Reklama

Nigdy nie sądziłam, że kuchnia może stać się polem nieporozumień, a zwykły obiad próbą charakteru. Wchodząc do rodziny męża, byłam przekonana, że wystarczy być uprzejmą, pomocną i sobą. Szybko zrozumiałam, że w oczach jego matki to zdecydowanie za mało. Tam liczyły się zasady, rytuały i jedna jedyna słuszna metoda robienia wszystkiego. Nawet schabowych.

Dziwny obiad

Stałam przy blacie, gdy ona weszła do kuchni bez pukania. Usłyszałam tylko cichy stuk jej kapci i już wiedziałam, że zaraz poczuję na plecach ten wzrok. Taki, który waży, mierzy i od razu znajduje winę.

Tak je panierujesz? – zapytała, chociaż brzmiało to bardziej jak oskarżenie niż pytanie.

Odwróciłam się z uśmiechem, ściskając tłuczek w dłoni. Mięso było już rozbite, może trochę grubiej, niż ona by chciała, ale przecież każdy ma swój sposób.

– Zawsze tak robię. Wychodzą soczyste – odpowiedziałam ostrożnie.

Pokręciła głową i bez słowa podeszła bliżej. Wzięła jeden kawałek do ręki, jakby sprawdzała, czy nadaje się do czegokolwiek.

– Za grubo. I za krótko. Schab musi czuć, że dostał – rzuciła, odkładając mięso z powrotem.

Poczułam, jak robi mi się gorąco. Nie ze złości, raczej z bezradności. To miał być zwykły niedzielny obiad, pierwszy, który przygotowywałam u nich sama. Mąż siedział w pokoju, oglądał coś w telewizji, jakby świat kuchni w ogóle go nie dotyczył.

– Mogę poprawić, jeśli chcesz – zaproponowałam, choć w środku coś się buntowało.

– Już poprawiam – odpowiedziała i sięgnęła po tłuczek.

Odsunęłam się, patrząc, jak z energią uderza w mięso, aż dźwięk odbijał się od ścian. Każde uderzenie było jak komentarz: źle, nie tak, nie umiesz. Stałam obok, czułam się zbędn.

U nas zawsze robiło się porządnie – dodała po chwili. – A nie po nowoczesnemu.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. W gardle miałam sucho, a ręce nagle stały się ciężkie. Chciałam zapytać, czy naprawdę to aż tak ważne, ale zabrakło mi odwagi. Bałam się, że jeśli się odezwę, przekroczę jakąś niewidzialną granicę.

Gdy schabowe wylądowały na patelni, ona wyszła z kuchni, jakby sprawa była zamknięta. Zostałam sama z zapachem smażenia i poczuciem, że właśnie oblałam egzamin, o którym nikt mnie wcześniej nie poinformował. Kiedy wszyscy usiedli do stołu, spojrzała na talerz, potem na mnie.

Następnym razem zrobimy je razem – powiedziała.

Uśmiechnęłam się słabo. Wiedziałam już, że to „razem” będzie oznaczało „tak jak ona chce”. A to był dopiero początek.

Lekcja pokory w kuchni

Tydzień później znów stałam w tej samej kuchni, jak na wezwanie. Tym razem teściowa zadzwoniła rano.

– Przyjedź wcześniej, nauczymy się robić obiad jak trzeba – oznajmiła tonem, który nie dopuszczał sprzeciwu.

„Nauczymy się” brzmiało niemal uprzejmie, ale wiedziałam już, że to ja będę uczennicą, a ona surową nauczycielką. Przyjechałam z bijącym sercem, niosąc torbę z zakupami, jakby to mogło mnie w jakiś sposób ochronić.

– Ręce umyj dokładnie – rzuciła na powitanie. – I fartuch załóż, bo znowu się ubrudzisz.

Zrobiłam, co kazała. Stanęłyśmy obok siebie przy blacie. Ona ułożyła mięso równo, niemal od linijki. Podała mi tłuczek.

– No, pokaż, jak ty to robisz – powiedziała, krzyżując ręce na piersi.

Uderzyłam raz, potem drugi. Starałam się naśladować jej ruchy, ale czułam, że to nie ja. Że gram rolę, która do mnie nie pasuje.

– Nie tak – przerwała po chwili. – Za delikatnie. Nie miej litości dla schabu.

– Ale wtedy robi się suchy – wyrwało mi się, zanim zdążyłam się powstrzymać.

Zapadła cisza. Odłożyła ściereczkę i spojrzała na mnie powoli, uważnie.

– Suchy? – powtórzyła. – Mój syn jadł takie całe życie i jakoś żyje.

Poczułam ukłucie w środku. Nie chodziło już o mięso. To była próba sił, sprawdzian, kto ma prawo do racji. Spojrzałam na męża, który wszedł do kuchni, zwabiony ciszą.

– Mama ma swoje sposoby – powiedział pojednawczo. – Nie kłóćcie się.

Nie kłóćcie się. Jakby to była drobna różnica zdań, a nie ciągłe podważanie wszystkiego, co robię. Oddałam tłuczek i cofnęłam się o krok.

– Może ty dokończ – powiedziałam cicho. – Skoro wiesz najlepiej.

Uniósł brwi, a ona tylko skinęła głową, jakby właśnie wygrała. Usiadłam przy stole, patrząc, jak przejmuje kontrolę nad obiadem, nad kuchnią, nad sytuacją. Czułam się mała, jakbym znowu była dzieckiem, które robi coś nie tak.

– Nauczysz się – rzuciła przez ramię. – Trzeba tylko chcieć.

Tego dnia zrozumiałam, że to nie schabowe są problemem. Chodziło o to, czy potrafię się podporządkować. A ja coraz mniej byłam pewna, czy naprawdę tego chcę.

Cisza głośniejsza niż pretensje

Po tamtym obiedzie coś we mnie pękło, choć na zewnątrz wszystko wyglądało jak zwykle. Przyjeżdżaliśmy w niedziele, siadaliśmy przy stole, rozmawialiśmy o pogodzie i pracy. Tylko ja coraz częściej milczałam. Teściowa zauważyła to szybciej, niż bym chciała.

Co taka cicha jesteś? – zapytała pewnego razu, nalewając zupę. – Źle się czujesz?

– Wszystko w porządku – odpowiedziałam automatycznie.

Spojrzała na mnie spod oka. Wiedziałam, że nie wierzy. Ona zawsze wiedziała lepiej. Po obiedzie zaproponowała, żebym pomogła jej w kuchni. Mąż został w salonie. Znowu my dwie, zlew, talerze i ta gęsta atmosfera, która nie chciała się rozrzedzić.

– Wiesz – zaczęła, nie patrząc na mnie – ja też kiedyś byłam synową.

Zamarłam z talerzem w dłoniach.

– I też musiałam się nauczyć, jak tu wszystko działa – dodała. – Nikt mi nie ułatwiał.

– Rozumiem – powiedziałam, choć wcale nie byłam tego taka pewna.

Odwróciła się w końcu w moją stronę.

– Nie rozumiesz – stwierdziła spokojnie. – Bo ty myślisz, że wszystko wiesz najlepiej. A w tej rodzinie są pewne zasady.

Poczułam, jak serce zaczyna mi bić szybciej.

Ja nie chcę niczego zmieniać – odparłam. – Chcę tylko być sobą.

– Właśnie – westchnęła. – Każdy tak mówi.

Odstawiłam talerz. Ręce mi się trzęsły, ale mówiłam dalej.

– A może problem jest w tym, że nie ma tu miejsca na kogoś innego niż ty?

Zapadła cisza. Tak gęsta, że aż bolały uszy. Patrzyła na mnie długo, jakby pierwszy raz naprawdę mnie widziała.

– Uważaj – powiedziała w końcu. – Bo łatwo przekroczyć granicę, zza której nie ma powrotu.

Wyszłam z kuchni, zanim zdążyłam odpowiedzieć. W salonie mąż spojrzał na mnie pytająco.

– Jedziemy – powiedziałam krótko.

W drodze powrotnej nie rozmawialiśmy. On pewnie liczył, że to minie, że jak zwykle przemilczę sprawę. A ja pierwszy raz pomyślałam, że może nie chcę już walczyć o łaskę, do której dostęp kosztuje mnie zbyt wiele.

Tego już nie cofnę

Minęło kilka tygodni bez wizyt. Tłumaczyliśmy się pracą, zmęczeniem, byle czym. Mąż coraz częściej zerkał na mnie z niepokojem, jakby bał się zapytać wprost.

– Mama dzwoniła – powiedział w końcu pewnego wieczoru. – Pytała, czy coś się stało.

– A co jej odpowiedziałeś? – zapytałam, choć doskonale znałam schemat.

– Że wszystko w porządku – wzruszył ramionami. – Jak zawsze.

Poczułam, jak narasta we mnie coś ciężkiego.

– Właśnie. Jak zawsze – powtórzyłam. – A nigdy nie było w porządku.

Westchnął, usiadł naprzeciwko mnie.

– Ona już taka jest. Nie zmienisz jej.

– Ja nie chcę jej zmieniać – odpowiedziałam spokojniej, niż się spodziewałam. – Ja nie chcę zmieniać siebie.

Zapadła cisza. Ta inna niż wcześniej. Poważniejsza. W końcu pojechaliśmy. Teściowa przyjęła nas chłodno, ale poprawnie. Uśmiech miała przyklejony, ruchy zbyt dokładne. Wiedziałam, że to tylko fasada. W kuchni znowu zaproponowała, żebym pomogła. Tym razem się nie wahałam.

– Dziękuję, ale usiądę – powiedziałam.

Zatrzymała się w pół ruchu.

– Słucham?

– Usiądę – powtórzyłam. – Jestem gościem.

Jej twarz stężała. Spojrzała na syna, jakby czekała, aż zareaguje. On spuścił wzrok.

U nas goście pomagają – rzuciła chłodno.

– A ja uważam, że pomaganie powinno być z wyboru, nie z obowiązku – odpowiedziałam.

Serce waliło mi jak oszalałe, ale mówiłam dalej.

– I jeszcze jedno. Nie będę już robić rzeczy „jak trzeba”.

Wstała gwałtownie, krzesło zaskrzypiało.

– Czyli jednak uważasz, że ja robię coś źle? – zapytała.

Uważam, że każdy ma prawo robić po swojemu – powiedziałam cicho. – Nawet schabowe.

Patrzyła na mnie długo. W jej oczach nie było już wyższości. Było coś innego. Zaskoczenie. Może nawet strach, że traci kontrolę.

– Zobaczymy, jak długo wytrzymasz – powiedziała w końcu.

Tego dnia nie było obiadu. Wyszliśmy wcześniej niż zwykle. W samochodzie mąż odezwał się pierwszy.

– Byłaś odważna.

Uśmiechnęłam się blado.

– Byłam sobą – odpowiedziałam. – I pierwszy raz to wystarczyło.

Musi mnie szanować

Po tamtym dniu kontakt się urwał. Najpierw cisza była ciężka, pełna niewypowiedzianych pretensji, potem stała się… lżejsza. Nikt nie dzwonił, nikt nie zapraszał. Niedziele odzyskały zwyczajność. Gotowałam, jak chciałam. Raz schabowe cienkie, raz grubsze. Nikt nie stał mi nad ramieniem.

Mąż długo chodził napięty, jakby czekał na wybuch. W końcu sam to powiedział.

– Mama uważa, że ją odrzuciłaś.

– A ja uważam, że pierwszy raz nie odrzuciłam siebie – odpowiedziałam.

Nie zaprzeczył. I to było dla mnie ważniejsze niż jego słowa. Po kilku miesiącach spotkaliśmy się przypadkiem, na rodzinnej uroczystości. Teściowa była uprzejma, zdystansowana. Bez uwag, bez spojrzeń pełnych oceny. Jakbyśmy obie podpisały niewidzialny rozejm. Nie było ciepła, ale też nie było walki.

– Schabowe nadal robisz po swojemu? – zapytała nagle, kiedy stałyśmy obok siebie.

Spojrzałam na nią i po raz pierwszy nie poczułam strachu.

– Tak – odpowiedziałam. – I smakują mi najbardziej.

Skinęła głową. Tylko tyle. Ale w tym geście było więcej akceptacji, niż kiedykolwiek wcześniej. Nie dostałam się w łaski teściowej. I już nie próbuję. Zrozumiałam, że niektóre drzwi są zamknięte nie po to, żeby do nich pukać, ale żeby w końcu odejść i odetchnąć. A spokój, który zyskałam, był wart każdej niedoszłej pochwały.

Ewa, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama