Reklama

Zawsze powtarzałam córce, że zanim zwiąże się z kimś na poważnie, powinna posłuchać własnej intuicji. Często serce wie więcej niż rozum, a i drobne, codzienne sygnały potrafią powiedzieć o człowieku wszystko. Ona jednak, jak to młodzi, miała swoją wizję miłości i szczęścia – a ja, jak przystało na matkę, musiałam się z tym pogodzić. Wiem, że nie jestem łatwa w obyciu. Potrafię dogryźć, rzucić żartem, czasem może zbyt ostrym, nie zawsze mówię to, co wypada. Ale jestem szczera i lojalna wobec swoich bliskich. Niestety, te cechy nie każdemu przypadają do gustu.

Od pierwszych chwil, kiedy zobaczyłam przyszłego zięcia, miałam wrażenie, że nie nadajemy na tych samych falach. Oczywiście, z początku był uprzejmy, pomocny, nawet uroczy na swój sposób – taki z tych, co potrafią zrobić dobre pierwsze wrażenie. Czasami sama łapałam się na tym, że szukam w nim powodów do sympatii, by nie komplikować życia córce. W końcu szczęście dziecka to priorytet każdej matki. Przez lata nauczyłam się jednak rozpoznawać fałsz i wyczuwać dystans pod przykrywką kurtuazji. On, choć nie mógł się do tego przyznać, widocznie nie pałał do mnie sympatią. Maskował to z wdziękiem godnym wytrawnego aktora – aż do pewnego momentu.

Ostatnio jednak coś się zmieniło. Ta maska, którą nosił, zaczęła się kruszyć, aż w końcu spadła zupełnie. Nagle okazało się, że już nawet nie udaje, że mnie szanuje. Patrzy na mnie z pobłażaniem, czasem wręcz z wyższością, odpowiada półsłówkami, jakby nie miał już siły ani ochoty dalej odgrywać swojej roli. I nie byłoby w tym nic dziwnego – ludzie się mijają, różnią – gdyby nie fakt, że robienie z siebie męczennika w moim domu opanował do perfekcji. Teraz wszystko, co robi, zdaje się być jednym wielkim wyrzutem pod moim adresem. Nie wiem, czy bardziej mnie to smuci, czy irytuje. Wiem jednak jedno: w tej rozgrywce nie zamierzam być tylko biernym widzem.

Już nawet nie chce się silić na udawanie

Zaczęło się niewinnie, jak zawsze w takich sytuacjach. Przyszłam do nich z ciastem – bo choć zięć wiecznie komentował moje wypieki, córka je uwielbiała. Siedzieli przy stole, każde ze swoim telefonem, cisza jak makiem zasiał. Postawiłam talerz na stole, uśmiechając się szeroko.

– O, znowu sernik? – mruknął zięć, nawet nie patrząc w moją stronę.

– A tak, wczoraj był taniej twaróg w sklepie, to się skusiłam.

Usiadłam obok córki, próbując rozluźnić atmosferę.

– Ty zawsze narzekasz, ale ostatnio znikał z lodówki w tempie ekspresowym. – rzuciłam mu ostre spojrzenie, którego nie mógł nie zauważyć.

– Może ktoś inny jadł? – wzruszył ramionami, świdrując ekran smartfona. – Ja wolę kupne, przynajmniej nie taki suchy.

Córka popatrzyła na niego z zażenowaniem, ale uśmiechnęła się do mnie nieśmiało.

– Mamo, daj przepis jeszcze raz, może ja kiedyś spróbuję upiec.

– Oczywiście, kochanie, wszystko ci rozpiszę. – A ty, zięciu, możesz sobie kupić swój, skoro mój ci nie pasuje.

– Jakbym chciał, to bym kupił. – Spojrzał na mnie krótko, zupełnie bez cienia uśmiechu. – Nie musisz się dla mnie starać, naprawdę.

Na chwilę zrobiło się niezręcznie. Patrzyłam na niego, próbując wyczytać, co takiego siedzi mu w głowie. Przecież kiedyś potrafił być uprzejmy, nawet miły, a teraz… Jakby każdy mój gest był tylko przeszkodą.

– No widzisz, staram się dla domu, dla was, nie dla siebie. Rodzina powinna trzymać się razem, nawet jeśli komuś nie odpowiada sernik.

– Rodzina… – prychnął cicho. – No tak, bo pani zawsze wie lepiej, co dobre dla wszystkich.

Poczułam, że już nawet nie chce się silić na udawanie.

Ja myślałam, że po prostu pomagam

Następnego dnia zadzwoniła do mnie córka. W jej głosie wyczułam zmęczenie.

– Mamo, możesz przyjechać jutro trochę wcześniej? Mam do załatwienia kilka spraw i chciałabym, żebyś została z małym.

– Oczywiście, kochanie. Przyjadę rano. – Obiecałam, choć wiedziałam, że nie każdemu będzie to w smak.

Rano weszłam do mieszkania i już w progu poczułam chłód. Zięć stał w kuchni, mieszając kawę.

– Dzień dobry – rzuciłam, choć on nawet nie podniósł głowy.

– Dzień jak dzień – mruknął.

– Córka prosiła, żebym dziś została z wnukiem, więc nie musisz się martwić o obiad. Zrobiłam już zakupy.

– To świetnie – westchnął teatralnie. – Chociaż jedna rzecz mniej do zrobienia.

– Słuchaj, nie wiem, co się dzieje, ale trochę się zmieniłeś ostatnio. Może byśmy porozmawiali?

Spojrzał na mnie zaskoczony.

– A o czym chciałaby pani rozmawiać?

– Naprawdę tak cię drażnię? – spytałam, nie kryjąc już irytacji.

– To nie o to chodzi. Po prostu… – Wzruszył ramionami. – Czasem mam wrażenie, że za dużo pani w tym domu.

– To ciekawe, bo ja myślałam, że po prostu pomagam. Chyba nie jest źle mieć babcię na zawołanie.

– Czasami lepiej, jak babcia wraca do siebie – rzucił i wyszedł z kuchni, zostawiając mnie samą z bulgoczącą w garnku zupą i zgryzotą.

Wnuk wpadł do kuchni z uśmiechem, jakby nic się nie stało.

– Babciu, zrobisz naleśniki?

– Oczywiście, skarbie. Dla ciebie wszystko.

Zaczęłam szykować ciasto, ale myśli były gdzie indziej.

Nie zamierzam się tu wprowadzać

Po południu wróciła córka. Zmarszczyła czoło, widząc moją minę, ale udawała, że wszystko gra. Zięć siedział przy komputerze, udając, że pracuje, chociaż ekran wyraźnie pokazywał jakąś grę.

– Mamo, dzięki, że zostałaś z małym. – powiedziała córka, po czym zwróciła się do męża. – Ty coś jadłeś?

– Tak. Twoja mama zrobiła zupę. – Odpowiedział, nie odrywając wzroku od monitora.

– I jak tam było w pracy? – zapytałam córkę, nalewając jej zupę.

– Lepiej nie pytaj. Szefowa miała zły dzień. – Wzruszyła ramionami i opadła na krzesło. – A jak u was? – Spojrzała na nas oboje.

– W porządku – skłamałam. – Naleśniki wyszły wyborne, mały zjadł cztery.

Zięć parsknął pod nosem.

– No tak, słodycze i ciasta. Potem dziwne, że dziecko nie chce normalnego jedzenia.

– Przesadzasz – córka spojrzała na niego z dezaprobatą. – To tylko kilka naleśników.

– Oczywiście, przecież się nie znam. – Zamknął laptopa z przesadnym hukiem. – Może przeprowadzisz się do nas na stałe, co? Przynajmniej mielibyśmy zawsze pełną lodówkę.

Poczułam, jak rośnie mi ciśnienie, ale nie chciałam się kłócić przy dziecku.

– Nie zamierzam się tu wprowadzać.

Nie skomentował. Wstał, po czym odszedł do sypialni, trzaskając drzwiami. Córka siedziała przez chwilę w milczeniu. W końcu spojrzała na mnie smutno.

– Nie wiem już, co robić. Czasem mam wrażenie, że nie pasujemy do siebie jak dawniej.

– Może potrzebujecie rozmowy, wy dwoje – zasugerowałam cicho.

Z oczu córki wyczytałam, że rozmowa to ostatnia rzecz, na którą ma siłę.

Miałam już dość tej gry

Wieczorem zebrałam się do wyjścia, bo atmosfera w mieszkaniu robiła się coraz cięższa. Córka odprowadzała mnie do drzwi. Zatrzymałam się w pół kroku, spojrzałam na zięcia. Miałam już dość tej gry.

– Słuchaj, nie wiem, co masz do mnie, ale przestań robić z siebie męczennika. To nie ja ci kazałam żenić się z moją córką, a już na pewno nie ja ci każę znosić mojej obecności. Pomagam wam tyle, ile mogę. Nie chcesz mojej pomocy? Powiedz wprost, a nie kąsaj jak rozkapryszony dzieciak.

Córka próbowała nas uciszyć gestem, nerwowo ściskając klamkę.

– Mamo, proszę… – szepnęła.

– Nie, niech powie, skoro już się zebrało – odparł zięć. – Może rzeczywiście powinniśmy ustalić pewne granice. Bo ja, szczerze mówiąc, nie czuję się tu jak gospodarz.

Zrobiło się bardzo cicho. Tylko zegar w przedpokoju tykał w tej nieznośnej ciszy.

– Nie jestem twoim wrogiem, wbrew temu, co sobie wymyśliłeś – dodałam łagodniej. – Ja po prostu chcę dla was dobrze. I dla mojego wnuka.

– Może jakby pani mniej chciała, to by nam się lepiej żyło – syknął, już bez udawania.

– Może. A może po prostu czas dorosnąć, zięciu.

Córka tylko spuściła wzrok.

– Mamo, odprowadzę cię do windy.

Gdy drzwi się zamknęły, usłyszałam jeszcze przytłumione słowa zięcia:

– Widzisz? Zawsze musi mieć ostatnie zdanie.

Stałam w windzie i czułam, jak drżą mi ręce – z żalu, złości i tej okropnej bezsilności.

Dla mnie liczy się tylko dobro tej rodziny

Przez kilka dni nie odbierałam telefonu od córki. Potrzebowałam oddechu, by ochłonąć po tej bezsensownej kłótni. W końcu to ona zadzwoniła pierwsza, z głosem tak cichym, jakby miała zaraz się rozpłakać.

– Mamo, proszę, przyjedź. Mały pyta o ciebie co godzinę, a ja… nie daję sobie rady.

Zgodziłam się, choć w środku wszystko mi się burzyło. Po drodze powtarzałam sobie, że jadę tam tylko dla wnuka. Weszłam do mieszkania. Zięć siedział przy stole, udając skupienie. Córka krzątała się nerwowo po kuchni, a wnuk rzucił mi się na szyję z radością.

– Babciu, zrobisz mi racuchy?

– Zrobię, kochanie. – Uśmiechnęłam się, próbując ignorować miny zięcia.

W końcu nie wytrzymał i odezwał się z kuchni:

– Może pani zechce jeszcze przejąć moje obowiązki? Odbieranie małego z przedszkola, sprzątanie, a może rozliczenia podatkowe? Skoro już jest pani niezastąpiona…

Córka podeszła do niego ze zmęczonym wyrazem twarzy.

– Przestań, dobrze? Mamo, nie zwracaj na niego uwagi.

Odwróciłam się do zięcia, spokojna bardziej niż się spodziewałam.

– Słuchaj, nie jestem tu po to, żeby kogokolwiek wyręczać. Pomagam, bo chcę, nie z przymusu. A twoje złośliwości możesz zachować dla siebie. Dla mnie liczy się tylko dobro tej rodziny, choć czasem mam wrażenie, że tylko ja o to walczę.

On spojrzał na mnie z przekąsem.

– Czasem mam wrażenie, że bez pani nic tu nie istnieje. Tylko że, wie pani, ja się na taki układ nie pisałem.

Córka zacisnęła usta.

– To, na jaki się pisałeś? Na taki, że ja wszystko robię, a ty się obrażasz?

– To nie tak! – żachnął się zięć. – Po prostu… nie potrafię już udawać, że wszystko mi pasuje.

Poczułam, jak opadają ze mnie resztki gniewu. Spojrzałam na wnuka, który patrzył na nas przestraszonymi oczami.

– Może wszyscy udajemy, i to od dawna – powiedziałam cicho.

Wtedy córka po raz pierwszy od dawna przytuliła mnie mocno.

Chciałbym, żeby było normalniej

Kiedy tamtego wieczoru wracałam do siebie, czułam głównie zmęczenie, a nie satysfakcję. Moje życie toczyło się teraz między dwoma światami – własnym spokojem i tym zamętem, który zastawałam za drzwiami córki. Przez kolejne dni nie dzwoniłam, nie pisałam. Nie wiedziałam, co powinnam dalej zrobić. Czasem lepiej dać ludziom ochłonąć, niż ciągnąć sprawy na siłę. To córka odezwała się pierwsza. Przyszła sama, z siatką jabłek.

– Mamo, wiem, że nie zawsze jest łatwo. Ani ze mną, ani z nim. Ale ty jesteś nam potrzebna. – Westchnęła głęboko. – Rozmawiałam z nim.

Powiedział, że może nie potrafi się dogadać, ale nie chce, żebyś przestała przychodzić. Po prostu, chyba za dużo w nas wszystkich nerwów i niezrozumienia. Zadzwonił telefon – dzwonił zięć. Nie pamiętam, kiedy ostatnio do mnie zadzwonił.

– Dzień dobry… Przepraszam, jeśli byłem niemiły ostatnio. Może faktycznie czasem przesadzam. – Jego głos był cichy, jakby niepewny.

– No, świat się kończy, synku, przepraszasz starą teściową! – rzuciłam pół żartem, pół serio.

– Nie jestem aż taki zły, jak pani myśli. – Udało mu się nawet zażartować.

– Może i nie, ale masz czasem minę, jakbyś zaraz chciał się pod ziemię zapaść.

Usłyszałam w słuchawce cichy śmiech.

– Chciałbym, żeby było normalniej. Żebyśmy się nie kłócili o głupoty. Nie wiem, jak to zrobić, ale… chcę spróbować.

Spojrzałam na córkę, która kiwnęła głową, jakby dodawała mi odwagi.

– Ja też chcę. Chociaż nie obiecuję, że przestanę przynosić sernik.

– Oby był lepszy niż ostatnio – rzucił zięć, a w jego głosie pierwszy raz od dawna zabrzmiało coś na kształt żartu, nie drwiny.

Nie wiem, co będzie dalej. Pewnie nic nie zmieni się od razu. Może nigdy nie będziemy rodziną z reklam, ale przynajmniej próbujemy. A to już coś.

Maria, 62 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama