„Moja żona ciągle wymyśla mi jakieś zadania. Nawet, gdy padam na twarz, robię wszystko, co każe, byle dała mi spokój”
„Wiedziałem, że nie zrozumiałby. Sam ledwo rozumiałem, czemu nadal robię wszystko, czego ona chce. To nie była miłość. To nie był szacunek. To było coś pomiędzy strachem a przyzwyczajeniem”.

Bywały dni, kiedy czułem, że moje życie nie należy już do mnie. Wracałem z pracy zmęczony, z marzeniem o ciszy i kubku herbaty, a witał mnie zestaw nowych obowiązków, których nie prosiłem się podejmować. Moja żona zawsze miała dla mnie listę zadań – od naprawienia cieknącego kranu po ustawienie wszystkich ramek na ścianie równo co do milimetra. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz zapytała mnie, jak się czuję. Jej oczekiwania nie znały granic, a ja wykonywałem wszystko w nadziei, że zyskam choć chwilę wytchnienia. Z czasem przestałem walczyć. Przestałem pytać dlaczego. Po prostu robiłem, co kazała. Dla świętego spokoju.
Żarówka i cisza
Gdy wszedłem do mieszkania, w przedpokoju zgasło światło. Zanim zdjąłem buty, usłyszałem jej głos z kuchni:
– Wymień żarówkę w przedpokoju. I odkurz dywan. Dzisiaj przyszła paczka, trzeba ją rozpakować.
Spojrzałem w sufit i westchnąłem. Miałem za sobą dwanaście godzin pracy i godzinę w korku. Marzyłem tylko o tym, by usiąść w fotelu i przez chwilę nie słyszeć żadnych poleceń.
– Zrobię to za chwilę – powiedziałem.
– Nie „za chwilę”, tylko teraz. Nie będę ci przypominać sto razy.
Zacisnąłem zęby. Poszedłem po stołek i nową żarówkę. Wymieniłem ją w milczeniu. Później wyjąłem odkurzacz. Kiedy skończyłem, ona już leżała na kanapie z telefonem w dłoni.
– W paczce są nowe organizery do szuflad. Rozdziel je i ułóż. I weź coś zrób z tymi starymi – nawet nie podniosła wzroku znad ekranu.
Zebrałem się do tego bez słowa. Tego dnia nie wypowiedziałem już ani jednej kwestii. Wolałem ciszę niż kolejne wytyczne.
Niedziela bez odpoczynku
Myślałem, że w niedzielę uda się trochę odpocząć. Spałem może pięć godzin, ale mimo wszystko miałem nadzieję, że zdołam chociaż poleżeć chwilę dłużej. O ósmej trzydzieści drzwi do sypialni otworzyły się gwałtownie.
– Wstawaj. Trzeba jechać do marketu budowlanego. Potem pojedziemy do mojej matki, obiecałeś, że pomożesz jej z szafką w łazience.
– Nie obiecywałem – mruknąłem.
– Obiecałeś. W każdym razie – jedziemy. Po drodze trzeba jeszcze podjechać do pralni.
Wstałem bez dalszej dyskusji. W samochodzie nie rozmawialiśmy. Każde z nas było zajęte swoimi myślami. W markecie ona prowadziła wózek, ja byłem jedynie od noszenia ciężkich rzeczy i płacenia. Nie pytała, czy mi się coś podoba. W domu jej matki byłem traktowany jak złota rączka. Nikt nie zapytał, czy mam ochotę wiercić otwory w ścianie. Po prostu przynieśli wiertarkę i wskazali palcem.
Wracając, ona z zadowoleniem mówiła:
– No, przynajmniej coś dzisiaj zrobiliśmy.
A ja nawet nie miałem siły się uśmiechnąć.
Nie chcę tego robić
Zaczynałem się budzić w nocy z uczuciem niepokoju. Siedziałem na łóżku i zastanawiałem się, ile jeszcze zniosę. Miałem trzydzieści siedem lat i czułem się jak własny cień. Moja żona nie była złą osobą – po prostu wymagała. Dużo. Zawsze więcej, niż byłem w stanie dać.
Jednego wieczoru postanowiłem się nie odezwać. Przyszedłem z pracy, zjadłem, poszedłem pod prysznic. Potem usiadłem w kuchni i udawałem, że czegoś szukam w telefonie. Ona chodziła po mieszkaniu i rzucała zadania – podlej kwiatki, przesuń komodę, sprawdź piekarnik. Nic nie odpowiedziałem. Po prostu siedziałem. Obserwowała mnie kątem oka, ale nic nie powiedziała.
Przez chwilę było cicho. Prawdziwie cicho. I wtedy zrozumiałem – jeśli nie wykonam polecenia, może w końcu przestanie je wydawać. Myliłem się. Po godzinie wybuchła.
– Myślisz, że jak się zamkniesz, to sprawa załatwiona? Myślisz, że wszystko się samo zrobi?!
Nie odpowiedziałem. Patrzyłem przez okno. Ostatecznie sam podlałem te cholerne kwiatki. Dla świętego spokoju.
Mam granice wytrzymałości
Któregoś dnia wróciłem do domu wcześniej. Miałem nadgodziny do odbioru i szef puścił mnie o czternastej. Usiadłem na kanapie i pierwszy raz od dawna zasnąłem w ubraniu, jeszcze przed zachodem słońca. Obudziła mnie dopiero, gdy wróciła.
– Co ty tu robisz? – zapytała podejrzliwie.
– Dostałem wolne. Jestem zmęczony – powiedziałem zaspanym głosem.
– Zmęczony? A wiesz, że trzeba zmyć okna przed świętami? I zapomniałeś o segregacji śmieci. Kartony dalej stoją na korytarzu.
Nie odpowiedziałem. Leżałem dalej, czując, jak powieki same się zamykają.
– Wiesz co, ja też pracuję. A jakoś nie padam na twarz i jeszcze wszystko ogarniam – syknęła.
– Może dlatego, że masz kogoś, kto wszystko za ciebie robi – odpowiedziałem cicho, prawie szeptem.
Zamilkła. Po raz pierwszy od miesięcy nie odpowiedziała od razu. Wyszła z pokoju i nie wróciła przez całą godzinę. Byłem tak wykończony, że znów zasnąłem.
Inaczej się nie da
W pracy zaczęto zwracać uwagę, że jestem przygaszony. Kolega z biurka obok zapytał:
– Wszystko u ciebie okej?
– Tak, po prostu kiepsko śpię – skłamałem.
Wiedziałem, że nie zrozumiałby. Sam ledwo rozumiałem, czemu nadal robię wszystko, czego ona chce. To nie była miłość. To nie był szacunek. To było coś pomiędzy strachem a przyzwyczajeniem. Wróciłem do domu i od progu usłyszałem:
– Trzeba pojechać po zakupy, dzisiaj twoja kolej. I przy okazji zatankuj, bo auto jest na rezerwie.
– Jasne – odpowiedziałem i sięgnąłem po kluczyki.
Chcę tylko świętego spokoju
Nie dlatego, że chciałem. Po prostu wiedziałem, że jak tego nie zrobię, wieczór zamieni się w koszmar. Kiedy wróciłem, już czekała na mnie ze ściereczką i paczką nowych przypraw. Trzeba było wszystko przeorganizować w szafkach. Czasem miałem wrażenie, że robiłem to wszystko nie tylko dla spokoju, ale dlatego, że nie wiedziałem, jak żyć inaczej.
Minęły kolejne tygodnie. Zadania się nie kończyły. Moja żona nadal planowała każdy mój dzień, każdą godzinę, każdą wolną chwilę. Ja nadal wykonywałem wszystko. Bez słowa, bez komentarza, bez sprzeciwu. Nie z powodu miłości. Nie z potrzeby pomocy. Po prostu dlatego, że każda kłótnia bolała mnie bardziej niż zmęczenie. Wolałem fizyczne wyczerpanie niż emocjonalną burzę.
Zacząłem czekać na momenty, kiedy wychodziła do pracy. Siadałem wtedy na kanapie i patrzyłem w sufit. To była moja wolność – te trzy godziny ciszy przed własnym losem. Nie wiem, czy to się kiedyś zmieni. Może nie. Może tak już będzie. Wiem tylko, że w tej chwili, w tym układzie, tak jest... najspokojniej.
Adam, 37 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Koleżanka zaprosiła mnie na sylwestra dla wyrzutków. Nie mogłam uwierzyć w to, co się tam działo jeszcze przed północą”
- „Teściowa całe życie mnie upokarzała. Wredna jędza doigra się, gdy pozna moje postanowienie noworoczne na 2026”
- „Dostałam sporą podwyżkę, ale nie powiedziałam mężowi. Gdy niechcący poznał moje zarobki, nie patrzył na mnie tak samo”

