Reklama

Moja mama zawsze była kobietą, która musiała być potrzebna. Gotowa zanieść rosół połowie osiedla, zaopiekować się czyimś kotem, podlewać kwiaty, gdy sąsiadka jechała na urlop. Problem w tym, że od kiedy przeszła na emeryturę, bardziej interesują ją potrzeby sąsiada z naprzeciwka niż jej własnej rodziny. Moje dzieci, jej wnuki, widują ją coraz rzadziej. Kiedy pytają, czy babcia przyjdzie na Dzień Babci do przedszkola, nie wiem, co im odpowiedzieć. Wiem tylko jedno – czuję żal. I nie potrafię udawać, że wszystko jest w porządku. Bo nie jest. A najbardziej cierpią na tym dzieci.

Zupa dla sąsiada

– Nie ruszaj tego, to dla pana Stefana – powiedziała mama, gdy zajrzałam do jej garnka.

Gotowała rosołek. Prawdziwy, z domowym makaronem, na kurze z targu, z liściem laurowym i zielem angielskim, tak jak kiedyś dla mnie, zanim uznała, że mrożona pizza i obiadki z mikrofali wystarczą jej córce i wnukom.

– A nie mógłby sobie sam ugotować? – zapytałam.

– Przecież wiesz, że po udarze ledwo chodzi. Ma tylko mnie.

Prychnęłam.

– Ma też córkę i dwóch dorosłych wnuków, tylko jakoś ich nie widuję z siatkami pełnymi jedzenia.

Oni mają swoje życie – odparła, jakby to było jakieś logiczne wytłumaczenie.

– A ja nie mam? A twoje wnuki?

Mama spojrzała na mnie z niechęcią.

– Nie rób scen. Zawsze byłaś zazdrosna.

Zazdrosna. Tak właśnie mnie widzi. Nie jako kobietę, która sama ciągnie trójkę dzieci, robi zakupy i zasypia nad kompem o drugiej w nocy. Tylko jako histeryczkę, która ma problem z tym, że własna matka woli parzyć herbatkę obcemu mężczyźnie niż pobyć z wnukami. Po tamtym dniu już nic nie smakowało mi tak samo. Nawet ten rosół, który kiedyś kojarzył mi się z domem.

Nie interesowało jej to

– Babciu, zobacz, narysowałam cię z kotkiem! – zawołała moja najmłodsza, Róża, podając mamie laurkę.

Mama nawet nie spojrzała na obrazek. Wysunęła z torebki telefon i spojrzała na ekran.

– Różyczko, nie teraz, babcia musi oddzwonić do pana Stefana. Coś mu się stało z bojlerem.

– Ale… to dla ciebie… – szepnęła Róża, marszcząc nosek. Stała z kartką w ręku, a jej buzia powoli traciła uśmiech.

– Powiedziałam, że później – rzuciła mama, już wybierając numer.

– Mamo, serio? – odezwałam się cicho, żeby nie przy dzieciach.

– Co znowu?

– Nie widziałaś nawet, co narysowała. Dla ciebie. Dzień Babci już za chwilę. Wiem, że zaproszenie dostałaś.

Mama westchnęła teatralnie.

– Może i dostałam. Ale nie wiem, czy będę. Stefanowi pogarsza się stan. Trzeba będzie chodzić do apteki, może gotować mu obiady.

– On ma dzieci, przypominam ci.

Mama spojrzała na mnie z chłodem.

– Nie ucz mnie empatii. Może jego dzieci mają w nosie ojca, ale ja nie mam serca go zostawić.

Tego dnia wieczorem Róża zapytała:

– Mamo, a jak babcia nie przyjdzie, to mogę narysować laurkę dla cioci z przedszkola?

Dla obcego ma serce

Wpadłam do mamy z zaskoczenia, licząc, że choć raz złapię ją wolną. Drzwi były uchylone, a w kuchni pachniało ciastem. Na stole leżała paczka opakowana w szary papier i przewiązana wstążką.

– Co to? – zapytałam, wskazując na przesyłkę.

– Szalik. Dla Stefana. Sama robiłam. Lubi granatowy, a jego stary już się pruł.

– Serio? A dla Róży nie mogłaś zrobić, jak prosiła? Pamiętasz, jak płakała, że chce taki jak babcia nosi?

– Przestań szukać dziury w całym. Dzieci szybko rosną, zaraz zgubi albo zniszczy.

– A Stefan co, zatrzyma sobie na wieczność?

Mama spojrzała na mnie jak na wariatkę.

– On to doceni.

Tego dnia zrozumiałam coś, co wcześniej próbowałam sobie tłumaczyć zmęczeniem, wiekiem, może naiwnością – mama nie była już „nasza”. Była „jego”. Gotowała, robiła na drutach, nosiła mu zakupy. A dla wnuków miała jedynie krótkie „nie teraz”, „babcia się spieszy”, „babcia jest zmęczona”. Wieczorem Róża próbowała opleść się moim starym szalikiem.

– Za duży – marudziła.

Babcia zrobi ci nowy – powiedziałam odruchowo, ale od razu ugryzłam się w język.

Z kim ja się łudziłam?

Urodziny, na które nikt nie przyszedł

Zamówiłam balony, tort z ulubioną postacią Róży z bajki, zrobiłam kanapeczki w kształcie serduszek. Z dziećmi piekliśmy babeczki dzień wcześniej, każde własnoręcznie ozdabiało je posypką. Róża co chwilę podbiegała do drzwi, wyglądając przez wizjer.

Babcia już jedzie? – pytała.

– Miała być o siedemnastej – powtarzałam, zerkając nerwowo na telefon. Żadnej wiadomości.

O siedemnastej trzydzieści zadzwoniłam. Mama nie odebrała. O osiemnastej dzieci zaczęły tracić zapał. Starsi zajęli się grą planszową, a Róża siedziała na podłodze, w sukience, którą wybrała specjalnie na ten dzień.

– Może zaspała? – próbowała bronić babci.

Dopiero o dwudziestej przyszła wiadomość: „Nie dam rady dziś. Stefan się przewrócił. Byłam z nim na SORze. Wracam do niego, trzeba mu pomóc się położyć”. Bez „przepraszam”. Bez „przekaż Róży”. Wtedy po raz pierwszy zrobiłam coś, czego długo sobie nie wybaczałam. Podeszłam do Róży, wzięłam ją na kolana i powiedziałam:

– Wiesz co? My już nie liczymy na ciebie. Mamy siebie, wystarczy, prawda?

Róża nie odpowiedziała. Przygarnęła do siebie babeczkę z literką „R”, po czym powoli, bardzo powoli ją zjadła, jakby to miało zastąpić obecność.

Dzień Babci – nie dla niej

Dzień Babci w przedszkolu miał być wyjątkowy. Róża ćwiczyła piosenkę przez dwa tygodnie. Uczyła się tekstu, nawet śpiewała go w łazience, siedząc na wannie. Zrobiła laurkę z brokatem i serduszkami. Kiedy pytałam, komu ją wręczy, odpowiadała bez namysłu:

– Babci. Jak przyjdzie, to jej dam.

Nie miałam serca powiedzieć, że mama nawet nie odpisała na wiadomość o występie. W dniu uroczystości wszystkie dzieci stały na małej scenie, przebrane za kwiatki i pszczółki. Każde spoglądało w stronę sali, gdzie siedziały babcie – uśmiechnięte, niektóre ze łzami w oczach. Róża zerkała nerwowo. Gdy dzieci śpiewały „Dla babci dziś kwiaty i uśmiechy…”, ona milczała.

Po występie inne dzieci podchodziły z laurkami. Tylko Róża została z kartką w ręce. Podeszłam do niej.

– Możesz mi ją dać, jeśli chcesz – szepnęłam.

– Nie jesteś babcią – odpowiedziała cicho, bez złości.

Wyszłyśmy w ciszy. W domu zapytała:

– Myślisz, że są takie babcie, co mieszkają zbyt daleko, żeby przyjść?

Pokręciłam głową. Potem, bez słowa, schowała laurkę do pudełka pod łóżkiem. I nie mówiła o niej więcej.

Ktoś inny zajął nasze miejsce

Kilka dni po Dniu Babci, wracając z pracy, zobaczyłam mamę z panem Stefanem. Siedzieli na ławce przed jego blokiem, dzieliła ich koc, w rękach trzymali termos i plastikowe kubki. Śmiali się. Mama wyglądała na szczęśliwą – rozświetloną, odmłodzoną. Przez chwilę poczułam ulgę, że nie jest sama. Ale zaraz potem pojawiło się to znajome ukłucie – nie było jej przy nas, kiedy była najbardziej potrzebna.

Nie zamierzam jej już o nic prosić. Nie będę więcej zapraszać, przypominać, upraszać dzieci, żeby dzwoniły. Ktoś inny zajął nasze miejsce – starszy pan z mieszkania naprzeciwko, który potrafi być „biedny”, „potrzebujący”, „samotny”. Moje dzieci nie nauczyły się robić laurek dla babci. Za rok pewnie nawet nie zapytają, czy przyjdzie. Róża mówi teraz „ciocia” o wychowawczyni, a laurki daje jej. W niej widzi kogoś, kto się pojawia, kto słucha, kto reaguje.

Moja mama jest teraz babcią z wyboru – dla cudzych ludzi. Dla własnych wnuków już nie ma czasu. Ani miejsca w sercu. Nie wiem, czy kiedyś to do niej dotrze. A nawet jeśli… Może będzie już za późno.

Renata, 39 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama