„Moja teściowa zaczęła nowy rok od postanowień. Ta kobieta wykorzysta każdą okazję, by rzucić mi kłody pod nogi”
„W aucie wybuchła panika. Kto odbierze dzieci? Kto ugotuje obiad? Jak my to wszystko ogarniemy? Michał twierdził, że może spróbować wychodzić z pracy wcześniej, ale wiedziałam, że nie ma na to szans”.

Czasem sobie myślę, że nasze życie to nieustanny maraton bez linii mety. Dwoje dzieci, praca na pełen etat, dom, kredyt, przedszkole, korki, obiady, zakupy, przeziębienia, zebrania, pranie, logistyka godna NASA.
Pomagała nam
Michał, mój mąż, robi co może – wychodzi wcześniej z pracy, ogarnia to, czego nie zdążę, ale prawda jest taka, że to wszystko trzyma się kupy tylko dzięki mojej teściowej. Matka Michała to kobieta konkretna, obowiązkowa, zawsze dyspozycyjna. Rano zaprowadza dzieci do przedszkola, popołudniu odbiera, w międzyczasie zrobi rosół, rozwiesi pranie i jeszcze przyniesie świeże bułki. Taka babcia, która nie tylko kocha wnuki, ale też po prostu nas ratuje. Nigdy nie prosiła o wdzięczność, nigdy nie odmówiła i jakoś tak przywykliśmy, że po prostu jest.
Nie pytałam już nawet „czy możesz?”, tylko mówiłam: „Mamo, wiesz, że dziś znów wracam po osiemnastej?”. A ona kiwała głową i odpowiadała:
– Spokojnie, Sylwunia, damy radę.
Nowy Rok spędziliśmy jak zwykle u teściowej. Zaprosiła nas na kolację, taką domową – śledzik, trochę sałatki, ciasto. Było spokojnie. Teściowa siedziała przy stole i patrzyła przez okno, aż w którejś chwili to powiedziała:
– Od nowego roku przestaję być darmową opiekunką.
Michał najpierw się zaśmiał, jakby uznał to za żart.
– Ale… mamo, o czym ty mówisz?
Byliśmy przerażeni
Nie odpowiedziała od razu. Odstawiła filiżankę na spodek, złożyła ręce na kolanach i spojrzała na nas tak, jakby czekała na reakcję. Ja poczułam, że serce zaczyna mi bić szybciej. Nie wiedziałam, co to znaczy. Czy to chwilowe? Czy mówi w emocjach?
– To przez coś, co powiedzieliśmy? Możemy o tym porozmawiać… – spróbowałam zareagować spokojnie, choć w środku wszystko mi się ściskało.
– Nie, Sylwia, po prostu tak zdecydowałam. Mam sześćdziesiąt trzy lata i ani jednego dnia wolnego. Wychowałam was, pomogłam, ile mogłam. Teraz chcę pobyć ze sobą i z moimi koleżankami – dodała.
I tyle. Wstała, powiedziała, że idzie sprawdzić, co robią dzieci w drugim pokoju, a my z Michałem siedzieliśmy jak sparaliżowani. Nikt nic nie mówił, dopiero w aucie wybuchła panika. Kto odbierze dzieci? Kto ugotuje obiad? Jak my to wszystko ogarniemy? Michał twierdził, że może spróbować wychodzić z pracy wcześniej, ale wiedziałam, że nie ma na to szans. Ja miałam dyżury, których nie dało się przenieść. Na opiekunkę nie było nas stać.
Musieliśmy to ogarnąć
Od nowego roku zaczęliśmy łatać rzeczywistość. Jedno z nas zawsze było nie tam, gdzie trzeba. Zuzia się rozchorowała, przedszkole zamknęli na dwa dni z powodu awarii ogrzewania. Próbowałam załatwić kogoś na zastępstwo, ale nikt nie chciał przyjść na dwa dni, a jeśli już – stawki miały wyższe niż moje dzienne wynagrodzenie. Wieczorami panowała cisza. Zmęczenie, frustracja, pretensje i wyrzuty sumienia, choć nie bardzo wiedziałam wobec kogo. Michał któregoś dnia rzucił nerwowo:
– Mamy ją błagać?
– Nie… Ale może chociaż porozmawiać?
Bo ja nie chciałam się kłócić. Chciałam tylko zrozumieć, kiedy to wszystko zaczęło się sypać i czemu nie zauważyłam tego wcześniej.
Dzwoniłam do niej przez dwa dni. Najpierw rano, potem wieczorami. Bez odbioru. Napisałam wiadomość: „Mamo, chcielibyśmy pogadać. Daj znać, proszę, kiedy masz chwilę”. Nic. Michał też próbował, bez skutku. W końcu wsiadł w samochód i pojechał do niej po pracy. Wrócił po godzinie, wkurzony i jeszcze bardziej bezradny.
Po prostu wyjechała
– Nie ma jej w domu. Rolety zasłonięte, cisza.
Siedzieliśmy przy kuchennym stole i piliśmy herbatę. Dzieci już spały. Ja patrzyłam tępo w okno, Michał bez sensu przesuwał łyżeczką po blacie. W powietrzu wisiało jedno pytanie, którego żadne z nas nie chciało wypowiedzieć na głos: czy ona naprawdę nas zostawiła? Nie wiedziałam, gdzie była. Nie odbierała, nie pisała, ale po raz pierwszy w życiu miałam wrażenie, że jej nieobecność była decyzją. Świadomą, przemyślaną i… bolesną dla nas. I może dla niej też.
Minął tydzień. Dzieci zaczęły się przyzwyczajać do nowego rytmu, my wciąż próbowaliśmy. Nie było dnia bez nerwów. Praca zaczęła się sypać, Michał dwa razy spóźnił się na ważne spotkanie, mnie jeden klient zapytał półżartem, czy pracuję teraz z kuchni na etacie domowym. Nikomu już nie było do śmiechu.
W sobotę po południu odezwał się telefon. Numer teściowej. Spojrzałam na ekran, niepewna, czy odebrać. Serce waliło mi jak oszalałe. Michał spojrzał pytająco. Odebrałam.
– Sylwia, to ja. Wszystko w porządku? – usłyszałam w słuchawce jej głos.
– Mamo? Gdzie ty jesteś? Martwiliśmy się… – zająknęłam się. Miałam tyle do powiedzenia, ale nic nie brzmiało właściwie.
– Jestem w spa z Grażyną. Miałyśmy wykupiony pakiet. Masaże, basen, pokój z widokiem na las. Cisza, spokój, zero dzieci, zero pośpiechu.
Zostawiła nas
Zaniemówiłam. Michał patrzył na mnie z pytaniem w oczach. Przekazałam mu tylko gestem, że to jego mama.
– I jak tam, ogarniacie? – zapytała po chwili z taką nutką ironii w głosie, która trochę mnie zabolała.
– Nie ogarniamy, ale pewnie nie po to dzwonisz, żeby nas ratować – powiedziałam szczerze.
Chciałam, żeby usłyszała, jak to wygląda z naszej strony, ale też nie chciałam jej atakować.
– Sylwia, nie dramatyzuj. Miałam dość i w końcu zrobiłam coś dla siebie.
– Nie dramatyzuj? Serio? – podniosłam głos. – My tu próbujemy ogarnąć dzieci, pracę, dom, wszystko się wali, a ty jesteś w spa z Grażyną i pytasz mnie przez telefon, czy ogarniamy?
– Czułam się jak opiekunka z grafiku. Zawsze dostępna, zawsze gotowa, zawsze z dziećmi, gdy wam coś wypadnie, ale nikt nie zapytał, czy ja tego chcę. Po prostu wszyscy zakładali, że będę.
– Bo mówiłaś, że ci to pasuje – rzuciłam. – Wnuki to twoje oczko w głowie, a teraz udajesz ofiarę?
– Ja niczego nie udaję – odpowiedziała spokojnie, ale twardo. – Po prostu pierwszy raz od ośmiu lat robię coś po swojemu i wiem, że nie każdemu się to spodoba, ale trudno.
– Wiesz co? Jesteś niesprawiedliwa. Michał cię uwielbia, dzieci za tobą płaczą, a ty zamiast porozmawiać, znikasz, żeby odpoczywać z koleżanką.
Byłam wściekła
– Tak, bo jakbym z wami rozmawiała, to znów bym się zgodziła. Bo jestem głupia, bo was kocham i znów byłabym w tym samym miejscu – powiedziała cicho, ale tym razem to jej głos zadrżał.
Po kilku tygodniach teściowa wróciła, ale na swoich zasadach. Czasem przyjeżdżała w sobotę na rosół, czasem zabierała Zuzię do ZOO albo szła na spacer z Szymkiem, ale bez grafiku, bez oczekiwań. Czasem odmawiała, czasem sama się zgłaszała i chyba pierwszy raz wyglądała na zadowoloną, a dzieci wciąż ją kochały. Może nawet bardziej, bo kiedy przychodziła, była obecna naprawdę – nie zmęczona, nie w biegu.
Zaczęliśmy spędzać więcej czasu razem – ale nie w trybie operacyjnym. Rodzinne kolacje, bez planowania „kto zostaje, kto odbiera”. Śmieszne, jak trudno było nauczyć się funkcjonować bez niej… i jak dobrze się robiło, kiedy znowu się pojawiała, ale z wyboru.
Sylwia, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Żona mnie zdradzała, bo przestałem spełniać jej potrzeby finansowe. Wspomniałem o rozwodzie i znów mnie pokochała”
- „Synowa dodała do sałatki jarzynowej wegański majonez. Wigilijna tradycja nie ma dziś dla młodych już żadnej wartości”
- „Moja teściowa na wigilii zaglądała mi za komodę i pod kanapę, żeby znaleźć kurz. To nie były święta, tylko inspekcja”

