Reklama

Nigdy nie uważałem się za męża idealnego, ale zawsze się starałem. Robiłem, co mogłem, żeby Marta była szczęśliwa. Może nie było między nami jak na filmach, nie było fajerwerków co tydzień, ale była codzienność – ciepła, nasza, bezpieczna. Znamy się od liceum, przeszliśmy razem przez niejedno. Wierzyłem, że jeśli coś się psuje, to się to naprawia, a nie wyrzuca.

Od jakiegoś czasu coś się jednak zmieniało. Była bardziej rozkojarzona. Gubiła się w prostych pytaniach. Pachniała inaczej. Nowe perfumy, nowe sukienki, nowe buty, nowa praca. Gratulowałem jej z serca – serio, naprawdę byłem dumny. Miała dość siedzenia w biurze rachunkowym, więc kiedy dostała posadę jako asystentka zarządu w jakiejś większej firmie, cieszyliśmy się razem.

No i kto tu rządzi w tym domu? – śmiała się wtedy, pokazując mi kopertę z umową.

– Nadal ja – uśmiechnąłem się i pocałowałem ją w czoło.

Nie wiedziałem jeszcze, że nie powiedziała mi wszystkiego. Nie wiedziałem, że nowy szef to nie był „jakiś tam Andrzej”, tylko ten Andrzej. Mężczyzna, którego imię kiedyś przypadkiem wymsknęło się jej, kiedy była zbyt zmęczona, by pilnować słów. Jeszcze wtedy niczego się nie domyślałem. Jeszcze wtedy chciałem wierzyć, że wszystko jest normalnie.

Przecież to tylko praca

– Marta, serio, tylko zapytałem, o której dziś wrócisz. Nie musisz od razu robić ze mnie paranoika – powiedziałem, opierając się o framugę drzwi, podczas gdy żona gorączkowo pakowała torbę.

To się nie czepiaj. Mam spotkanie zarządu, muszę być wcześniej i zostać dłużej. Tak już jest w poważnych firmach, wiesz? – rzuciła, nawet na mnie nie patrząc.

– A jak się nazywa ten twój szef? Ten, co cię ciągle zatrzymuje po godzinach?

– Naprawdę? – Marta uniosła brwi i skrzyżowała ręce. – Zaczynamy znowu tę rozmowę?

– Chciałem tylko wiedzieć. Nie rozmawiamy ostatnio prawie wcale. Wszystko kręci się wokół twojej pracy, telefon masz jak przyspawany do dłoni, jakbyś się bała, że ktoś go zobaczy.

– Bo to moja praca! Nowa! Chciałbyś, żebym od razu się zwolniła? Nie wiem, co chcesz osiągnąć tą gadką.

Chcę, żebyś była szczera. Mam wrażenie, że coś się zmieniło. Że… się oddalasz.

Marta milczała przez chwilę, a potem uśmiechnęła się z ironią.

– Wiesz co, Paweł? Ty po prostu nie możesz znieść, że ja się rozwijam, a ty stoisz w miejscu. To uderza w twoje ego, co?

– Nie chodzi o żadne ego – wyszeptałem. – Chodzi o nas.

– To może zajmij się „nami”, a ciągle mnie rozliczasz z pracy.

Trzasnęła drzwiami i została po niej tylko cisza. I zapach tych cholernych nowych perfum, które nie pachniały domem. Pomyślałem, że może rzeczywiście jestem przewrażliwiony. Może to tylko stres. Może… to tylko ta praca.

To imię mnie zastanowiło

Siedziałem w kuchni, kończyłem kolację, której Marta nawet nie tknęła. Usłyszałem, jak rozmawia przez telefon w łazience. Cicho, jakby nie chciała, żebym słyszał. Jednak usłyszałem jedno słowo. A raczej imię.

Andrzej, nie teraz. Zadzwonię później – powiedziała szeptem, niemal tkliwie.

Serce mi zamarło. Nie znałem żadnego Andrzeja z jej pracy. Przynajmniej żadnego, o którym by wspominała. Wstałem z krzesła jak na komendę, ale zanim zdążyłem dojść do łazienki, zdążyła już wyjść. Uśmiechnęła się blado i zaczęła przeglądać coś w telefonie.

– Marta, mogę cię o coś zapytać?

– Jasne – odpowiedziała, nie podnosząc wzroku.

Znasz jakiegoś Andrzeja?

Zamarła. Palce zastygły nad ekranem. Po chwili wzruszyła ramionami.

– To klient. Rozmawiam z wieloma. A co?

– Tak po prostu. Usłyszałem przez przypadek. Zdziwiłem się, bo nigdy o nim nie wspominałaś.

– Nie każdy klient to temat do omawiania przy obiedzie. Naprawdę, Paweł, czasem zachowujesz się, jakbyś szukał powodów do zazdrości.

– Nie, po prostu… ostatnio czuję, że coś między nami się rozjeżdża. I próbuję zrozumieć, co się dzieje.

– Nic się nie dzieje – powiedziała zbyt szybko, zbyt pewnie. – Przesadzasz.

Patrzyłem na nią długo, ale już wiedziałem, że kłamie. Broniła się zbyt gorączkowo. Jak ktoś, kto ma coś do ukrycia. Jeszcze jej nie oskarżałem. Jeszcze wierzyłem, że może to tylko moje przewrażliwienie. Jeszcze… chciałem jej ufać.

Zdjęcie mnie rozbiło

Sylwestra spędziliśmy osobno. Marta powiedziała, że firma organizuje kolację tylko dla pracowników – „żadne tam pary, sama śmietanka zarządu”. Nie chciałem robić scen, więc tylko przytaknąłem. Kupiłem sobie pizzę, otworzyłem piwo i zasnąłem przy jakimś powtórkowym kabarecie. Nie narzekałem.

Kilka dni później z nudów przeglądałem media społecznościowe. Znajomy z pracy Marty wrzucił album z sylwestrowej imprezy – jakieś kadry z hotelowego korytarza, drinki, fajerwerki. Już miałem przewinąć dalej, gdy nagle zatrzymałem się jak sparaliżowany. Na jednym ze zdjęć była Marta. W eleganckiej sukience, uśmiechnięta. A obok niej stał mężczyzna – wyższy, siwiejący, w eleganckim garniturze. Obejmował ją. Nie tak po koleżeńsku. Jego ręka spoczywała nisko na jej talii, a ona patrzyła na niego z tym uśmiechem... Tym, który kiedyś był tylko mój. Znałem ten uśmiech. Pojawiał się, gdy byłem dla niej wsparciem. Gdy śmiała się z moich głupich żartów. Gdy zasypiała obok mnie.

Kliknąłem w profil mężczyzny. Andrzej. Prezes zarządu. Znałem go już teraz z nazwiska. I znałem jego twarz – bo była przytulona do twarzy mojej żony.

Wieczorem pokazałem jej to zdjęcie bez słowa. Zbladła. Odłożyła telefon. Próbowała coś powiedzieć, ale nic z tego nie wyszło.

– To nie tak, jak myślisz... – wyszeptała w końcu.

– Nie? – głos mi zadrżał. – Myślę, że trzymasz się z byłym kochankiem w objęciach w sylwestra, a ja siedzę sam w domu jak idiota.

Nie odpowiedziała. I nie musiała. Wszystko było już jasne.

Kłamała od samego początku

– Paweł... ja nie chciałam, żeby to tak wyszło – zaczęła, siadając na skraju łóżka. Ręce jej drżały. – Przysięgam, że nie planowałam tego. To się po prostu… wydarzyło.

Stałem oparty o ścianę z ramionami skrzyżowanymi na piersi, bo inaczej pewnie nie potrafiłbym ustać.

– Andrzej... był kiedyś moim chłopakiem. Dawno temu. Jeszcze zanim ciebie poznałam. Po tym, jak się rozstaliśmy, nie miałam z nim kontaktu. A potem nagle się pojawił. Wtedy na rozmowie o pracę. Wszystko wróciło.

Westchnęła, zakrywając twarz dłońmi.

– Na początku myślałam, że dam radę. Że to tylko wspomnienia, że jestem silna. Ale on był taki pewny siebie. Przypominał mi, co kiedyś było między nami, jak dobrze się rozumieliśmy… Wiesz, ja się czułam wtedy taka... niedoceniona. W domu cicho, w tobie jakaś obojętność. A on… słuchał. Patrzył tak, jak kiedyś ty patrzyłeś.

Prychnąłem gorzko.

– I co? Uległaś?

– To nie było coś, co trwało miesiącami. Nie byliśmy kochankami. Przysięgam. Sylwester... to był jeden wieczór. Jeden taniec za dużo, jedno wino za dużo, jedno „czemu nie?”. Pocałował mnie, ale nie spałam z nim. Chociaż… pewnie bym to zrobiła, gdyby impreza trwała trochę dłużej.

Spojrzałem na nią wtedy inaczej. Nie jak na moją żonę. Tylko jak na kobietę, której już nie znałem.

Dziękuję za szczerość – powiedziałem cicho. – Teraz muszę wyjść.

Założyłem kurtkę i wyszedłem. Nie miałem pojęcia, dokąd. Wiedziałem, że nie mogę tam zostać ani minuty dłużej.

On się wcale nie krył

Po dwóch dniach milczenia pojechałem do niego. Nie zapowiadałem się. Wszedłem do biura pod pozorem rozmowy w sprawie rekrutacji jako kandydat. Recepcjonistka kazała mi chwilę poczekać. Czekałem. Gotowałem się w środku, ale z zewnątrz byłem spokojny. Chciałem zobaczyć jego twarz, kiedy się dowie, kim jestem.

Drzwi się otworzyły. Andrzej. Uśmiechnięty. Pewny siebie. Ten sam, którego ręka spoczywała na talii mojej żony.

– Pan Paweł, tak? Zapraszam do gabinetu.

Usiedliśmy. Przez chwilę patrzył na mnie, aż nagle uniósł brwi.

– Zaraz… Czy my się znamy?

– Znasz moją żonę, Martę.

Uśmiech zniknął z jego twarzy. Przez moment wyglądał na zaskoczonego. Tylko przez moment.

– Ach, więc jednak.

– Przyszedłem tylko zadać jedno pytanie. Jak długo to trwa?

Wzruszył ramionami. Zbyt nonszalancko.

– Marta przyszła do mnie sama. Ja jej nie szukałem. Wiedziałem, że mnie pamięta. Zawsze między nami coś było. Czasem takich rzeczy nie da się zignorować.

– Spałeś z nią?

– Nie, ale gdybyś tego nie podejrzewał, nie byłoby cię tutaj – powiedział spokojnie.

Zacisnąłem pięści, ale nie uderzyłem go. Wtedy byłbym dokładnie tym, za kogo mnie miał – żałosnym człowiekiem, mężem, który traci panowanie nad sobą.

Zamierzasz o nią walczyć?

– Nie. Marta jest dorosła. To ona decyduje, gdzie chce być. Ja się nie wtrącam.

Wyszedłem bez pożegnania. Jego słowa brzmiały mi w głowie przez całą drogę do domu. On się nawet z tym nie krył. To ja nie chciałem widzieć.

Nie potrafię na nią patrzeć

Wróciłem późnym wieczorem. Marta siedziała w kuchni. Nie płakała. Nie mówiła nic. Po prostu siedziała i patrzyła w okno, jakby tam, w ciemności za szybą, była jakaś odpowiedź. Nie powiedziałem „wróciłem”. Nie powiedziałem, że zostaję. Po prostu usiadłem naprzeciwko niej w ciszy.

Przez następne dni byliśmy razem i jednocześnie osobno. Żadne z nas nie potrafiło zacząć rozmowy. Zwykłe „jak minął dzień?” brzmiało jak fałsz. Jak próba przykrycia czegoś ogromnego cienką warstwą codzienności.

Spróbowaliśmy pogadać. Słowa brzmiały sztucznie. Zdania urywały się w połowie. Każde „przepraszam” ważyło tonę. A „kochanie” już nie przechodziło przez gardło. Zapytałem, czy chce odejść. Powiedziała, że nie wie. Że to, co się stało, zmieniło wszystko. Że nie planowała tego. Że to ją samą przeraziło. Że mnie kocha. Ale już nie wie, czy w taki sposób jak kiedyś. Ja też nie wiedziałem. Patrzyłem na nią i nie widziałem tej samej Marty. Siebie też nie poznawałem.

Mówią, że czas leczy rany. Być może uleczy moje. Tylko nikt nie mówi, że blizny zostają. Nawet jeśli zostaniemy razem – już nigdy nie będę patrzył na nią tak samo. A ona już nigdy nie będzie patrzeć na mnie bez poczucia winy. Na razie jesteśmy w zawieszeniu pod jednym dachem. Dwoje ludzi, którzy się znali. Którzy może kiedyś się odnajdą. A może wcale nie.

Paweł, 37 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama