Reklama

Gdy patrzę na swoją córkę i jej dzieci, serce mi pęka. Nie z czułości, tylko z rozpaczy. Każde dziecko z innym ojcem, a ona zdaje się tego nie widzieć, nie rozumieć, nie przejmować. Kiedyś myślałam, że dobrze ją wychowałam. Że będzie wiedziała, co to miłość, wierność, odpowiedzialność. Tymczasem codziennie patrzę, jak moje wychowanie rozjechało się z rzeczywistością jak pociąg bez hamulców. Czy to moja wina? Czy za bardzo ją kochałam, za mało wymagałam? Zżera mnie poczucie winy i wstyd. Wstyd przed sąsiadami, rodziną, samą sobą. Wciąż nie mogę zrozumieć, jak do tego doszło.

Wcześnie zaczęła

– Mamo, poznaj Krystiana – powiedziała mi któregoś wieczoru moja osiemnastoletnia córka, wchodząc do kuchni z chłopakiem o wyglądzie podpitego dresiarza. Pamiętam to dobrze, bo właśnie wtedy zgasła we mnie cała nadzieja, że ona jeszcze coś ze sobą zrobi. Była w ostatniej klasie liceum, a ja się łudziłam, że pójdzie na studia, że się czegoś nauczy, może wyjedzie, oderwie się od tej osiedlowej beznadziei. Zamiast tego – Krystian. I brzuch, który próbowała ukryć pod za dużą bluzą.

– Jesteś w ciąży, prawda? – zapytałam bez emocji, odkładając nóż na deskę.

– No… Tak wyszło – odpowiedziała, wzruszając ramionami. Krystian zerkał gdzieś w bok, nawet się nie odezwał.

Wyszło. Tak po prostu. Bezmyślnie, jakby mówiła o tym, że zapomniała wyjąć pranie z pralki. A ja? Przez chwilę nie wiedziałam, czy rzucić tym talerzem, który trzymałam, czy po prostu usiąść i się rozpłakać. Wybrałam drugie. I błagałam ją, by przemyślała, by poczekała. Żeby nie marnowała sobie życia. A ona patrzyła na mnie jak na jakąś niedzisiejszą dewotkę.

– Nie martw się, mamo. Krystian mnie kocha.

Tak. On ją kochał. Przez całe dwa miesiące.

Szybko została sama

Krystian zniknął zanim moja wnuczka zdążyła nauczyć się mówić „tata”. Pamiętam dokładnie dzień, w którym wyszedł z mieszkania z reklamówką i powiedział: – Idę po papierosy. Nigdy nie wrócił. Wtedy Karolina wreszcie zrozumiała, że może nie wszystko w życiu jest takie proste. Przez tydzień nie wychodziła z pokoju, płakała i nie chciała zajmować się małą. A ja? Musiałam znowu być matką. Tym razem nie tylko dla córki, ale też dla jej dziecka.

– Powinnaś go zgłosić – mówiłam spokojnie. – Alimenty ci się należą. Nie może tak po prostu zostawić was samych.

– Mamo, przestań, nie chcę od niego żadnych pieniędzy! – krzyknęła. – Nie rozumiesz, że ja go kocham?!

Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że to nie był przypadek. Że ona sama go sobie wybrała – dokładnie takiego, jaki był. I że może szukała właśnie tego chaosu, tych emocji, tego dramatu. Cichego, stabilnego chłopaka nie zauważyłaby nawet na ulicy. Miała niespełna dziewiętnaście lat, a już była samotną matką bez matury. I zamiast próbować się ogarnąć, coraz częściej znikała z domu, zostawiając małą pod moją opieką.

– Tylko na chwilkę, mamo, muszę odreagować. Nie rozumiesz, co ja czuję?

Owszem. Czułam, że to dopiero początek piekła.

Niczego jej to nie nauczyło

Miałam nadzieję, że po Krystianie Karolina nauczy się czegoś. Że przy drugim chłopaku spojrzy trzeźwiej, że przemyśli. Ale nie. Wróciła któregoś dnia z nowym błyskiem w oku i oznajmiła:

– Mamo, poznałam cudownego faceta. Michał. Jest starszy, ma pracę, samochód, wie, czego chce od życia.

Wtedy jeszcze wierzyłam. Naprawdę uwierzyłam, że może tym razem los się do niej uśmiechnął. Michał był spokojniejszy, uprzejmy, nawet przywitał się ze mną jak człowiek. Myślałam: może ten naprostuje jej życie. Nawet zaczęła dorabiać w sklepie spożywczym, małą zostawiała mi tylko na parę godzin. Minęły trzy miesiące i znowu to samo.

– Jestem w ciąży – powiedziała pewnego wieczoru, wpychając głowę do mojego pokoju, jakby mówiła, że kupiła sobie nową sukienkę.

– Karolina, błagam cię… – szepnęłam. – Przecież ledwo sobie radzisz. Ty nie masz nawet dwudziestu jeden lat!

– Michał się cieszy – ucięła, ale spojrzenie miała inne. Niepewne.

Michał cieszył się aż do momentu, gdy dziecko się urodziło. Wtedy powiedział, że „to nie jego styl życia”, spakował torbę i wyprowadził się do swojej matki.

– Po prostu się pogubiliśmy – tłumaczyła go. – To nie jego wina.

Nie. To nie była tylko jego wina.

Nie miałam już siły

Kiedy pojawiło się trzecie dziecko, nikt już nie zadawał pytań. Sąsiedzi przestali komentować, a ja przestałam tłumaczyć. Po prostu zaczęłam kupować więcej pieluch i mleka modyfikowanego. Tym razem nawet nie poznałam ojca dziecka. Nie był „na pokaz”. Karolina przez całą ciążę utrzymywała, że „to skomplikowane” i że „to jej sprawa”. Urodziła wiosną. Mały był chorowity, dużo płakał. Ona – coraz bardziej obojętna.

– Mamo, ja się duszę. Ja nie mam życia – rzuciła pewnego dnia, gdy wróciła z imprezy nad ranem i zastała mnie przy łóżeczku, nieprzytomną ze zmęczenia.

– Myślisz, że ja mam? – zapytałam wtedy. – Ja mam sześćdziesiąt lat i budzę się po trzy razy w nocy, żeby nakarmić twoje dzieci.

Nie odpowiedziała. Wzięła prysznic, założyła dres i zniknęła z domu na cały dzień. A ja, jak głupia, wzięłam wolne w pracy, żeby się wszystkim zająć.

Nie wiem, czy była świadoma, jak mnie wykorzystuje. Czy naprawdę myślała, że tak powinno wyglądać życie? Trójka dzieci z trzema różnymi mężczyznami. Żadnego alimentu, żadnej stabilizacji. Tylko wieczne szukanie czegoś „lepszego”. A ja – w tym wszystkim coraz bardziej zmęczona, rozgoryczona i zawiedziona własnym macierzyństwem.

Głupia i ślepa

Z czwartym dzieckiem nawet nie udawała, że to miłość. Powiedziała wprost:

Chciałam poczuć, że jeszcze coś znaczę. Że ktoś mnie pragnie.

Miał na imię Damian i był DJ-em w klubie, do którego chodziła co drugi weekend. Nie chciał dziecka, nie chciał Karoliny, nie chciał niczego. Zniknął po pierwszym USG.

– I co teraz? – zapytałam. – Będziesz rodzić kolejne dzieci z każdym, kto powie ci, że masz ładne oczy?

– Nie rozumiesz, mamo. Ja po prostu chcę kochać i być kochana.

– To kup sobie psa – rzuciłam, już bez sił. Bo nie wiedziałam, jak jej pomóc, ani czy w ogóle warto jeszcze próbować.

A potem urodziła się piąta wnuczka. Ojca nie znała nawet z nazwiska. Poznała go na jakimś wyjeździe, imienia była pewna dopiero po porodzie. Nie czuła już wstydu, nie próbowała się tłumaczyć.

– Dziecko to dziecko – mówiła. – Nieważne, z kim. Każde jest kochane.

Tylko że to nie była prawda. Kochała je chwilami, na moment. A potem znikała – na zakupy, do koleżanki, do nowego faceta, którego imienia już nie chciałam znać. Bo i po co? I tak za miesiąc miała być kolejna zmiana. Zamieniłam się w matkę swoich wnuków. I nie miałam siły ani odwagi przyznać się przed sobą, że wychowałam córkę, która w niczym nie przypominała kobiety, jaką chciałam, by się stała.

Gdzie popełniłam błąd?

Czasem siadam w kuchni, patrzę przez okno na plac zabaw, gdzie biegają moje wnuki, i próbuję sobie przypomnieć, kiedy dokładnie wszystko się rozjechało. W którym momencie przestałam być matką, a stałam się sprzątaczką, kucharką i darmową opiekunką. Córka wpada i wypada jak gość. Buziak w przelocie, rzucone:

– Dzięki, mamo, ratujesz mnie. A ja już nie wiem, czy ją ratuję, czy pozwalam się wykorzystywać.

Najgorsze są te wieczory, kiedy wszystkie dzieci śpią, a ja zostaję sama z myślami. Czy to moja wina? Może za bardzo ją chroniłam? Za bardzo chciałam być jej przyjaciółką, zamiast matką? Może zbyt często odpuszczałam, kiedy trzeba było powiedzieć: „Nie”? Patrzę na jej zdjęcia z dzieciństwa i widzę tamtą słodką, uśmiechniętą dziewczynkę. A potem patrzę na kobietę, która przyprowadza do mojego domu dzieci jedno po drugim, jakby to był dom zastępczy.

Nie wiem, co będzie dalej. Nie wiem, czy jeszcze się opamięta. Wiem tylko jedno – nie jestem już w stanie tego dźwigać sama. Mam 63 lata. Chciałam na starość trochę odpocząć, poczytać, może pojechać nad morze. A zamiast tego zasypiam przy bajkach i budzę się przy butelkach. Bo wychowałam córkę, która nie dorosła do bycia matką.

Teresa, 63 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama