Reklama

Kiedy patrzę na jej idealnie zrobione paznokcie, które są tak długie, że zastanawiam się, jak ona w ogóle zapina guziki w koszulach, to coś się we mnie gotuje. Dosłownie. Całe życie harowałam jak wół. Wychowałam syna, dbając o to, by niczego mu nie brakowało, by wyrósł na porządnego, pracowitego mężczyznę. I co? I wszystko na marne. Bo mój Tomek, chłopak z potencjałem na dyrektora, haruje teraz na zachcianki kobiety, której jedynym życiowym osiągnięciem jest perfekcyjnie nałożony podkład. Myślałam, że z czasem zmądrzeje, że przejrzy na oczy. Ale jest tylko gorzej.

To wściekłość na niesprawiedliwość losu

Nigdy nie bałam się ciężkiej pracy. Moi rodzice nauczyli mnie, że chleb smakuje najlepiej, gdy jest okupiony potem. Kiedy mój mąż zmarł, zostałam sama z małym Tomkiem. Miałam trzydzieści lat i zero oszczędności. Czy usiadłam i płakałam? Czy szukałam sponsora? Nie. Zakasałam rękawy. Pracowałam na dwa etaty. Rano sprzątałam w szkole, po południu stałam na kasie w dyskoncie, a wieczorami brałam chałupnictwo, skręcając długopisy, żeby Tomek mógł pojechać na kolonie albo dostać nowe buty na zimę. Moje dłonie są szorstkie. Mam na nich odciski, przebarwienia, skóra jest twarda jak pergamin. Nie wstydzę się tego. To są dłonie matki, która walczyła o przetrwanie. To są dłonie kobiety, która zbudowała dom, wykształciła syna i zapewniła mu start w dorosłość, o jakim ja mogłam tylko pomarzyć.

A potem patrzę na nią. Na Klaudię. Jej dłonie są gładkie, niemal porcelanowe. Paznokcie? Zawsze w innym kolorze, zawsze ten nienaganny migdał, hybryda, żel, czy co tam teraz modne. Kiedy podaje mi herbatę – oczywiście w filiżance, której boję się dotknąć, żeby nie stłuc – widzę ten kontrast. Moje spracowane palce obok jej wypielęgnowanych szponów. Ona nigdy nie trzymała ścierki dłużej niż minutę. Ona nie wie, co to znaczy szorować fugi w łazience, bo do tego „ma ludzi” albo czeka, aż Tomek wróci z pracy i zrobi to za nią. To nie jest zazdrość. To wściekłość na niesprawiedliwość losu.

Patrzył na nią jak w obrazek

Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj. Tomek zadzwonił podekscytowany. Powiedział: „Mamo, musisz ją poznać. Jest wyjątkowa. To ta jedyna”. Serce mi urosło. Wyobrażałam sobie kogoś podobnego do niego. Może nauczycielkę? Może pielęgniarkę? Kogoś z pasją, z etosem pracy, kogoś, kto stąpa twardo po ziemi. Przygotowałam uroczysty obiad. Rolady wołowe, kluski śląskie, modra kapusta – jego ulubione dania. Chciałam przyjąć przyszłą synową jak córkę.

Kiedy weszli do przedpokoju, poczułam zapach. Duszący, słodki, drogi perfum, który momentalnie wypełnił całe mieszkanie, zagłuszając aromat pieczeni. A potem ją zobaczyłam. Klaudia wyglądała, jakby urwała się z okładki taniego pisma o modzie. Obcisła sukienka, która więcej odsłaniała niż zasłaniała, włosy doczepiane (jestem tego pewna, nikt nie ma takiej objętości naturalnie) i te rzęsy przyklejone do powiek.

– Dzień dobry, pani Halinko! – zaszczebiotała, rzucając mi się na szyję, jakbyśmy znały się od lat.

Usiadła przy stole i zaczęło się przedstawienie.

– Ojej, kluski? – skrzywiła się, patrząc na talerz. – Ja unikam węglowodanów, wie pani, gluten nie jest dla mnie. A mięso? Czy to jest ekologiczne? Bo ja staram się jeść tylko certyfikowane produkty.

Zjadła dwa liście sałaty, popijając wodą z cytryną. Tomek patrzył na nią jak w obrazek. A ja? Ja czułam, jak rośnie we mnie gula. Zapytałam wtedy o to, co najważniejsze.

– A czym się zajmujesz, dziecko? Gdzie pracujesz?

Klaudia zachichotała, odrzucając włosy do tyłu. – Och, pani Halinko, ja jestem influencerką. Buduję swoją markę osobistą w sieci. Lifestyle, beauty, te sprawy. To bardzo wymagające zajęcie!

Wymagające? Robienie zdjęć kawy i dzióbka do telefonu? Spojrzałam na Tomka, szukając w jego oczach cienia zażenowania, ale on tylko kiwał głową z dumą.

– Klaudia ma tysiące obserwujących, mamo. To przyszłość.

Wtedy zrozumiałam, że straciłam syna.

Pani tego nie rozumie

Mieszkają niedaleko, więc siłą rzeczy widzę, jak wygląda ich życie. A raczej – jak wygląda ich farsa. Tomek wychodzi z domu o siódmej rano. Jest inżynierem budownictwa, ma odpowiedzialną pracę, stresującą, pełną terminów i użerania się z ludźmi. Wraca często po osiemnastej, z szarą twarzą, podkrążonymi oczami. Widzę, jak dźwiga siatki z zakupami, bo przecież „księżniczka” nie będzie nosić ciężarów. A co robi Klaudia? O, jej grafik jest napięty, nie powiem. Środa, godzina 10:00 – fryzjer. Czwartek, godzina 12:00 – manikiurzystka. Piątek – masaż albo inne wymysły, których nazw nawet nie potrafię powtórzyć.

Kiedyś wpadłam do nich w południe, bo upiekłam ciasto i chciałam im podrzucić (oczywiście bezglutenowe, na mące migdałowej, żeby jaśnie pani mogła zjeść). Wchodzę, bo mam klucze na wypadek awarii, i co widzę? Dwunasta w południe. W domu bałagan, w zlewie sterta naczyń z kolacji, a Klaudia? Leży na kanapie w jedwabnym szlafroczku, z maseczką w płachcie na twarzy i nagrywa coś do telefonu.

– Cześć kochani! Dzisiaj mam dla was poranną rutynę, jestem taka wyczerpana po wczorajszym evencie... – mówiła do ekranu.

Wyczerpana? Czym?! Miałam ochotę podejść, wyrwać jej ten telefon i zapytać, czy wie, że jej mąż właśnie użera się z inspektorem nadzoru budowlanego w strugach deszczu, żeby ona mogła kupić sobie kolejny krem za trzysta złotych.

– O, pani Halinka... – bąknęła, ściągając maseczkę, wcale niezmieszana. – Nie słyszałam dzwonka. Właśnie pracuję.

– Pracujesz? – prychnęłam, stawiając ciasto na stole, jedynym czystym skrawku blatu. – Leżenie z mokrą szmatą na twarzy to teraz praca?

– To jest maseczka z kwasem hialuronowym, a to – wskazała na telefon – to moje biuro. Pani tego nie rozumie, to inna generacja.

Wyszłam, trzasnąwszy drzwiami.

Ona go wyciśnie jak cytrynę i zostawi

Najgorsze przyszło później. Tomek poprosił mnie o pożyczkę. Mój dumny, samodzielny syn, który zawsze radził sobie ze wszystkim, przyszedł do matki emerytki po pieniądze.

– Mamo, głupia sprawa – zaczął, nie patrząc mi w oczy. – Mamy trochę wydatków, a premia będzie dopiero w przyszłym miesiącu. Brakuje nam trzech tysięcy do raty kredytu.

Serce mi stanęło. Trzy tysiące? Dla mnie to majątek. Ale dla nich? Przy jego zarobkach?

– Tomek, na co wy wydajecie te pieniądze? – zapytałam cicho. – Przecież ty dobrze zarabiasz.

– No wiesz... życie w mieście kosztuje. Opłaty, leasing za samochód Klaudii... – Leasing? Przecież ona nigdzie nie jeździ, chyba że do galerii handlowej! – wybuchłam. – Po co jej ten wielki SUV?

– Mamo, to jest część jej wizerunku. Nie może podjeżdżać byle czym, jeśli chce współpracować z markami premium. To inwestycja.

Inwestycja. Słowo klucz, którym usprawiedliwiali każdą głupotę. Nowa torebka za pięć tysięcy? Inwestycja w wizerunek. Wyjazd na Bali, żeby zrobić zdjęcia na huśtawce? Inwestycja w content. A kredyt spłacać musi matka z emerytury. Oczywiście dałam mu te pieniądze. Co miałam zrobić? Pozwolić, żeby bank ich ścigał? Ale w środku coś we mnie pękło.

Zadzwoniłam potem do mojej przyjaciółki, Basi. Musiałam się wygadać.

– Basia, ona go zniszczy – płakałam do słuchawki. – Ona go wyciśnie jak cytrynę i zostawi, jak tylko skończą się pieniądze. To jest studnia bez dna. Pusta lala, której w głowie tylko szminki i lajki.

– Halinka, może ona faktycznie na tym zarabia? – próbowała łagodzić Basia. – Teraz świat jest inny.

– Zarabia? – zaśmiałam się przez łzy. – Jeśli zarabia, to czemu Tomek pożycza ode mnie na ratę? To jest jedna wielka bańka mydlana. Ona się bawi w dom, bawi się w gwiazdę, a mój syn za to płaci zdrowiem.

Czy ty masz w ogóle pojęcie, ile kosztuje życie?

Kulminacja nastąpiła w zeszłą niedzielę. Zaprosiłam ich na obiad. Postanowiłam, że nie będę milczeć. Musiałam potrząsnąć Tomkiem, musiałam sprawić, żeby Klaudia usłyszała prawdę prosto w oczy. Siedzieliśmy przy stole. Klaudia oczywiście dłubała w jedzeniu, opowiadając o jakimś nowym zabiegu na twarz, na który się zapisała.

– To niesamowite. Efekty są wow! Kosztuje to dwa tysiące, ale warto – mówiła z entuzjazmem, machając widelcem.

Tomek siedział cicho, gapiąc się w talerz. Wyglądał na jeszcze bardziej zmęczonego niż zwykle. Miał na sobie starą koszulę, którą kupiłam mu chyba z pięć lat temu.

– Dwa tysiące? – zapytałam spokojnie, choć w środku się gotowałam. – A Tomek chodzi w dziurawych skarpetkach, bo nie ma czasu kupić nowych. Albo pieniędzy.

– Mamo... – jęknął Tomek.

– Nie "mamo"! – uderzyłam dłonią w stół. – Dość tego udawania! Klaudia, czy ty masz w ogóle pojęcie, ile kosztuje życie? Czy ty wiesz, że twój mąż pożycza ode mnie pieniądze, żeby spłacić wasze długi, podczas gdy ty biegasz po skoemtyczkach?!

Zapadła cisza. Klaudia otworzyła szeroko oczy, te swoje sztuczne rzęsy zamrugały nerwowo.

– Tomek pożyczał od ciebie pieniądze? – zapytała, patrząc na męża. – Przecież mówiłeś, że dostałeś premię.

– Bo nie chciałem cię martwić! – wypalił Tomek, czerwieniąc się po uszy.

– Słyszysz to? – zwróciłam się do niej. – On cię nie chce martwić. Jesteś dorosłą kobietą! Podobno skończyłaś jakąś szkołę. Dlaczego nie pójdziesz do normalnej pracy? Do biura, do sklepu, gdziekolwiek, gdzie płacą prawdziwe pieniądze za prawdziwą pracę?

Klaudia wstała. Jej twarz, zwykle idealnie zmatowiona pudrem, zrobiła się purpurowa.

– Pani mnie obraża. Pani nie ma pojęcia, na czym polega mój zawód. Buduję społeczność! Inspiruję kobiety!

– Inspirujesz? Do czego? Do wydawania pieniędzy mężów? Do bycia próżną i pustą? – nie mogłam się zatrzymać. Słowa wylewały się ze mnie jak lawa. – Nienawidzę tego, co z nim robisz. Zrobiłaś z niego swojego parobka. Latasz do kosmetyczki, fryzjera, na rzęsy... A obiad? Kiedy ostatnio ugotowałaś mu normalny obiad? Kiedy uprałaś mu koszulę?

– Dość! – krzyknął Tomek, wstając. – Mamo, przesadziłaś. Wychodzimy. – Tak, wyjdźcie! – krzyczałam za nimi, gdy szli do przedpokoju. – Idźcie do tego waszego idealnego świata z Instagrama. Ale pamiętaj, synku, że lajkami nie zapłacisz za prąd, a sztucznymi rzęsami nie ogrzejesz się na starość!

Dla niej był tylko bankomatem

Trzasnęli drzwiami. Zostałam sama w dużym pokoju. Siedziałam tam godzinę, patrząc w ścianę. Czułam satysfakcję, że wreszcie to powiedziałam. Że zdarłam maskę z tej całej farsy. Ale potem przyszła cisza. I smutek. Minął tydzień, a Tomek nie zadzwonił. Nie odebrał moich wiadomości. Wiem od Basi, która śledzi Klaudię w internecie, że byli na weekend w spa. Klaudia wrzuciła zdjęcie z podpisem: „Z dala od toksycznych ludzi, liczy się tylko spokój i miłość”. I zdjęcie ich splecionych dłoni. Jej idealne paznokcie i jego spracowana ręka z zegarkiem, który dostał ode mnie na trzydziestkę.

Wiem, że mam rację. Wiem, że ona jest pasożytem, który żeruje na dobrym sercu mojego syna. Jest pusta, bez ambicji, bez kręgosłupa moralnego, który buduje się ciężką pracą. Ale wiem też, że przez tę prawdę straciłam kontakt z jedyną osobą, którą kocham nad życie. Czasem zastanawiam się, czy nie powinnam była milczeć. Zacisnąć zęby, patrzeć na te jej hybrydy i udawać, że wszystko jest w porządku. Ale potem przypominam sobie moje ręce, moje zmęczone plecy i to, ile poświęciłam, żeby on miał dobrze. I nie potrafię. Po prostu nie potrafię zaakceptować, że w dzisiejszym świecie "wyglądanie" jest ważniejsze niż "bycie".

Dziś rano widziałam ich samochód pod sklepem. Klaudia siedziała w środku, poprawiając makijaż w lusterku, a Tomek ładował zgrzewki wody do bagażnika. Wyglądał staro. Wyglądał na zrezygnowanego. Chciałam podejść, pomóc mu, przytulić. Ale odwróciłam się na pięcie i poszłam w drugą stronę. Nie mogę patrzeć na to, jak ona go niszczy, a on jeszcze jej za to dziękuje. Dla niej był tylko bankomatem. I boję się, że kiedy ona go w końcu zostawi dla bogatszego "inwestora", on nie będzie miał już do kogo wrócić, bo jego matka, ze swoją szczerością, spaliła za sobą mosty. Ale czy matka może patrzeć spokojnie, jak jej dziecko popełnia błąd życia? Nie. Będę czekać. Kiedyś ta bańka pęknie. A wtedy ja będę tu, z moimi szorstkimi dłońmi, gotowa, żeby posprzątać ten bałagan. Jak zawsze.

Halina, 64 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama