„Moje dzieci ciągle podrzucają mi wnuki do opieki. Myślą, że nawet w ferie zrobią z mojego domu darmowe zimowisko”
„Po przejściu na emeryturę miałam plan: kurs malarstwa, wycieczki do sanatorium i długie, leniwe poranki z kawą i książką. Zamiast tego moje życie zamieniło się w poligon, a moi dorośli synowie i córka uważają, że powinnam całować ich po rękach za to, że pozwalają mi zajmować się wnukami”.

- Redakcja
Przez całe życie pracowałam w księgowości, marząc o dniu, w którym zamknę ostatni bilans i wreszcie zacznę żyć dla siebie. Wychowałam trójkę dzieci – Martę, Pawła i Łukasza. Byłam matką pracującą, tą, która jedną ręką mieszała zupę, a drugą sprawdzała lekcje, jednocześnie myśląc o podatkach klienta. Mój mąż, Marek, zmarł pięć lat temu. Zostałam sama w dużym, trzypokojowym mieszkaniu.
Próbowałam jakoś wypełnić tę pustkę. Po przejściu na emeryturę miałam plan: kurs malarstwa, wycieczki do sanatorium i długie, leniwe poranki z kawą i książką. Zamiast tego moje życie zamieniło się w poligon, a moi dorośli synowie i córka uważają, że powinnam całować ich po rękach za to, że „pozwalają” mi zajmować się wnukami. Kiedy pewnego piątku, po kolejnym tygodniu harówki, powiedziałam ciche „dość”, w mojej rodzinie rozpętała się prawdziwa awantura.
Pamiętam ten dzień jak dziś. Ostatni dzień w biurze. Koleżanki przyniosły tort, szef wręczył mi zegarek (ironia losu, teraz czas miał płynąć wolniej), a ja czułam, jak z moich barków spada ciężar, który nosiłam od dekad. Pierwszy miesiąc na emeryturze był cudowny. Wstałam o dziesiątej, poszłam na spacer do parku, kupiłam sztalugi i farby olejne. Zapisałam się nawet na uniwersytet trzeciego wieku. Czułam, że odzyskuję oddech. I wtedy zadzwonił telefon.
– Mamo, słuchaj, jest sprawa – głos Marty był szybki, nerwowy. – Opiekunka nam się rozchorowała. Mogłabym podrzucić Kubusia? To tylko na trzy godzinki.
Oczywiście, że się zgodziłam. Jestem babcią, kocham mojego wnuka. Kubuś, wtedy czterolatek, był słodki, choć energiczny. Te trzy godziny minęły szybko. Marta przyjechała spóźniona o godzinę, rzuciła szybkie „dzięki, mamo, ratujesz nam życie” i wybiegła. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to był początek końca mojej wolności. Te „awaryjne sytuacje” zaczęły zdarzać się coraz częściej. A to katar, więc nie może iść do przedszkola. A to zebranie w pracy. A to wyjazd integracyjny. Stopniowo, niemal niezauważalnie, z babci stałam się darmową, całodobową instytucją opiekuńczą.
Przecież masz czas
Pół roku później mój grafik był bardziej napięty niż wtedy, gdy pracowałam na etacie. Sytuacja wyglądała tak: Marta podrzucała mi Kubusia w każdy wtorek i czwartek, bo zapisała się na jogę. Paweł, mój starszy syn, uznał, że skoro siostra korzysta, to on też może. Jego bliźniaczki, Zosia i Maja, siedmiolatki o temperamencie tajfunu, lądowały u mnie w co drugi weekend, bo Paweł z żoną „musieli popracować nad relacją” i potrzebowali czasu tylko dla siebie. Zamiast malować pejzaże, malowałam paznokcie bliźniaczkom, które potem i tak marudziły, że kolor jest brzydki. Zamiast czytać książki, czytałam setki razy tę samą bajkę Kubusiowi, który wpadał w szał, jeśli pominęłam choćby jedno słowo.
Moje mieszkanie przestało być moją oazą. Stało się placem zabaw, stołówką i pralnią. Wszędzie walały się klocki, na które nadeptywałam bosą stopą, co boli bardziej niż cokolwiek innego na świecie. Kanapa w salonie, którą kupiłam sobie w nagrodę za emeryturę, miała już plamy po soku porzeczkowym i czekoladzie. Kiedy zwracałam uwagę, słyszałam od synowej: „Oj, mamo, to tylko dzieci, wyczyści się”. Ale nikt nie kwapił się, żeby wziąć szmatkę. Najgorsze jednak nie było sprzątanie. Najgorsze było zachowanie moich wnuków. Kocham je, naprawdę, ale to pokolenie chowane bezstresowo weszło mi na głowę.
– Babciu, chcę frytki! – krzyczał Kubuś, rzucając talerzem z moją domową pomidorową.
– Nie ma frytek, kochanie, jest zupa – tłumaczyłam spokojnie.
– Jesteś głupia! Chcę frytki! – wrzeszczał, a ja czułam, jak ciśnienie skacze mi do dwustu.
Kiedy powiedziałam o tym Marcie, wzruszyła ramionami.
– Mamo, on po prostu wyraża emocje. Nie możemy go tłamsić. A może faktycznie zrobisz mu te frytki? Przecież masz czas.
„Masz czas”. To zdanie stało się moim przekleństwem. W oczach moich dzieci fakt, że nie chodzę do biura, oznaczał, że leżę i pachnę, więc powinnam być wdzięczna za to, że dostarczają mi rozrywki w postaci wrzeszczących dzieciaków.
Dałam się wpędzić w rolę służącej
Apogeum nastąpiło zimą. To był długi weekend. Paweł i jego żona zaplanowali wypad w góry ze znajomymi. Oczywiście bez dzieci. Marta z kolei miała jakiś ważny projekt i stwierdziła, że Kubuś będzie jej przeszkadzał.
– Mamo, weźmiesz całą trójkę, prawda? – to nie było pytanie, to było stwierdzenie. – Bliźniaczki zajmą się Kubusiem, nawet nie zauważysz, że ich masz.
Zgodziłam się. Nie potrafiłam odmówić. Bałam się, że jeśli powiem „nie”, obrażą się, odetną mnie od wnuków, zostanę sama. To klasyczny szantaż emocjonalny, którego ofiarą pada tysiące babć. Piątek wieczór. Mieszkanie wyglądało jak po przejściu huraganu. Zosia i Maja postanowiły pobawić się w „salon fryzjerski” i pocięły nożyczkami moje nowe firanki. Kiedy to zobaczyłam, nogi się pode mną ugięły. Kubuś w tym czasie dorwał się do mojego tabletu (tego, na którym miałam oglądać tutoriale malarskie) i zablokował go na amen, wpisując błędne hasła. Na obiad zażyczyli sobie naleśniki. Stałam przy kuchni dwie godziny, smażąc stertę placków. Kiedy postawiłam talerz na stole, Maja popchnęła Zosię, Zosia trąciła kubek z kakao, a brunatna ciecz rozlała się po całym stole, kapiąc na mój dywan.
– Babciu! Powiedz coś Zosi!
– To ona zaczęła!
– A ja chcę bajkę! – ryczał Kubuś.
Stałam tam z patelnią w ręku, w fartuchu umazanym mąką. Miałam już swoje lata. Powinnam spacerować po lesie, a nie biegać za wnukami. Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Nie ze złości na dzieci, one są tylko dziećmi. Płakałam nad sobą. Nad swoim brakiem asertywności. Nad tym, że dałam się wpędzić w rolę służącej. Wieczorem, gdy wreszcie zasnęli, padłam na fotel. Zadzwonił Paweł.
– Hej mamo, jak tam? U nas super, pogoda ekstra. Dzieciaki grzeczne?
– Paweł... pocięły firanki. Wylały kakao na dywan. Jestem wykończona.
– Oj tam, mamo, nie przesadzaj. Firanki i tak były stare. Kupię ci nowe. Ciesz się, że masz wnuki, inni by wiele dali. Dobra, kończę, bo idziemy na drinka. Pa! Rozłączył się. Patrzyłam na telefon z niedowierzaniem. „Kupię ci nowe”. Jakby o firanki tu chodziło. Chodziło o szacunek. O mój czas. O moje samopoczucie.
Rodzina jest najważniejsza
Następnego dnia rano próbowałam porozmawiać z córką, kiedy zadzwoniła zapytać o Kubusia.
– Marta, ja nie daję rady – powiedziałam szczerze. – Trójka dzieci na raz to dla mnie za dużo. Mam swoje lata.
– Mamo, co ty opowiadasz? – jej głos stał się lodowaty. – Przecież ty nic nie robisz całymi dniami. Siedzisz w domu. Co ci szkodzi zająć się własnym wnukiem? Czy on w ogóle jest dla ciebie ważny?
To był cios poniżej pasa.
– Oczywiście, że tak! Ale jestem zmęczona. Chciałam pójść na zajęcia z malarstwa...
– Malarstwa? – prychnęła. – Mamo, w twoim wieku? Daj spokój. Dzieci są najważniejsze. Rodzina jest najważniejsza. Myślałam, że mogę na ciebie liczyć, ale widzę, że wolisz jakieś fanaberie niż pomoc własnej córce, która zaharowuje się, żeby spłacić kredyt.
Rozłączyła się, a ja poczułam się jak najgorszy człowiek na świecie. Egoistka. Wyrodna matka i babcia. Tak właśnie działa ten mechanizm. Wpędzają nas w poczucie winy, żebyśmy potulnie wykonywały ich polecenia. Kiedy w niedzielę wieczorem rodzice odebrali dzieci, w domu zapanowała cisza. Ale to nie była błoga cisza. To była cisza pełna żalu. Moje mieszkanie było brudne, lodówka pusta, a ja czułam się, jakby przejechał po mnie walec. W poniedziałek rano wstałam z mocnym postanowieniem. Podeszłam do lustra i spojrzałam na swoje zmęczone oczy.
– Alina – powiedziałam do siebie na głos. – Jeśli teraz tego nie przerwiesz, umrzesz przy garach, a oni nawet nie zauważą, tylko będą narzekać, że nie ma komu odebrać dzieci ze szkoły.
To jest nieodpowiedzialne
Decyzja była impulsywna, ale konieczna. Znalazłam ofertę last minute. Dwutygodniowy turnus w uzdrowisku. Wyjazd w środę rano. Kosztowało to sporo moich oszczędności, ale pomyślałam: „Na co ja to trzymam? Na czarną godzinę? Czarna godzina jest teraz”. Kliknęłam „Rezerwuj”. Potem spakowałam walizkę. Nie powiedziałam nikomu. Wiedziałam, że jeśli zadzwonię wcześniej, zaczną mnie przekonywać, błagać, albo znowu szantażować. Musiałam postawić ich przed faktem dokonanym. We wtorek po południu zadzwoniła Marta.
– Mamo, jutro rano przywiozę Kubusia, bo mam dentystę, a potem...
– Nie przywoź – przerwałam jej.
Zapadła cisza.
– Słucham? Co to znaczy „nie przywoź”?
– To znaczy, że jutro mnie nie ma.
– Jak to cię nie ma? Gdzie będziesz? Przecież nigdzie nie chodzisz.
– Wyjeżdżam. Do sanatorium. Na dwa tygodnie.
– Co?! – krzyk Marty musiał być słyszalny w sąsiednim bloku. – Zwariowałaś? Jutro? A co z Kubusiem? Co z moimi planami? Mamo, ty nie możesz nam tego zrobić!
– Mogę, kochanie. I właśnie to robię. Pociąg mam o 8:00 rano. Wrócę za dwa tygodnie.
– Ale Paweł też na ciebie liczył! Bliźniaczki mają ferie, nie ma szkoły! Mamo, to jest nieodpowiedzialne!
– Nieodpowiedzialne – powiedziałam spokojnie, choć serce waliło mi jak młot – jest zrzucanie wychowania dzieci na starszą kobietę, nie pytając jej o zdanie. Kocham was, ale muszę odpocząć. Poradzicie sobie. Jesteście dorośli.
Odłożyłam słuchawkę. Przez następną godzinę telefon dzwonił bez przerwy. Dzwoniła Marta, dzwonił Paweł, nawet mój najmłodszy, Łukasz zadzwonił z pytaniem „co się dzieje, bo Marta histeryzuje”. Wyłączyłam telefon.
Nie jestem tylko funkcją „Babcia”
Pierwsze trzy dni w sanatorium spędziłam głównie na spaniu i masażach. Bałam się włączyć telefon. Czułam wyrzuty sumienia – stare nawyki trudno wykorzenić. Wyobrażałam sobie ten chaos: Marta biorąca urlop na żądanie, Paweł kłócący się z żoną o to, kto zostanie z bliźniaczkami. Ale potem poszłam na spacer pod tężnie. Usiadłam na ławce, wdychałam solankowe powietrze i patrzyłam na inne kobiety w moim wieku. Spacerowały, śmiały się, jadły lody. Zrozumiałam, że mam do tego prawo. Że nie jestem tylko funkcją „Babcia”. Jestem Aliną.
Po tygodniu włączyłam telefon. Było kilkadziesiąt nieodebranych połączeń i masa wiadomości. Początkowe: „Mamo, jak możesz!”, „To egoizm!”, „Zniszczyłaś mi tydzień!”. Środkowe: „Mamo, oddzwoń, martwimy się”, „Kubuś pyta o babcię”. Ostatnie: „Mamo, mam nadzieję, że odpoczywasz. Przepraszamy”. To ostatnie napisał Paweł.
Odpisałam krótko: „Odpoczywam. Wrócę w przyszły wtorek. Musimy porozmawiać o nowych zasadach”. Kiedy wróciłam, zwołałam rodzinne spotkanie. Przyszli wszyscy. Marta wyglądała na zmęczoną, Paweł też nie tryskał energią. Najwyraźniej dwa tygodnie bez „darmowej niani” dały im w kość. Zrobiłam herbatę, podałam ciasto (kupne, nie miałam zamiaru piec) i wyjęłam kartkę.
Marta milczała dłuższą chwilę
– Kochani – zaczęłam, nie dając im dojść do słowa. – Bardzo was kocham i kocham wnuki. Ale to, co działo się przez ostatni rok, to był wyzysk. Nie jestem na emeryturze po to, by pracować na drugi etat jako niania.
– Ale mamo... – zaczęła Marta.
– Nie przerywaj mi. Od dziś obowiązują nowe zasady. Po pierwsze: wnuki biorę tylko raz w tygodniu, w wybrany przeze mnie dzień, o ile będę miała na to ochotę i siłę. Po drugie: o każdej wizycie muszę wiedzieć z wyprzedzeniem trzech dni. Żadnego „podrzucania” w ostatniej chwili. Po trzecie: jeśli dzieci coś zniszczą, wy pokrywacie koszty naprawy. I po czwarte: nie jestem stołówką. Jeśli dzieci mają być u mnie dłużej, przywozicie im jedzenie. Patrzyli na mnie jak na kosmitkę. Przez chwilę myślałam, że wybuchną, trzasną drzwiami i wyjdą. Że powiedzą, iż jestem złą babcią. Ale stało się coś dziwnego. Paweł westchnął ciężko i pokiwał głową.
– Masz rację, mamo. Przegięliśmy. Ostatnie dwa tygodnie to był koszmar, dopiero teraz zobaczyliśmy, ile tego wszystkiego brałaś na siebie.
Marta milczała dłuższą chwilę, zaciskając usta. W końcu wydusiła z siebie ciche:
– Przepraszam. Po prostu... było nam tak wygodnie. Nie myśleliśmy o tobie.
Nie powiem, że wszystko zmieniło się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Marta wciąż czasem próbuje wymusić opiekę „na już”, ale nauczyłam się mówić „nie”. Kupiłam nowe firanki (Paweł za nie zapłacił, choć musiałam mu o tym przypomnieć). Zapisałam się w końcu na ten kurs malarstwa. Wczoraj namalowałam swój pierwszy obraz – martwą naturę z wazonem. Tym samym, który ocalał podczas najazdu moich wnuków. Kocham moje wnuki. Ale zrozumiałam, że aby być dobrą babcią, muszę być najpierw szczęśliwą kobietą. I jeśli oznacza to, że czasem wybiorę sztalugi zamiast klocków – trudno. Świat się od tego nie zawali, a moje dzieci w końcu nauczą się, że bycie rodzicem to ich obowiązek, a nie mój.
Alina, 62 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Kupiłam wnuczce piękną kurteczkę w lumpeksie, ale synowa przewracała oczami. Dla niej liczą się tylko ciuchy z metką”
- „Podczas obiadu na Dzień Dziadka padły słowa, których nie da się już cofnąć. Wnuczka nie dostanie już ani złotówki”
- „Kupuję wnukom prezenty za kilkaset złotych, a na Dzień Babci dostałam żałosną bombonierkę. Nie będę już taka hojna”

