„Moja żona mnie olewała, więc od razu zwęszyłem romans. To, co odkryłem, było o wiele gorsze od spotkań z kochasiem”
„Wieczorem obserwowałem ją uważniej niż zwykle. Siedziała przy stole zamyślona. – Znowu odpływasz – rzuciłem. – O czym tak myślisz? – Naprawdę chcesz wiedzieć? W jej głosie zabrzmiało coś poważnego. Nie odpowiedziałem. Zabrakło mi odwagi”.

Przez dwadzieścia trzy lata byłem przekonany, że o Ewie wiem wszystko. Znałem jej spojrzenia, milczenia, nawet sposób, w jaki odkładała łyżeczkę po herbacie. Nasze życie płynęło spokojnie, aż nagle coś się zmieniło. Siedziała obok mnie przy stole, a ja miałem wrażenie, że patrzę na obcą kobietę. Im bardziej próbowałem ją zrozumieć, tym mocniej wymykała mi się z rąk.
Zacząłem podejrzewać coś więcej
Pierwszy raz naprawdę mnie to uderzyło w środę wieczorem. Wróciłem z pracy podenerwowany, bo młodszy kolega bez skrupułów podważył mój projekt na zebraniu. Czułem się niedoceniony i, co gorsza, stary.
– Wyobrażasz sobie, Ewa? – zacząłem, zdejmując marynarkę. – Powiedział, że moje rozwiązania są „zbyt zachowawcze”.
Nic nie mówiła, tylko spojrzała na mnie jakby z daleka. Nie odpowiadała na moje pytania i komentarze.
– Przepraszam. Jestem dziś zmęczona – rzuciła tylko.
Ostatnio często była zmęczona. Zbyt zmęczona na rozmowę, na spacer, na wspólne oglądanie filmu. Gdy próbowałem ją objąć, delikatnie wysuwała się z uścisku.
– Coś się dzieje? – zapytałem wtedy.
– Nic, Mateusz. Po prostu mam dużo na głowie.
„Dużo” – kolejne słowo, które nic nie znaczyło.
Następnego dnia wyszła wcześniej niż zwykle. Zostałem sam w mieszkaniu, które nagle wydało mi się za ciche. Chodziłem z pokoju do pokoju, czując narastające napięcie. W końcu zatrzymałem się przy jej komodzie. Stałem tak dobrą minutę, walcząc ze sobą. A jednak otworzyłem szufladę.
Przeglądałem poukładane apaszki, koperty z rachunkami, stary notes. Potem zajrzałem do torebki. Każdy szelest materiału brzmiał jak oskarżenie. Szukałem czegokolwiek – biletu, karteczki z numerem, dowodu, że nie wymyślam problemu. Nic. Zamiast ulgi poczułem rozczarowanie pomieszane ze wstydem. Jakbym liczył na potwierdzenie swoich obaw, by móc powiedzieć: „Widzisz, miałem rację”.
Wieczorem obserwowałem ją uważniej niż zwykle. Siedziała przy stole, zamyślona.
– Znowu odpływasz – rzuciłem. – O czym tak myślisz?
Podniosła wzrok.
– Naprawdę chcesz wiedzieć?
W jej głosie zabrzmiało coś, czego nie potrafiłem nazwać. Nie odpowiedziałem. Zabrakło mi odwagi.
Zamiast rozmowy wybrałem milczenie. A w tym milczeniu zaczęły kiełkować myśli, których wcześniej bym się wstydził. Że może przestałem jej wystarczać. Że ktoś inny potrafi ją słuchać uważniej. Że jej nieobecne spojrzenie ma swoje konkretne imię. Im bardziej odsuwała się ode mnie, tym bardziej czułem się upokorzony. Nie pytałem wprost, bo bałem się odpowiedzi. Wolałem budować w głowie własne scenariusze niż usłyszeć prawdę.
Spróbowałem innego sposobu
Przez dwa dni udawałem przed sobą, że wszystko jest w porządku. Rozmawialiśmy o zakupach, o rachunkach, o tym, że trzeba umówić przegląd samochodu. O wszystkim, tylko nie o tym, co naprawdę wisiało między nami. Czułem, jak napięcie rośnie, jakbym nosił w kieszeni kamień, który z każdą godziną stawał się cięższy.
W końcu sięgnąłem po telefon i wybrałem numer Joli, jej przyjaciółki.
– Mateusz? – odezwała się po trzecim sygnale. – Coś się stało?
Zawsze mówiła spokojnie, ale tym razem wyczułem ostrożność.
– Chciałem cię o coś zapytać – zacząłem, starając się brzmieć rzeczowo. – Ewa… mówiła ci ostatnio o czymś ważnym?
– O czym konkretnie? – zapytała.
Zawahałem się tylko chwilę.
– Może o kimś nowym?
Po drugiej stronie zapadła cisza. Słyszałem tylko jej oddech.
– Jeśli pytasz, czy Ewa kogoś ma, to nie wydaje mi się – powiedziała w końcu. – Nie powiedziała mi nic takiego.
– Ale coś jest na rzeczy – naciskałem. – Widzę, że jest inna. Zamknięta. Unika mnie.
Jola westchnęła.
– Jest przytłoczona, to prawda. Martwi się czymś. Ale to nie znaczy od razu tego, co sobie wyobrażasz.
– Czyli przede mną coś ukrywa.
– Każdy ma prawo do swoich spraw – odparła spokojnie. – Może spróbuj z nią porozmawiać bez oskarżeń?
Poczułem, jak zaciska mi się szczęka.
– Myślisz, że nie próbowałem?
– A próbowałeś słuchać?
To pytanie zawisło między nami. Zamiast odpowiedzieć, zakończyłem rozmowę.
Przez resztę dnia chodziłem jak w amoku. „Martwi się czymś”. Te słowa brzmiały jak potwierdzenie, że nie jestem już jej najbliższą osobą. Że ktoś inny wie więcej. W głowie tworzyłem obrazy, które same mnie przerażały. Widziałem ją pochyloną nad telefonem, uśmiechniętą do wiadomości, których ja nie znałem. Słyszałem wyimaginowane rozmowy, których nigdy nie było. Każde jej milczenie stawało się dowodem.
Kiedy wróciła wieczorem, przywitała mnie krótkim „cześć” i od razu poszła do sypialni. Poszedłem za nią. Patrzyliśmy na siebie w ciszy. Czułem, że stoję na krawędzi – między zaufaniem a czymś, co powoli przeradzało się w obsesję. Zamiast jednak wycofać się i przyznać do lęku, zacisnąłem się w sobie jeszcze bardziej. Tamtej nocy podjąłem decyzję. Skoro nikt nie chce powiedzieć mi prawdy, sam ją odkryję.
Zapytałem ją wprost
Decyzja dojrzewała we mnie przez całą noc. Leżałem obok Ewy, słyszałem jej spokojny oddech i czułem, jak narasta we mnie mieszanina gniewu i lęku. Wpatrywałem się w sufit, powtarzając sobie, że mam prawo wiedzieć. Że po tylu latach wspólnego życia nie powinno być między nami tajemnic.
Następnego wieczoru nie wytrzymałem. Ewa stała przy stole i składała pranie. Podszedłem bliżej.
– Ewa, co się dzieje?
Odłożyła koszulę i spojrzała na mnie uważnie.
– O co ci chodzi?
– O to, że przestałaś ze mną rozmawiać. O to, że chowasz telefon, gdy wchodzę do pokoju. O to, że jesteś gdzieś indziej, nawet kiedy siedzisz obok mnie.
Jej twarz stężała.
– To absurd.
– Czy jest ktoś inny? – zapytałem wprost.
Widziałem, jak wstrzymuje oddech.
– Jak możesz tak myśleć?
– Bo nie dajesz mi innego powodu!
– A może nie wszystko kręci się wokół ciebie? – odpowiedziała nagle ostrzej, niż się spodziewałem.
Zamilkłem. To zdanie uderzyło we mnie jak policzek.
– Czyli jednak coś przede mną ukrywasz – powiedziałem ciszej.
Ewa odwróciła się i zaczęła nerwowo składać kolejne rzeczy.
– Jak mam ci ufać, skoro nie mówisz mi prawdy?
Zapadła cisza. Patrzyliśmy na siebie jak przeciwnicy, nie jak małżeństwo z ponad dwudziestoletnim stażem. Zacisnęła usta i pokręciła głową.
– Po prostu daj mi trochę czasu.
Czas. Kolejne słowo, które niczego nie wyjaśniało. Wyszedłem z pokoju, trzaskając drzwiami mocniej, niż zamierzałem. W kuchni oparłem się o blat i zamknąłem oczy. Czułem się jednocześnie zraniony i wściekły. W jej odmowie zobaczyłem potwierdzenie wszystkiego, czego się obawiałem.
Tamtego wieczoru nie zamieniliśmy już ani słowa. Siedzieliśmy po dwóch stronach kanapy, jak obcy ludzie. W głowie powtarzałem sobie, że jeśli sama nie chce powiedzieć prawdy, będę musiał ją zdobyć inaczej. Pomyślałem, że mogę ją śledzić. Brzmiało to jak coś, czego nigdy bym nie zrobił, ale następnego dnia byłem gotów przekroczyć tę granicę.
Zobaczyłem to na własne oczy
Następnego dnia wyszła z domu kilka minut wcześniej niż zwykle. Powiedziała tylko, że ma coś do załatwienia po pracy. Skinąłem głową, udając obojętność, choć w środku aż mnie ściskało. Popołudniu sam wyszedłem wcześniej z firmy i ruszyłem za nią, gdy tylko opuściła biuro. Czułem się jak ktoś, kim nigdy nie chciałem być. Szedłem kilka kroków z tyłu, pilnując, by mnie nie zauważyła. Na przystanku stanąłem po drugiej stronie wiaty. Serce waliło mi tak mocno, że miałem wrażenie, że ktoś je usłyszy.
Wsiadła do autobusu jadącego w przeciwną stronę niż nasz dom. „A więc jednak” – przemknęło mi przez myśl. Usiadłem dwa rzędy za nią. Patrzyłem w szybę, by nie złapała mojego spojrzenia. Przez całą drogę nie wyjęła telefonu, nie uśmiechała się, nie rozglądała nerwowo. Siedziała sztywno, zaciśnięte dłonie trzymała na torebce. Wysiadła przy prywatnej klinice.
Przez moment próbowałem sobie wmówić, że to przypadek. Ale kiedy zobaczyłem ją wchodzącą do środka, wszystko ułożyłem po swojemu. Może ktoś tam pracuje. Może lekarz to tylko przykrywka. Wszedłem za nią. W poczekalni pachniało środkiem czystości. Ewa siedziała na krześle pod ścianą. Obok niej stał mężczyzna w białym fartuchu, pochylony nad dokumentami.
Zobaczyłem, jak coś jej tłumaczy, a ona kiwa głową. W jednej chwili przestałem myśleć.
– Czyli tu się spotykacie? – powiedziałem głośno.
Kilka osób odwróciło głowy. Ewa spojrzała na mnie tak, jakby zobaczyła ducha.
– Mateusz? Co ty tu robisz?
– Świetne miejsce na tajne rozmowy – rzuciłem, czując, że tracę kontrolę.
Mężczyzna wyprostował się.
– Proszę pana, jestem lekarzem prowadzącym panią Ewę. Czy mogę wiedzieć, o co chodzi?
Słowo „lekarzem” zabrzmiało w mojej głowie nienaturalnie wyraźnie.
– Lekarzem? – powtórzyłem.
– Czy możemy porozmawiać sami?
Lekarz skinął głową i odszedł kilka kroków dalej. Ewa podeszła do mnie bliżej.
– Od kilku tygodni robię badania – powiedziała cicho. – Wyszły niepokojące wyniki. Lekarz podejrzewał poważną chorobę. Dziś miałam odebrać ostateczne rezultaty.
Patrzyłem na nią osłupiały.
– Dlaczego nic mi nie powiedziałaś?
– Bo się bałam – odpowiedziała drżącym głosem. – Nie chciałam, żebyś przeżywał to, zanim będziemy wiedzieć coś na pewno.
W jednej chwili cały mój gniew opadł. Zostało tylko uczucie wstydu, które paliło mnie od środka.
– A ja… – zacząłem, ale zabrakło mi słów. – Ja myślałem…
Potem weszliśmy razem do gabinetu. Czułem, że w tej jednej chwili rozsypał się cały mój świat zbudowany z podejrzeń. Zrozumiałem, że byłem o krok od zniszczenia czegoś, co przez lata budowaliśmy z trudem.
To było o wiele gorsze
W gabinecie usiadłem obok Ewy. Po raz pierwszy od wielu tygodni tak blisko, że czułem ciepło jej dłoni. Lekarz przeglądał dokumenty, a ja wpatrywałem się w biurko, jakbym miał tam znaleźć odpowiedź na wszystkie pytania.
– Mam już komplet wyników – powiedział spokojnie. – Podejrzenia, które budziły największy niepokój, nie potwierdziły się. To nie jest choroba, której się obawialiśmy.
Ewa wypuściła powietrze, jakby wstrzymywała je od kilku tygodni.
– Czyli…? – zapytała cicho.
– Potrzebne będzie leczenie i regularne kontrole, ale rokowania są dobre. Proszę się nie martwić na zapas.
Nie wiem, kiedy złapałem ją za rękę. Może w chwili, gdy padły słowa „rokowania są dobre”. Może sekundę później. Czułem, jak drżą jej palce. Po wyjściu z gabinetu zatrzymaliśmy się na korytarzu. Ewa oparła się o ścianę i zamknęła oczy.
– Bałam się każdego dnia – wyszeptała. – Budziłam się w nocy i myślałam, że wszystko się skończy. A ty pytałeś, czemu jestem nieobecna.
Te słowa zabolały mnie bardziej niż jakiekolwiek oskarżenie.
– Zamiast zapytać, co cię naprawdę martwi, wolałem obrażać się i snuć podejrzenia – powiedziałem cicho. – Śledziłem cię. Przeszukiwałem twoje rzeczy. Byłem przekonany, że mnie zdradzasz.
Spojrzała na mnie długo. Przez chwilę staliśmy w milczeniu. Potem Ewa zrobiła coś, czego nie robiła od dawna – przytuliła się do mnie pierwsza.
– Nie chcę już niczego dźwigać sama – powiedziała.
– I nie będziesz – odpowiedziałem bez wahania.
W domu usiedliśmy przy kuchennym stole, przy którym tyle razy rozmawialiśmy o drobiazgach. Tym razem rozmowa była inna. Bez niedomówień, bez półsłówek.
– Kiedy zobaczyłem cię z tym lekarzem, byłem pewien, że to koniec – przyznałem.
– A ja byłam pewna, że kiedy poznasz prawdę, zobaczysz we mnie tylko chorobę – odpowiedziała.
Zrozumiałem wtedy, jak bardzo oboje się baliśmy. Ja starzenia się, utraty znaczenia, bycia niewystarczającym. Ona – diagnozy, przyszłości, mojego lęku.
Diagnoza nie przekreśliła naszego życia. Przeciwnie – wstrząsnęła nim tak mocno, że opadły wszystkie złudzenia. Zobaczyłem, że największym zagrożeniem nie był wyimaginowany rywal, lecz cisza, którą sami między sobą budowaliśmy.
Wieczorem, kiedy gasiliśmy światło, nie było już między nami tej chłodnej przestrzeni. Ewa położyła dłoń na mojej piersi.
– Dziękuję, że byłeś dziś ze mną – powiedziała.
– Przepraszam, że wcześniej nie byłem – odpowiedziałem.
Nie wiem, co przyniosą kolejne miesiące leczenia i kontroli. Wiem jednak jedno – jeśli znów zobaczę w jej oczach lęk, nie będę dopowiadał sobie historii. Usiądę obok i zapytam. Nauczyłem się, że brak rozmowy potrafi zniszczyć szybciej niż najgorsza diagnoza.
Mateusz, 50 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wiedziałem o romansie żony, ale nie dałem po sobie poznać. Grałem idealnego męża, aż sama wyznała, co ma na sumieniu”
- „Rok po śmierci męża sąsiedzi ciągle plotkowali. Według nich nie miałam już prawa cieszyć się życiem”
- „Mąż nagle w lutym wziął się za wiosenne porządki. Sprzątanie to najlepszy sposób, by ukryć swoje brudy i zapach zdrady”

