„Moja żona wszystko brała zbyt serio. Nawet mój romans uznała za koniec świata, a to przecież była tylko rozrywka”
„Patrzyła na mnie długo, jakby próbowała zobaczyć coś więcej niż moje słowa. Wtedy pierwszy raz poczułem irytację. Dlaczego robi z tego dochodzenie? Przecież nic się nie zawaliło, dom stał, rachunki były opłacone, a ja wciąż wracałem na noc”.

Zawsze uważałem, że Agnieszka ma skłonność do dramatyzowania. Każde potknięcie urastało u niej do rangi tragedii, każde niedopowiedzenie było zapowiedzią katastrofy. Ja z kolei żyłem lżej, bardziej obok emocji niż w ich środku. Dlatego gdy pewne sprawy wyszły na jaw, kompletnie nie rozumiałem, dlaczego jej świat rozsypał się w jednej chwili, a mój miałby runąć razem z nim.
Była przewidywalna jak kalendarz
Agnieszka od dawna miała swoje rytuały. Kawa tylko w tym samym kubku, poranki zawsze w ciszy, listy zadań przyczepione magnesem do lodówki. Patrzyłem na to z dystansu, jak na coś, co mnie dotyczyło tylko pośrednio. Byliśmy małżeństwem, mieszkaliśmy razem, ale coraz częściej miałem wrażenie, że żyjemy obok siebie, nie ze sobą.
– Znowu wrócisz późno? – zapytała któregoś wieczoru, nawet na mnie nie patrząc.
– Tak wyszło w pracy – odpowiedziałem automatycznie, zdejmując kurtkę.
Nie dopytywała. To była jedna z tych rzeczy, które mnie w niej drażniły najbardziej – to milczące przyzwolenie, ta rezygnacja, która wisiała w powietrzu jak kurz. Kiedyś walczyła o rozmowy, o wspólne kolacje, o wyjazdy. Teraz tylko notowała coś w swoim zeszycie i kiwała głową, jakby odhaczać kolejne rozczarowanie.
Zaczęło się jak każda relacja. Kilka rozmów, trochę śmiechu, poczucie, że ktoś znów mnie słucha. Nie szukałem zmian, raczej przerwy od tej domowej atmosfery napięcia i oczekiwań. Wracałem późno, ale spokojny. Agnieszka siedziała wtedy na kanapie z książką albo przy komputerze.
– Kolacja jest w lodówce – mówiła cicho.
– Dzięki – odpowiadałem i nawet nie pytałem, co u niej. Pewnie to samo co zwykle.
Pamiętam jeden wieczór szczególnie. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie przy stole, a cisza była tak gęsta, że aż dzwoniło mi w uszach.
– Artur, czy my w ogóle jeszcze ze sobą rozmawiamy? – zapytała nagle.
Westchnąłem, bo wiedziałem, dokąd to zmierza.
– Przecież siedzimy razem – rzuciłem, próbując się uśmiechnąć. – Porozmawiajmy teraz.
Nie odpowiedziała. Wstała, zabrała talerze i zamknęła się w sypialni. Wtedy pomyślałem, że przesadza. Że robi z niczego problem, że to tylko gorszy okres. Nie przyszło mi do głowy, że dla niej to już był rozłam, którego nie da się skleić.
Zaczęła coś wyczuwać
Poznałem ją w miejscu, w którym nikt niczego od nikogo nie oczekiwał. Kilka zdań rzuconych mimochodem, wspólny śmiech z czegoś zupełnie błahego. Zaskoczyło mnie, jak łatwo przyszło mi mówienie o sobie. O sprawach, które w domu grzęzły mi w gardle. Przy niej nie musiałem uważać na ton, na słowa, na to, czy kogoś nie zranię.
– Masz wrażenie, że ciągle musisz być kimś innym? – zapytała pewnego razu.
Skinąłem głową szybciej, niż zdążyłem to przemyśleć.
– W domu wszystko jest na serio. Każde zdanie, każda mina – odpowiedziałem. – Czasem chciałbym po prostu… odetchnąć.
Uśmiechnęła się wtedy w sposób, który nie zobowiązywał do niczego. To było najwygodniejsze. Wracałem do mieszkania spokojniejszy, lżejszy. Agnieszka to zauważała, choć chyba interpretowała po swojemu.
– Jesteś ostatnio jakiś inny – powiedziała, gdy stała w drzwiach łazienki. – Jakby cię tu nie było.
– Przesadzasz – rzuciłem odruchowo. – Po prostu mniej się stresuję.
Przyjęła to bez słowa, ale jej spojrzenie było uważniejsze niż zwykle. Zaczęła zadawać pytania, na które odpowiadałem zdawkowo. Kiedyś sprawdziła mój telefon, choć zawsze twierdziła, że nie znosi kontroli. Znalazła kilka wiadomości, wyrwanych z kontekstu, ale wystarczających, by zasiać niepokój.
– To ktoś z pracy? – zapytała, trzymając aparat w dłoni.
– Tak – skłamałem zbyt szybko.
Patrzyła na mnie długo, jakby próbowała zobaczyć coś więcej niż moje słowa. Wtedy pierwszy raz poczułem irytację. Dlaczego robi z tego dochodzenie? Przecież nic się nie zawaliło, dom stał, rachunki były opłacone, a ja wciąż wracałem na noc.
– Artur, ja nie chcę żyć w półprawdach – powiedziała cicho.
Nie odpowiedziałem. Wyszedłem do drugiego pokoju, zamykając drzwi trochę mocniej, niż było trzeba. W mojej głowie to nadal nie był dramat. Raczej nieporozumienie, które ona uparcie próbowała rozdmuchać.
Dla niej to był dramat
Atmosfera w domu zgęstniała tak bardzo, że każde słowo wydawało się nie na miejscu. Agnieszka chodziła ostrożnie, jakby bała się, że jednym ruchem coś rozbije. Ja z kolei coraz częściej zostawałem dłużej poza domem, choć nie zawsze miałem dokąd iść. Ważne było tylko to, żeby nie wracać za wcześnie.
Któregoś popołudnia wróciłem niespodziewanie wcześniej. W przedpokoju panowała cisza, ale w kuchni paliło się światło. Agnieszka siedziała przy stole, a przed nią leżał mój telefon.
– Możesz mi wytłumaczyć, kim ona jest? – zapytała bez wstępu.
Zatrzymałem się w pół kroku.
– Przecież mówiłem, że to nic ważnego.
– Dla ciebie może nie – odpowiedziała, unosząc wzrok. – Ale dla mnie to już wszystko.
Usiadłem naprzeciwko niej, bardziej z obowiązku niż z potrzeby rozmowy.
– Robisz z tego koniec świata – powiedziałem spokojnie. – To była rozmowa, spotkania. Nic, co miałoby niszczyć małżeństwo.
Zaśmiała się krótko, bez cienia humoru.
– Wiesz, co mnie boli najbardziej? – zapytała. – Że mówisz o tym tak, jakby chodziło o mebel, a nie o mnie.
Chciałem odpowiedzieć, ale zabrakło mi argumentów, które brzmiałyby sensownie. Zamiast tego wzruszyłem ramionami.
– Przesadzasz, Agnieszka. Zawsze wszystko bierzesz zbyt serio.
To był moment, w którym coś w niej się przełamało. Wstała gwałtownie, odsuwając krzesło.
– Jeśli to jest dla ciebie rozrywka, to ja nie chcę być częścią tej gry – powiedziała, a jej głos drżał.
Wyszła z kuchni, trzaskając drzwiami sypialni. Zostałem sam, patrząc na telefon leżący na stole. Po raz pierwszy przyszła mi do głowy myśl, że może jednak nie chodziło o jej nadwrażliwość, tylko o moje lekceważenie. Ale nawet wtedy próbowałem to zbagatelizować. Przecież jutro miało być normalnie. Tak sobie powtarzałem.
Teraz już przesadziła
Normalnie nie było już nigdy. Następnego dnia Agnieszka nie przygotowała kawy, nie zostawiła kartki na lodówce. W mieszkaniu panował porządek aż do przesady, jakby ktoś chciał wymazać z niego wszelkie ślady obecności. Zapytałem, czy wszystko w porządku, ale odpowiedziała tylko skinieniem głowy. To milczenie było inne niż wcześniej – chłodne, zamknięte, ostateczne.
Wieczorem usiedliśmy w salonie. Telewizor grał cicho, choć żadne z nas na niego nie patrzyło. W końcu to ona przerwała ciszę.
– Myślałam całą noc – zaczęła, splatając dłonie. – I doszłam do wniosku, że nie umiem już udawać, że nic się nie stało.
– Nikt nie każe ci udawać – odparłem. – Ale nie możesz mnie za to karać do końca życia.
Spojrzała na mnie uważnie, jakby po raz pierwszy widziała mnie naprawdę.
– Ja cię nie karzę, Artur. Ja po prostu nie chcę żyć w związku, w którym moje uczucia są problemem.
Te słowa zabolały bardziej, niż się spodziewałem. Chciałem zaprzeczyć, powiedzieć coś, co odwróci bieg rozmowy, ale zamiast tego zapytałem:
– I co teraz?
Wstała i podeszła do szafki, z której wyjęła teczkę.
– Złożyłam już dokumenty – powiedziała spokojnie. – Nie zrobiłam tego w gniewie. Zrobiłam to, bo zrozumiałam, że się rozmijamy.
Poczułem nagły ścisk w żołądku. To nie była scena, to nie był dramat, który można przeczekać. To była decyzja.
– Naprawdę chcesz to wszystko przekreślić? – zapytałem ciszej.
– To ty przekreśliłeś – odpowiedziała. – Ja tylko przestałam udawać, że tego nie widzę.
Kiedy wyszła do sypialni, zostałem sam w salonie. Po raz pierwszy dotarło do mnie, że to, co nazywałem rozrywką, miało realne konsekwencje. I że jej „branie wszystkiego zbyt serio” było po prostu stawianiem granic.
To ja byłem w błędzie
Wyprowadziła się tydzień później. Spakowała rzeczy bez pośpiechu, starannie, jak wszystko, co robiła. Stałem w drzwiach i patrzyłem, jak zamyka walizkę, jak sprawdza jeszcze raz półki, jakby upewniała się, że niczego po sobie nie zostawia. Ani przedmiotów, ani nadziei.
– Zadzwoń, jeśli będziesz czegoś potrzebowała – powiedziałem, sam nie wiedząc po co.
Spojrzała na mnie łagodnie, bez złości.
– Właśnie dlatego muszę odejść – odpowiedziała. – Bo ty wciąż myślisz, że wszystko da się załatwić jednym zdaniem.
Nie trzaskała drzwiami. Po prostu wyszła. Mieszkanie nagle wydało mi się obce, zbyt ciche, zbyt puste. Przez pierwsze dni próbowałem funkcjonować jak dawniej. Praca, spotkania, wieczory poza domem. Tylko że nikt już nie czekał, nikt nie pytał, nikt nie milczał w ten sposób, który kiedyś mnie irytował.
Z czasem dotarło do mnie, że Agnieszka nie brała świata zbyt serio. Ona po prostu traktowała relacje odpowiedzialnie. Ja uciekałem w lekkość, bo bałem się konfrontacji, rozmów, przyznania się do własnego zagubienia. To było wygodne. Do momentu, w którym przestało być.
Podpisałem dokumenty bez protestu. Wiedziałem, że nie mam już argumentów. Została mi tylko świadomość, że straciłem coś, czego nie da się nazwać rozrywką ani błahostką. I że konsekwencje przychodzą zawsze wtedy, gdy najmniej się ich spodziewamy.
Artur, 41 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Przesiąkłem zapachem perfum kochanki, więc szybko kupiłem takie same żonie. Kłamstwo wyszło na jaw”
- „Myślałem, że walentynki uratują moje małżeństwo. Zamiast tego zobaczyłem, kim naprawdę jest moja żona”
- „Chciałem zostawić dziewczynę w walentynki. Zwątpiłem, gdy usłyszałem, że nosi pod sercem moje dziecko”

