„Moja jazda na nartach to same upadki. Na szczęście nawet wśród śniegu w Tatrach można liczyć na czyjeś gorące serce”
„Zaczęło się od głupiego skrętu. Instruktor coś tłumaczył, a ja, próbując wykonać dokładnie to, co pokazał, źle przeniosłam ciężar ciała. W jednej sekundzie straciłam równowagę. Narta się przekrzywiła, druga pojechała w bok”.

Nie wiem, czy bardziej się bałam samej jazdy na nartach, czy tego, że w tym pensjonacie nikt nie będzie chciał ze mną rozmawiać. Albo, że wszyscy będą rozmawiać, tylko nie ze mną. To był mój pierwszy urlop od lat, bez męża, który już od dawna był eks, bez koleżanek. Miało być po prostu: biało, cicho i z dala od życia, które tak pięknie mnie rozczarowało.
Pojechałam sama
Pensjonat był pełen ludzi. Dzieci, pary, grupki znajomych, pełno śmiechu, a ja jak statystka w filmie o cudzym szczęściu. Siedziałam w kącie jadalni, obserwując ich z bezpiecznej odległości. Kobiety w obcisłych kombinezonach, mężczyźni z brodami i zegarkami sportowymi większymi od mojej dłoni. I ja, z książką, kubkiem gorącej herbaty i pytaniem w głowie: co ja tu robię?
Pierwszy dzień na stoku był… bolesny dla ciała i duszy. Myślałam, że to będzie przyjemne: słońce, śnieg, odrobina ruchu. Tymczasem czułam się jak spóźniona uczennica na wf-ie. Instruktor pokazywał, grupa powtarzała, a ja zjechałam może pięć metrów, zanim się wywaliłam. Narty pojechały w jedną stronę, ja w drugą. Czułam, jak mięśnie, o których istnieniu nie miałam pojęcia, zaczynają protestować.
– Magda, co ty wyprawiasz – mówiłam do siebie pod nosem, podciągając się z trudem na nogi. – Zamiast czytać książki w ciepłym pokoju, ty sobie fundujesz zakwasy i publiczne upokorzenie.
Ale była też jakaś cicha duma, bo mimo wszystko przyjechałam i byłam tu sama.
Było mi głupio
Zaczęło się od głupiego skrętu. Instruktor coś tłumaczył, a ja, próbując wykonać dokładnie to, co pokazał, źle przeniosłam ciężar ciała. W jednej sekundzie straciłam równowagę. Narta się przekrzywiła, druga pojechała w bok, kijek wyrwało mi z dłoni, a ja poleciałam i wcale nie z gracją.
Upadłam plecami na śnieg, z takim impetem, że aż mnie zamroczyło. Przez chwilę patrzyłam w niebo i analizowałam, czy któraś część mojego ciała już się nie rusza. Ruszała się każda. Bolało jak diabli, ale przynajmniej żyłam. Nagle nade mną pojawiła się sylwetka. Pochylił się nade mną mężczyzna w kasku. Śnieg sypał mu się z kurtki. Wyglądał, jakby właśnie zszedł ze stoku z reklamy. Idealny profil, opalona skóra, spojrzenie, które nie uciekało w bok.
– Wyglądało groźnie. Wszystko w porządku?
– Tylko moje ego cierpi – odpowiedziałam, próbując się podnieść, ale noga nie współpracowała.
– Ego się nie łamie tak łatwo. Kolana szybciej – rzucił z rozbawieniem.
– Chyba właśnie złamałam jedno i drugie.
Pomógł mi
Podał mi rękę i pomógł wstać. Nie puścił, nawet kiedy już stałam. Trzymał mnie jeszcze przez moment, jakby się upewniał, że zaraz znowu nie wyląduję w śniegu.
– To co, jazda dalej? Zaczynamy od podstaw?
– Czy to była propozycja nauki czy wyzwanie? – spytałam.
– Zależy, co wolisz, ale mam czas, jeśli chcesz spróbować jeszcze raz bez ryzykownych manewrów.
Nie miałam pojęcia, czy robił to z grzeczności, czy naprawdę coś go zainteresowało w mojej spektakularnej porażce na śniegu.
– Skoro już widziałeś mój najlepszy numer… możemy zacząć od podstaw.
Skinął głową i ruszyliśmy razem w stronę miejsca, gdzie leżały moje rozrzucone narty. Patrzył, jak je zbieram, ale nie rzucał porad. Pomógł przypiąć buty do wiązań. Milczeliśmy chwilę, a potem zapytał:
– Jak masz na imię?
– Magda.
– Marcin – odpowiedział, a potem dodał: – Nie martw się. Każdy kiedyś zaczyna, tylko nie każdy tak widowiskowo.
Uśmiechnęłam się, ale nie powiedziałam nic. Wróciłam na stok z sercem bijącym szybciej. Nie przez upadek.
Nie rozumiałam tego
Marcin miał w sobie coś, co sprawiało, że człowiek przestawał się bać ośmieszenia. Może to był ten jego spokojny ton, może sposób, w jaki patrzył – uważnie, ale bez litości. Spotykaliśmy się codziennie.
– Nie rozumiem, jak możesz to lubić. Przecież tu ciągle jest zimno – rzuciłam któregoś dnia, szczękając zębami w kolejce do gondoli.
– Lubię, kiedy ludzie robią coś po raz pierwszy. Ty jeździsz z takim oporem, jakbyś walczyła z grawitacją.
– Bo walczę. Ale może mniej niż wczoraj – odpowiedziałam, zaskoczona własną szczerością.
W gondoli opowiadał mi, jak trafił do tej pracy. Miał zostać na chwilę, a został na lata. Potem, kiedy szliśmy razem na kolację do restauracji, jego spojrzenie mnie złapało. I nie uciekłam. Ostatni dzień. Stok wyglądał dokładnie tak samo, ale wszystko we mnie było inne. Czułam, jak ciężko mi się oddycha, choć przecież powietrze tu zawsze było czyste. Zamiast ekscytacji – niepokój. Zamiast lekkości – napięcie.
Coś zaiskrzyło
Zjeżdżaliśmy razem, ale bez żartów, bez zaczepnych uwag, bez jego zwyczajowego „dasz radę, Magda”. Jechaliśmy, jakby coś się skończyło, choć jeszcze nawet się nie zaczęło. W kolejce do gondoli Marcin zamilkł zupełnie. Stanęliśmy obok siebie, weszliśmy do wagonika. Zamknęły się drzwi. Cisza.
– I co teraz? – zapytałam cicho.
– Teraz… jedziemy w górę.
– Nie. Wiesz, o co pytam.
Spojrzał na mnie uważnie, bez uśmiechu. Gondola kołysała się lekko. Tylko my, przez kilka minut zawieszeni nad ziemią.
Zrobił pół kroku w moją stronę. Tyle wystarczyło. Poczułam na swoich ustach pocałunek – taki, po którym człowiek nie chce wracać do dawnego życia. Oparłam dłoń na jego ramieniu, jakby to miało powstrzymać rzeczywistość przed powrotem.
Zaczęłam od nowa
Drzwi gondoli otworzyły się nagle. Odsunęliśmy się od siebie bez słowa i ruszyliśmy w dół, znowu obok siebie, ale tym razem wszystko było inne. Na dworcu wymieniliśmy tylko krótkie spojrzenie.
– Napiszę – powiedział.
Nie odpowiedziałam, ale kiedy przyszedł SMS jeszcze tego samego wieczoru, odpisałam od razu. Od tamtej pory pisaliśmy codziennie, czasem długo, czasem jedno zdanie. Zaczęłam łapać się na tym, że czekam na wiadomość od niego jak na oddech.
Kilka razy się widzieliśmy. Najpierw on przyjechał do mnie. Było dziwnie. Na dworcu pocałowaliśmy się, jakby to było oczywiste, ale potem nagle zapadła cisza. Rozmawialiśmy inaczej niż w wiadomościach. Twarzą w twarz wychodziło mniej słów. Za dużo milczenia, za mało pewności.
Potem ja pojechałam do niego. Zabrał mnie w góry, ale już bez nart. Spacerowaliśmy, śmialiśmy się. Próbowałam nie myśleć, że znowu wszystko jest „na chwilę”.
– To co teraz? – zapytałam, kiedy odprowadzał mnie na lotnisko.
– Teraz… czekamy na śnieg?
– Tylko żeby nie stopniał zbyt szybko.
– To zależy od nas – powiedział pewnie.
Magdalena, 39 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Sąsiad pożyczył mi płyn do odmrażania szyb, a potem rozkochał w sobie. Zapomniałam, że mam męża”
- „Mama kazała mojej córce zmywać naczynia po wszystkich. Chce ją wychować na służącą, a ja na to nie pozwolę”
- „Za moim bratem dopiero zamknęło się wieko trumny, a bratowa już szasta jego pieniędzmi. Zaraz zostanie z niczym”

