Reklama

Od dziesięciu lat jestem mężem kobiety, która niemal od początku naszego małżeństwa potrafiła rzucić w moją stronę jedno zdanie, które wbijało się w pamięć mocniej niż cokolwiek innego. „Beze mnie miałaby wspaniałe życie”. Powtarzała to z taką pewnością, że z czasem zacząłem się zastanawiać, czy naprawdę jestem dla niej jedynie przeszkodą, kamieniem u nogi, który trzyma ją przy ziemi. Patrząc na nasze wspólne życie, zastanawiałem się, kto by jej fundował te wszystkie drogie sukienki, wakacje i codzienne wygody. Czasem czułem się jak bank, a nie mąż.

Złudzenia wspólnego szczęścia

Na początku wydawało mi się, że jesteśmy zespołem. Że gramy do jednej bramki, że jesteśmy partnerami, którym zależy na wspólnym domu, stabilizacji i miłości. Poznaliśmy się na uczelni. Ona studiowała zarządzanie, ja inżynierię. Szybko wpadliśmy sobie w oko, a jeszcze szybciej zamieszkaliśmy razem. Zawsze była ambitna, miała wielkie marzenia, mówiła o podróżach, o domku nad morzem, o samochodzie z opuszczanym dachem. Kiwałem głową, mówiąc, że kiedyś to wszystko jej dam. I rzeczywiście — dawałem. Krok po kroku spełniałem jej zachcianki, nie szczędząc godzin w pracy, dorabiając po nocach, podejmując kolejne zlecenia.

Z biegiem lat zauważyłem jednak, że w jej oczach przestałem być człowiekiem, który ją inspiruje. Coraz częściej patrzyła na mnie jak na kogoś, kto ją ogranicza, przeszkadza, kto nie pasuje do jej wizji „lepszego życia”. Kiedyś zapytałem, czy jest szczęśliwa.

– Mogłabym być, gdybym nie musiała się dostosowywać do twoich ograniczeń – rzuciła, nie patrząc mi w oczy.

Poczułem się wtedy, jakbym był hamulcem ręcznym w jej samochodzie marzeń. A przecież to ja ten samochód jej kupiłem.

Czułem na sobie ciężar

W domu rzadko rozmawialiśmy o uczuciach. Rozmowy kręciły się wokół rachunków, planów na weekend, jej pomysłów na kolejne zakupy, mojej pracy. Unikała tematów, które mogłyby ją skonfrontować z czymś trudnym. Kiedy próbowałem poruszyć coś poważniejszego, zbywała mnie zdaniem, że jestem „zbyt emocjonalny jak na faceta”. Zamykałem się w sobie. Dusiłem frustrację, maskowałem zawód. Nie chciałem być tym, który psuje atmosferę.

– Muszę mieć nowe buty na konferencję – powiedziała pewnego dnia, jakby to był obowiązek, nie zachcianka. – Te od ciebie sprzed dwóch miesięcy już mi się znudziły.

– To nie możesz ich jeszcze raz założyć? – zapytałem ostrożnie.

Spojrzała na mnie tak, jakbym zaproponował jej wyjście boso.

Naprawdę nie rozumiesz, jak to działa? – parsknęła. – Ty nic nie kumasz.

To był ten moment, w którym zacząłem się zastanawiać, jak bardzo różni jesteśmy. Ona nie widziała sensu w oszczędzaniu, nie znała słowa „wystarczy”. Ja kalkulowałem, planowałem, myślałem o przyszłości. Dla niej przyszłość to był kolejny wyjazd na weekend do SPA i nowy zegarek. Dla mnie – spłata kredytu.

Komu jest lepiej?

Zdarzało mi się siadać wieczorami samemu w salonie, gdy ona zamykała się w sypialni z telefonem i słuchawkami na uszach. Wcześniej potrafiliśmy godzinami gadać o wszystkim, teraz miałem wrażenie, że jestem tylko cichym tłem do jej życia. Znajomi pytali, jak nam się układa, czy planujemy dzieci. Uśmiechałem się wtedy i mówiłem, że „wszystko w swoim czasie”, choć sam nie byłem już pewien, czy to „wszystko” w ogóle nadejdzie.

Pewnej niedzieli wracaliśmy z kolacji u jej rodziców. Siedziała cicho, patrzyła przez okno. Po chwili westchnęła ciężko i rzuciła:

– Gdybym wtedy wybrała inaczej, mogłabym być teraz zupełnie gdzie indziej.

Zacisnąłem dłonie na kierownicy. Nie odpowiedziałem od razu.

– A gdzie byś była? – zapytałem w końcu.

– Może we Włoszech, może w Londynie. Miałam propozycje. Tylko, że wtedy pojawiłeś się ty.

Zabolało. Jakby nasze małżeństwo było dla niej przypadkiem, który wszystko jej popsuł. Jakby codzienne życie, które starałem się budować z myślą o nas, było dla niej kulą u nogi. Zaczynałem rozumieć, że dla niej szczęście nie oznaczało stabilności. Oznaczało przygodę. Drogą. Niezależność. Nawet jeśli ktoś musiał za to wszystko płacić.

Gorzki smak luksusu

Pewnego dnia wróciłem wcześniej z pracy. Drzwi do mieszkania były uchylone, co mnie zaniepokoiło. W środku usłyszałem jej śmiech. Głośny, swobodny – taki, jakiego nie słyszałem od miesięcy. Rozmawiała przez telefon, nieświadoma, że już wróciłem.

– Nie, on niczego nie podejrzewa – powiedziała. – Serio, gdybyś go zobaczył… Taki porządny, aż nudny. Idealny do płacenia rachunków.

Zamarłem. Serce zaczęło mi bić szybciej, ale nie wszedłem od razu. Stałem za drzwiami, jak obcy we własnym domu, chłonąc każde słowo.

– Gdyby nie kasa, nie byłoby mnie tu od dawna. Ale wiesz, to wszystko kosztuje – kontynuowała z rozbawieniem. – On nawet nie wie, ile razy płaci za coś, czego nie dotyka.

Wszedłem dopiero, gdy skończyła rozmowę. Uśmiechnęła się do mnie, jakby nic się nie stało.

– Wcześnie dzisiaj wróciłeś – rzuciła i wróciła do przeglądania katalogu z meblami.

Zamilkłem. Nie wiedziałem, czy bardziej boli mnie to, co powiedziała, czy to, że powiedziała to z takim spokojem, jakby od dawna miała ułożony plan. Patrzyłem na nią i nagle zrozumiałem, że luksus, który jej dawałem, był jedynym powodem, dla którego jeszcze przy mnie została.

Czy ona w ogóle mnie kochała?

W kolejnych dniach próbowałem udawać, że nic się nie zmieniło. Nie byłem gotowy na konfrontację, nie chciałem usłyszeć prawdy wprost. Może naiwnie liczyłem, że to była tylko głupia rozmowa, żart, który źle zrozumiałem. Ale jej zachowanie nie dawało mi złudzeń. Wciąż prosiła o kolejne przelewy, kolejne inwestycje w jej styl życia. Nigdy nie pytała, jak się czuję. Jak sobie radzę. Czy wszystko u mnie w porządku.

Pewnego wieczoru zebrałem się na odwagę.

– Kochasz mnie jeszcze? – zapytałem cicho, patrząc jej prosto w oczy.

Zamilkła na chwilę. Unikała mojego wzroku.

– To nie takie proste – odpowiedziała, kręcąc się przy blacie kuchennym. – Ty jesteś dobrym człowiekiem, naprawdę. Tylko że… my chyba chcemy innych rzeczy.

– A czego ty chcesz?

– Wolności. Oddechu. Życia, które mnie ekscytuje.

Nie zaprzeczyła, że mnie nie kocha. Nie potwierdziła też, że kocha. Po prostu wybrała coś innego niż ja. Coś, czego nie mogłem jej dać, nawet jeśli wydawałem na to wszystkie oszczędności. I wtedy zrozumiałem, że nie chodziło o to, kto jej to życie fundował. Chodziło o to, że ona nigdy nie chciała go przeżywać ze mną.

Jej ciągle było mało

Od tamtego wieczoru przestałem próbować. Nie dlatego, że przestałem kochać. Po prostu po raz pierwszy poczułem, że wszystko, co dawałem, nie miało znaczenia. Żadne kolacje, wycieczki, prezenty, samochody czy mieszkania nie były w stanie zatrzymać przy mnie kogoś, kto nigdy naprawdę nie chciał tu być. Wkrótce spakowała walizki. Zostawiła mi karteczkę na stole, choć przecież mogła powiedzieć wszystko w twarz. Może nie miała odwagi. Może nigdy jej nie miała.

Mieszkanie z dnia na dzień stało się puste. Ciche. Bez niej było taniej, spokojniej, ale też... dziwnie. Przez wiele tygodni zastanawiałem się, czy mogłem coś zrobić inaczej. Czy mogłem mniej dawać, a więcej rozmawiać. Może nie chodziło tylko o luksusy, może o to, że żyliśmy obok siebie, zamiast razem. Ale nawet jeśli coś zawaliłem, wiem jedno – kochałem. I byłem lojalny. I starałem się.

A ona? Ona chciała czegoś więcej, niż ja mogłem jej dać. A może po prostu nie chciała mnie. Dziś już nie szukam odpowiedzi. Wystarczy mi świadomość, że przynajmniej nie muszę już sponsorować czyjegoś niezadowolenia.

Michał, 39 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama