Reklama

Miałem dwadzieścia trzy lata, kiedy się zakochałem — nie w koleżance z uczelni, nie w dziewczynie poznanej na imprezie. Zakochałem się w kobiecie starszej ode mnie o dwadzieścia lat. Dla mnie nie miało to znaczenia. Była mądra, dojrzała, ciepła i prawdziwa. Inaczej się z nią rozmawiało, inaczej całowało, inaczej zasypiało obok niej. Moja rodzina nie była w stanie tego zaakceptować. Mówili, że się ośmieszam, że to chora relacja, że ona mnie wykorzystuje. Kiedy nie ustąpiłem, wydziedziczyli mnie, więc zostałem bez kontaktu z bliskimi. I choć to bolało, wcale tego nie żałowałem.

Zaśmiała się lekko

Wpadłem na nią w aptece. Dosłownie. Śpieszyłem się, bo miałem autobus za pięć minut, i nie patrząc przed siebie, uderzyłem w kobietę wychodzącą ze środka. Rozsypały się jej zakupy. Schyliłem się natychmiast, zacząłem zbierać buteleczki, maści i jakieś leki.

— Przepraszam! Nie widziałem pani... — rzuciłem zawstydzony.

— Nic się nie stało — odpowiedziała spokojnie. — Może tylko pomógłbyś mi je zanieść do auta? Mam kawałek stąd, a torba się rozleciała.

Zgodziłem się bez wahania. Mimo zakłopotania, coś mnie w niej przyciągało. Miała spokojne, mądre spojrzenie, ciemne włosy spięte w niedbały kok i uśmiech, który nie był sztuczny. Pachniała lawendą i czymś jeszcze, bardzo słodkim. Gdy doszliśmy do jej samochodu, zapytała:

Studiujesz tu gdzieś?

— Tak, na politechnice. Trzeci rok. A pani?

Zaśmiała się lekko.

— Mów mi Iwona. Mam gabinet terapeutyczny dwa bloki stąd. Psycholożka.

Odjechała, a ja zostałem na chodniku z głupim uśmiechem. Następnego dnia poszedłem w tamto miejsce „przypadkiem”. Potem jeszcze raz. I w końcu ona wyszła, spojrzała na mnie i tylko powiedziała:

— Naprawdę chcesz się przywitać, czy udajesz, że znowu przypadkiem tu jesteś?

Wtedy mnie pocałowała

Zaczęliśmy się spotykać. Najpierw były krótkie spacery po zajęciach, potem kolacje u niej. Gotowała prosto, domowo, pachniało jak u mojej babci, tylko że... było inaczej. Siedzieliśmy przy stole i rozmawialiśmy godzinami. Nie musiałem niczego udawać. Przy niej byłem prawdziwy, spokojny. A kiedy pierwszy raz zostałem na noc, nic nie trzeba było mówić. Po prostu zostałem.
Moi koledzy pytali, gdzie się podziewam, z kim się spotykam. Zbywałem ich żartami. Ale w końcu zaprosili mnie na domówkę. Pomyślałem: „A co mi szkodzi? Przedstawię im ją”. I zrobiłem to. Przyszliśmy razem.

Iwona miała na sobie dżinsy i luźny sweter. Włosy spięte jak zwykle, dyskretny makijaż. Wyglądała normalnie. Ale oni patrzyli na nią jak na kosmitkę.

— Stary, to twoja... ciocia? — szepnął mi jeden z kolegów, śmiejąc się pod nosem.

Wyszedłem z nią po pół godzinie. Milczeliśmy w aucie.

— Nie przejmuj się — powiedziała cicho. — Ja już się przyzwyczaiłam.

— Ale ja nie chcę się przyzwyczajać. Chcę, żeby to miało sens. Dla nas.

I wtedy mnie pocałowała. Inaczej niż dziewczyny, które znałem. Powoli, z czułością, jakby wiedziała, że właśnie zacząłem coś, co zmieni całe moje życie.

Wyszedłem cicho

Pierwsza rozmowa z rodzicami była jak zderzenie ze ścianą.

— Słuchaj, synu, ty się bawisz, a ta kobieta sobie coś wyobraża — powiedział ojciec, stukając palcem w blat. — Ona mogłaby być twoją matką!

— Iwona ma czterdzieści trzy lata, a nie siedemdziesiąt — odpowiedziałem chłodno. — Jest mądrzejsza i cieplejsza niż większość ludzi, jakich znałem.

Mama próbowała być spokojna, ale widziałem w jej oczach zawód i przerażenie.

— Ty się chyba boisz, że ona mnie naprawdę kocha, a nie że mnie skrzywdzi — dodałem, a ojciec wtedy wstał.

— Wyprowadź się. Nie chcę oglądać, jak się pogrążasz. Jak chcesz żyć jak błazen, to nie pod moim dachem.

Spakowałem się tej samej nocy. Wrzuciłem do plecaka kilka ubrań, książki, dokumenty. Wyszedłem cicho, żeby nie patrzeć matce w oczy. Dzwoniła jeszcze rano. Nie odebrałem. Iwona nie zadawała pytań, kiedy stanąłem w jej drzwiach o szóstej rano.

— Jest kawa i świeży chleb — powiedziała tylko. — Wchodź.

Weszła za mną do kuchni, położyła dłoń na moim karku. I w tym prostym dotyku było więcej bezpieczeństwa niż w całym moim dotychczasowym domu.

Nie umiałem nic powiedzieć

Zamieszkałem z Iwoną. Mówiliśmy sobie, że to tymczasowe, że do końca semestru, że może do wakacji. Ale minęło pół roku i wciąż byliśmy razem. Było dobrze. Czasem nawet za dobrze. Kiedyś po wykładach wróciłem do mieszkania i zobaczyłem, że Iwona siedzi przy oknie z kubkiem herbaty i... płacze.

— Co się stało? — zapytałem, siadając obok.

— Nikt mnie nie pyta, czy to dla mnie łatwe — powiedziała cicho. — Bo nie jest. Kocham cię. Ale codziennie czuję się jak ktoś, kto ukradł młodość chłopakowi, który powinien chodzić za rówieśniczkami.

Chciałem zaprzeczyć, objąć ją, zapewnić, że przecież jest inaczej, ale nie umiałem nic powiedzieć. Może dlatego, że sam też czasem o tym myślałem. Czasem patrzyłem na koleżanki na uczelni i czułem brak — tej beztroski, randek w akademiku, całonocnych imprez. Iwona jakby to wyczuła.

— Nie mogę cię zatrzymać, jeśli kiedyś będziesz chciał odejść. Nie jestem twoim więzieniem.

Spojrzałem na nią wtedy inaczej niż zwykle. Wcale nie jak na starszą kobietę, tylko jak na człowieka, który boi się dokładnie tego samego co ja.

Po powrocie coś się popsuło

Wszystko się zmieniło, kiedy Iwona zaproponowała wspólny wyjazd do Hiszpanii. Tydzień nad morzem, małe miasteczko, apartament z balkonem. Miało być pięknie. I przez kilka dni było. Śmialiśmy się, piliśmy wino, jedliśmy późne śniadania w łóżku. Ale któregoś dnia, siedząc w kawiarni, zobaczyłem znajomą z uczelni — Zuzę. Była z chłopakiem. Rówieśnikiem. Śmiali się, robili sobie zdjęcia. A ja patrzyłem i czułem, jak zaciska mi się żołądek.

— Kto to? — zapytała Iwona.

— Koleżanka — rzuciłem krótko.

Po powrocie coś się popsuło. Zamykałem się w sobie. Coraz częściej wymykałem się do biblioteki, choć nie zawsze tam jechałem. Potrzebowałem przestrzeni. Iwona milczała, ale czułem jej niepokój. Którejś nocy, kiedy wróciłem późno, stała w kuchni w szlafroku. Patrzyła na mnie długo, bez słowa.

Nie zdradziłem cię — powiedziałem. — Ale jestem coraz mniej pewien, czy to wszystko ma sens.

Usiadła. Nie płakała, tylko skinęła głową. Tamtej nocy spaliśmy obok siebie, ale każde z nas było gdzie indziej. Nie umieliśmy już udawać, że to wszystko się nie sypie.

Byłem wolny

Rodzina ostatecznie odcięła mnie od siebie. Ojciec nie odbierał telefonów, matka przestała pisać. Wszystko stało się formalne i chłodne. Wydziedziczenie nie zabolało tak bardzo, jak myślałem. Bolało, że nikt nie wierzył w moją miłość, że moja decyzja była oceniana przez pryzmat wieku i konwenansów, a nie uczuć. Iwona stała przy mnie, cierpliwa i spokojna, choć widziałem w jej oczach strach.

Wiedzieliśmy, że świat nie jest dla nas przygotowany. Pierwsze miesiące były trudne: wynajem mieszkania, skromne zakupy, kompromisy. Ale każde wspólne śniadanie, każdy jej uśmiech i dotyk przypominały mi, że warto było podjąć ryzyko. Uczucie, które wielu uznałoby za nieodpowiednie, okazało się najprawdziwsze w moim życiu. Nie żałowałem ani wyjazdów, ani decyzji, ani straty kontaktu z rodziną. Żałowałem tylko chwil, kiedy bałem się kochać otwarcie i wątpiłem w sens własnego szczęścia. Teraz wiem, że czasem cena za prawdziwe uczucie jest wysoka, ale nagroda nieporównywalna. Życie z nią, nawet w cieniu społecznej krytyki, stało się moją najważniejszą przygodą. I choć świat nas osądzał, ja byłem wolny.

Michał, 23 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama