potem coraz bardziej mnie to bolało. Nie dlatego, że żałowałam, a dlatego, że zaczęli traktować mnie jak bankomat bez przycisku „odmowa”. W końcu przestałam dawać. I wtedy dopiero zaczęło się piekło.
Oni nie widzieli w tym nic złego
— Mamo, brakuje mi jeszcze dwóch tysięcy na kuchnię. Dasz mi? Oddam za miesiąc, jak tylko wpadnie premia — mówił starszy syn, grzebiąc widelcem w ziemniakach, które dla niego ugotowałam.
Wiedziałam, że nie odda. Już nie pierwszy raz słyszałam te słowa. Ale, jak głupia, kiwnęłam głową.
— Jasne, Michał. Przeleję ci jutro.
Zuzia, jego żona, nawet nie podziękowała. Tylko dodała:
— Super, to będę mogła zamówić ten granitowy blat, o którym marzyłam!
A ja znów uszczknęłam z oszczędności, które odkładałam na wymarzoną Grecję. Miałam tam pojechać z koleżanką, pierwszy raz od lat. Teraz znów to przełożyłam. Jak zawsze, gdy dzieci czegoś chciały. Młodszy, Olek, działał subtelniej.
— Mamo, masz może jakieś wolne pięć stów? Niespodziewana naprawa auta, muszę się jakoś ratować...
Nie powiedział, że jedzie z rodziną na weekend w góry. Widziałam zdjęcia na Facebooku. Nowe kurtki, luksusowy pensjonat. Znowu zapłaciłam za coś, czego nie widziałam na oczy. Najgorsze było to, że oni nie widzieli w tym nic złego. Żadnego wstydu, żadnej refleksji.
I poradziłam sobie
Nie oczekiwałam wiele. Naprawdę. Nie chciałam prezentów, wdzięczności ani wielkich gestów. Chciałam tylko, żeby traktowali mnie jak człowieka, nie jak skarbonkę. Pracowałam całe życie: w przedszkolu, później w bibliotece. Żyliśmy skromnie, ale uczciwie. Po śmierci męża zostałam sama. Oni wtedy też byli już dorośli, na swoim. I bardzo wyraźnie zaznaczyli, że mama sobie poradzi.
I poradziłam sobie. Do czasu, aż zaczęli wracać. Nie z troską, nie z pytaniem, czy czegoś potrzebuję. Tylko z otwartą dłonią. Michał chciał na auto. Olek na przedszkole prywatne dla córki. Potem na wesele, potem na meble, potem na remont balkonu. I zawsze to samo: „Nie mam do kogo się zwrócić, mamo”. Zwracali się tylko wtedy, gdy chodziło o pieniądze. Nigdy: „mamo, może chcesz z nami pojechać?” albo „wpadnij na obiad”. Nie, ja miałam płacić. A potem grzecznie zniknąć.
Wiedziałam, że robią to, bo im na to pozwalam. Bo za każdym razem uginam się pod ich słowami, spojrzeniem, szantażem emocjonalnym. Bałam się jednego: że jak powiem „nie”, to przestaną się odzywać. Jakby moja miłość miała cenę.
Zapadła cisza
— No co ty, mamo, serio robisz problem o tysiąc złotych? — Michał patrzył na mnie z niedowierzaniem. — Przecież to nie majątek.
— Dla mnie to dużo — odpowiedziałam spokojnie, choć w środku się gotowałam.
— Przecież masz emeryturę, nie? — dodała Zuzia, nawet na mnie nie patrząc, tylko stukając coś w telefonie. — Poza tym i tak sama jesteś, co ty z tymi pieniędzmi niby robisz?
To zdanie zabolało mnie bardziej niż prośba o kolejną pożyczkę. Czy to tak wyglądało z ich perspektywy? Samotna staruszka, która nie ma życia i tylko siedzi na kupce pieniędzy, czekając, aż ktoś ją od niej uwolni?
— Nie jestem bankomatem — powiedziałam po raz pierwszy głośno. — I naprawdę, nie mam już ochoty sponsorować waszego życia. Macie pracę, macie rodziny. Pora się nauczyć żyć na własny rachunek.
Zapadła cisza. Michał się skrzywił. Zuzia spojrzała na mnie jak na wariatkę.
— No ładnie... — syknęła. — Fajnie wiedzieć, że mama się wypina na własne dzieci. Po tylu latach.
Serce mi stanęło. Wiedziałam, że właśnie przekroczyłam granicę, zza której nie ma już powrotu. I że zrobiłam to wreszcie dla siebie.
Jakbym odmówiła obcemu
Olek przyszedł dwa dni później. Sam. Bez żony, bez dzieci. Usiadł naprzeciwko mnie w kuchni i nie poprosił nawet o herbatę jak zwykle. Patrzył na mnie z dziwnym uśmiechem.
— Michał mówił, że się stawiasz — zaczął bez ogródek. — Co się dzieje?
— Nie stawiam się — odparłam. — Po prostu mam dość.
Zrobił minę, jakbym powiedziała coś absurdalnego.
— Dość czego, mamo? Pomocy? My przecież nigdy nie chcieliśmy cię wykorzystać…
— Naprawdę? — przerwałam mu. — A kto płacił za wasze wakacje, przedszkola, AGD, urodziny wnuków i komunię w restauracji, której ja nigdy nie odwiedziłam?
Milczał.
— Nie widzicie, że traktujecie mnie jak dojną krowę? Jakby to było oczywiste, że matka zawsze ma, zawsze da i nie powie słowa?
— Ale to chyba normalne, że rodzina sobie pomaga… — rzucił w końcu.
— Pomoc, Olek, to coś innego. Pomoc to gdy prosisz raz, może dwa. A nie kiedy dzwonisz tylko wtedy, gdy brakuje ci pieniędzy.
Westchnął, wstał. Znowu nie spojrzał mi w oczy.
— No dobra, skoro nie chcesz… nie będziemy się narzucać.
I wyszedł. Bez uścisku, bez słowa. Jakbym odmówiła obcemu.
Udawałam, że nie rozumiem
Przez dwa tygodnie nie odezwał się żaden z nich. Zero telefonu, zero wiadomości. Cisza. Na początku bolało. Miałam nadzieję, że chociaż zadzwonią zapytać, czy wszystko u mnie w porządku. Nie chodziło nawet o przeprosiny, tylko o zwykłą ludzką troskę. Nie zadzwonili. Zamiast tego dowiedziałam się od sąsiadki, że Michał opowiada po rodzinie, jak to matka „odcięła się od dzieci”, „w głowie jej się poprzewracało” i „chyba ma jakiś romans, skoro już nie ma czasu dla rodziny”. To było śmieszne, żałosne i… straszne jednocześnie.
Wiedziałam, że to ich sposób na to, by zrzucić z siebie winę. W końcu łatwiej uwierzyć, że stara matka oszalała, niż że przez lata traktowało się ją jak frajerkę. Po miesiącu zadzwonił Olek.
— Hej, mamo… Pomyślałem, że może wpadniemy z dzieciakami. Dawno cię nie widzieliśmy.
— Wpadnijcie — powiedziałam.
Tylko że tym razem nie zrobiłam ciasta. Nie wzięłam koperty. I kiedy żona Olka zaczęła opowiadać, że musieli wziąć chwilówkę, bo „tak się wszystko sypie”, nie powiedziałam nic. Spojrzała na mnie znacząco. Udawałam, że nie rozumiem. I wtedy pojęli, że ten bankomat się zamknął.
Postawiłam granicę
Od tamtej pory minęły trzy miesiące. Kontakty są rzadsze. Bezpośrednie, ale jakby chłodniejsze. Nie ma już telefonów z prośbami o pieniądze. Nie ma prezentów dla wnuków „od babci” za kilkaset złotych. Są za to wizyty przy niedzielnym obiedzie — krótkie, czasem wymuszone. Michał prawie się nie odzywa. Olek robi dobrą minę, ale czuję, że w środku coś go rozsadza. Trudno, nie jestem już tą samą matką, co kiedyś.
Zrobiłam coś, co wydawało mi się wcześniej niemożliwe — postawiłam granicę. Nie z zemsty, nie z egoizmu. Dla siebie. Dla swojego spokoju. I może też po to, żeby ich czegoś nauczyć. Może kiedyś zrozumieją, że matka to nie fundusz awaryjny, tylko człowiek z uczuciami, potrzebami i życiem. Nie wiem, czy wyciągnęli z tego jakąś lekcję. Może tak, a może nie. Ale ja wreszcie zaczęłam żyć inaczej. Spokojniej. Z szacunkiem do samej siebie. I kupiłam bilety do Grecji. Lecę za dwa miesiące. Pierwszy raz w życiu tylko dla siebie. Może tam, w słońcu i nad błękitnym morzem, poczuję się nie tylko jak matka, ale jak kobieta.
Irena, 63 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Córka powiedziała, że nie złoży teściowej życzeń na Dzień Babci. Gdy poznałam powód, serce pękło mi z rozpaczy”
- „Marzę o wspólnych feriach, ale mój mąż zapadł w zimowy sen. Woli wylegiwać się w domu, niż spędzać czas z rodziną na stoku”
- „Córka dała teściowej laurkę na Dzień Babci, a ona wyrzuciła ją do śmieci. Wtedy zrozumiałam, że to koniec udawania”

