atoms.adSlot.adLabel

Siedziałam naprzeciwko niego, a moje dłonie pociły się tak bardzo, że bałam się dotknąć idealnie wypolerowanego blatu jego biurka. Tomasz, dyrektor naszego pionu, patrzył na mnie tym swoim charakterystycznym wzrokiem drapieżnika, który właśnie zapędził ofiarę w kozi róg. Przesunął w moją stronę teczkę z napisem „Poufne”, a w jego oczach nie było ani krzty ciepła, tylko chłodna kalkulacja. Warunek mojego awansu był prosty, choć niewypowiedziany wprost: Ania musiała polec. Moja Ania, z którą od pięciu lat dzieliłam biurko, kawę i sekrety o problemach małżeńskich.

Przyjaźń stałą się słabością

Praca w dużej agencji reklamowej w centrum Warszawy to marzenie wielu, ale rzeczywistość dla nielicznych. Kiedy zaczynałam tu pięć lat temu, byłam pełna ideałów. Wierzyłam w kreatywność, w siłę zespołu, w to, że ciężka praca broni się sama. Szybko jednak zrozumiałam, że szklane ściany biurowca skrywają świat, w którym zasady fair play są tylko pustym sloganem do wpisania w stopkę maila.

Anię poznałam w pierwszym tygodniu pracy. Była inna niż reszta tych, jak ich nazywałam w myślach, „rekinów w garniturach”. Przyniosła mi herbatę, gdy po raz pierwszy zawiesił mi się system, i pomogła odzyskać niezapisaną prezentację, choć sama miała mnóstwo roboty. Z czasem stałyśmy się nierozłączne. Wiedziała, że mój mąż, Paweł, ma problemy w pracy (temat, którego unikałam jak ognia w rozmowach z kimkolwiek innym), a ja wiedziałam, że ona samotnie wychowuje córkę i każda premia to dla niej być albo nie być.

Nasza relacja była bezpieczną przystanią na tym wzburzonym morzu deadline'ów i stresu. Aż do momentu, gdy w firmie pojawił się Tomasz. Przyszedł z zewnątrz, z reputacją człowieka, który „dowozi wyniki” za wszelką cenę. Od początku czułam, że jego styl zarządzania opiera się na dzieleniu i rządzeniu. Nie myliłam się. Szybko zaczął tworzyć obozy, faworyzować donosicieli i subtelnie upokarzać tych, którzy mieli czelność mieć własne zdanie. Ania, ze swoją szczerością i niechęcią do biurowych intryg, szybko znalazła się na jego celowniku. Ja, ze swoją ambicją i perfekcjonizmem, stałam się potencjalnym narzędziem.

Czułam pismo nosem

To był deszczowy wtorek. Atmosfera w biurze była gęsta, bo zbliżał się termin kluczowego przetargu dla giganta farmaceutycznego. Wygrana w tym projekcie oznaczała dla firmy miliony, a dla prowadzącego zespół – bilet do pierwszej ligi i premię, która mogłaby rozwiązać wszystkie moje problemy finansowe. A tych ostatnio nie brakowało. Długi rosły, a bank coraz częściej wysyłał monity. Byłam zmęczona, sfrustrowana i przerażona wizją komornika pukającego do drzwi.

– Natalia, podejdź do mnie na chwilę – rzucił Tomasz, mijając moje biurko. Nawet się nie zatrzymał.

Weszłam do jego gabinetu, zamykając za sobą ciężkie, szklane drzwi. Tomasz stał przy oknie, patrząc na panoramę miasta. Nie odwrócił się od razu. To była jedna z jego gierek – budowanie napięcia.

Wiesz, że cenię lojalność, prawda? – zapytał w końcu, siadając w swoim fotelu. – Widzę w tobie potencjał. Jesteś ostra, konkretna. Nie to co... niektórzy.

Wiedziałam, o kogo chodzi. Ania była liderką drugiego zespołu, który konkurował z moim wewnątrz firmy o ten sam projekt. Zarząd miał wybrać lepszą koncepcję w piątek.

– Dziękuję – odpowiedziałam ostrożnie.

Chcę, żebyś przejęła ten dział po przetargu. Widzę cię na stanowisku Senior Managera. Podwyżka o czterdzieści procent, samochód służbowy, pakiet akcji – mówił to lekkim tonem, jakby zamawiał kawę.

Serce zabiło mi mocniej. Czterdzieści procent. To by oznaczało koniec problemów z kredytem. Mogłabym wysłać mamę do sanatorium. Mogłabym wreszcie odetchnąć.

– Ale? – zapytałam, bo wiedziałam, że zawsze jest jakieś „ale”.

Tomasz uśmiechnął się, ale ten uśmiech nie dotarł do jego oczu.

– Ale muszę mieć pewność, że jesteś gotowa robić to, co konieczne dla dobra firmy. Projekt Ani... jest ryzykowny. Jeśli ona go wygra, a potem polegnie przy realizacji, stracimy klienta. Nie możemy do tego dopuścić.

Propozycja była jasna

– Co mam zrobić? – mój głos był cichy, niemal obcy.

Tomasz pochylił się nad biurkiem.

– Masz dostęp do jej dysku sieciowego, prawda? Współpracowałyście przy analizie rynku. W jej prezentacji są dane dotyczące grupy docelowej. Kluczowe dane. Wiem, że Ania nie zrobiła jeszcze kopii zapasowej na zewnętrznym serwerze, bo ufa systemowi. Wystarczy mała... korekta. Błąd w obliczeniach. Przecinek w złym miejscu. Coś, co wyjdzie dopiero podczas prezentacji przed zarządem.

Zrobiło mi się niedobrze. Chciał, żebym sabotowała jej pracę. Żebym podłożyła jej świnię w najważniejszym momencie jej kariery. Ania pracowała nad tym projektem nocami. Widziałam jej podkrążone oczy. Wiedziałam, ile serca w to wkłada.

– Jeśli jej prezentacja okaże się niespójna, zarząd odrzuci jej kandydaturę z automatu. Twój projekt wejdzie jako jedyny logiczny wybór. Ty wygrywasz, firma jest bezpieczna, a Ania... cóż, może to będzie dla niej lekcja, że trzeba być dokładniejszym.

– To sabotaż – powiedziałam.

– To biznes – poprawił mnie chłodno. – Masz czas do jutra rana. Przemyśl to. Takie szanse nie zdarzają się często. A słyszałem, że twoja sytuacja finansowa jest... napięta.

Zamarłam. Wiedział o długach? Skąd? Czy inwigilował pracowników, czy po prostu plotki rozchodziły się szybciej niż myślałam?

Widziałąm tylko pieniądze

Wyszłam z jego gabinetu na miękkich nogach. Wróciłam do biurka. Ania siedziała naprzeciwko, wpatrzona w monitor, zagryzając wargę. To był jej nawyk, gdy się mocno skupiała.

– Hej, wszystko okej? – zapytała, podnosząc wzrok. – Tomasz znowu cię męczył o te raporty kwartalne?

Spojrzała na mnie z taką troską, z taką bezinteresowną życzliwością, że miałam ochotę zwymiotować.

– Tak, standardowe marudzenie – skłamałam, siadając i włączając komputer.

Przez resztę dnia biłam się z myślami. Z jednej strony miałam Anię – moją przyjaciółkę, matkę samotnie wychowującą dziecko, osobę, która pożyczyła mi pieniądze na naprawę auta, gdy byłam pod kreską, i nigdy nie upomniała się o zwrot. Z drugiej strony była wizja wolności finansowej. Koniec telefonów z banku. Koniec kłótni z mężem o każdą wydaną złotówkę. Stabilizacja. Kariera.

Wieczorem w domu było jeszcze gorzej. Paweł znowu był w kiepskim nastroju.

– Dzwonili z administracji, zalegamy za dwa miesiące czynszu – mruknął, nie odrywając wzroku od telewizora. – Masz jakieś wieści o tej premii?

Zacisnęłam zęby.

– Pracuję nad tym – rzuciłam i poszłam pod prysznic, żeby nie widział moich łez.

Pod prysznicem, w strugach gorącej wody, układałam w głowie plan. To tylko jeden plik. Jedna mała zmiana. Ania jest zdolna, znajdzie inną pracę. A ja? Ja mogę stracić wszystko, jeśli nie wykorzystam tej szansy. Przecież w korporacjach to norma. Ludzie robią sobie gorsze świństwa. Tomasz ma rację – to tylko biznes.

Pamiętam, jak mnie ratowała

W nocy nie mogłam spać. Przewracałam się z boku na bok, a przed oczami miałam scenę sprzed trzech lat. Popełniłam wtedy fatalny błąd w zamówieniu mediowym. Firma mogła stracić kilkadziesiąt tysięcy złotych. Byłam przerażona, myślałam, że wylecę z wilczym biletem.

Ania siedziała wtedy ze mną do trzeciej nad ranem. Odkręcałyśmy wszystko, mail po mailu, telefon po telefonie. Użyła swoich kontaktów w domach mediowych, żeby anulować rezerwacje bez kar. Kiedy rano szef zapytał, czy wszystko gotowe, Ania powiedziała tylko: „Tak, Natalia dopięła wszystko na ostatni guzik”. Nigdy nie przypisała sobie zasługi za uratowanie mi tyłka. Nigdy nikomu o tym nie powiedziała.

Leżąc w ciemności, uświadomiłam sobie, że Tomasz nie prosił mnie o sprawdzenie moich kompetencji. On testował mój kręgosłup moralny. Chciał wiedzieć, czy jestem taka jak on. Czy można mnie kupić. Czy jestem w stanie zniszczyć kogoś bliskiego dla własnej korzyści.

Wstałam o czwartej rano. Zalogowałam się do systemu zdalnie. Otworzyłam folder Ani. Kursor pulsował na ekranie, jakby odliczał czas do wybuchu bomby. Znalazłam plik z budżetem. Wystarczyło zmienić jedną kolumnę. Zamienić walutę z euro na złotówki przy kosztach produkcji zagranicznej. Wyglądałoby to na amatorski błąd, który rozsadziłby cały kosztorys.

Moja ręka zawisła nad klawiaturą. Wyobraziłam sobie twarz Ani podczas prezentacji. Jej zakłopotanie. Szyderczy uśmiech Tomasza. A potem wyobraziłam sobie siebie, odbierającą gratulacje i kluczyki do nowego auta, wiedząc, że zapłaciłam za nie zdradą. Zrobiłam coś innego. Przejrzałam jej prezentację. Znalazłam jedną literówkę na slajdzie tytułowym. Poprawiłam ją. Wylogowałam się.

Wystarczyła jedna sekunda

Piątek, godzina 10:00. Sala konferencyjna. Powietrze było tak gęste, że można je było kroić nożem. Zarząd siedział w komplecie. Tomasz siedział na końcu stołu, bawiąc się długopisem. Kiedy weszłam, posłał mi pytające spojrzenie. Delikatnie skinęłam głową. Zobaczyłam, jak jego ramiona się rozluźniają. Myślał, że go posłuchałam.

Ania wstała do prezentacji. Była zdenerwowana, ale przygotowana. Zaczęła mówić. Slajd po slajdzie omawiała strategię. Czekałam na moment, w którym dojdzie do budżetu. Tomasz też czekał. Pochylił się do przodu, gotowy, by zadać to jedno, mordercze pytanie o koszty, które – jak sądził – będą błędne.

– A teraz przejdźmy do estymacji kosztów – powiedziała Ania, przełączając slajd.

Na ekranie wyświetliła się tabela. Liczby były perfekcyjne. Euro tam, gdzie powinno być euro. Złotówki tam, gdzie złotówki. Wszystko się sumowało. Strategia była błyskotliwa, a budżet realistyczny i bezpieczny.

Kątem oka spojrzałam na Tomasza. Jego twarz stężała. Długopis, którym się bawił, pękł w jego palcach z cichym trzaskiem. Spojrzał na mnie z furią, jakiej nigdy wcześniej u nikogo nie widziałam. To nie była złość szefa. To była nienawiść człowieka, który został ograny w swoją własną grę.

– Dziękuję, pani Anno – powiedział prezes, gdy skończyła. – To jedna z najlepszych analiz, jakie widzieliśmy w tym roku. Bardzo solidna robota.

Moja kolej przyszła później. Wygłosiłam swoją prezentację. Była dobra, profesjonalna, ale wiedziałam, że koncepcja Ani ma w sobie więcej świeżości. Wiedziałam, że przegram ten przetarg. I tak się stało. Godzinę później ogłoszono decyzję. Zespół Ani dostał projekt.

Lojalność ma swoją cenę

Gdy wychodziliśmy z sali, Tomasz zatrzymał mnie w korytarzu.

– Popełniłaś błąd życia – syknął mi do ucha. – W tej branży nie ma miejsca dla sentymentalnych osób. Jesteś skończona w tym dziale.

– Może i tak – odpowiedziałam, patrząc mu prosto w oczy. Po raz pierwszy od dawna nie czułam strachu. – Ale przynajmniej mogę patrzeć w lustro bez obrzydzenia. A ty?

Odszedł bez słowa. Przez kolejne dwa miesiące Tomasz robił wszystko, żeby mnie złamać. Dostawałam najgorsze projekty, nierealne terminy, byłam pomijana przy mailach. Ja już szukałam innej pracy. Tydzień temu złożyłam wypowiedzenie. Mam nową ofertę, w mniejszej firmie, za nieco mniejsze pieniądze, ale z ludźmi, którzy uśmiechają się szczerze. A długi? Cóż, będziemy je spłacać powoli. Paweł w końcu poszedł na terapię, co jest dla mnie ważniejsze niż jakakolwiek premia.

Wczoraj spotkałam się z Anią na kawie. Awansowała, ale jest zmęczona. Tomasz wciąż jest jej szefem i widzę, że szuka na nią haka.

– Wiesz co? – powiedziała, mieszając latte. – Wtedy, przy tym przetargu... Przez chwilę bałam się, że coś jest nie tak z plikami. Ktoś logował się na mój profil w nocy. IT mi powiedziało.

Zamarłam z filiżanką przy ustach.

– Ale nic nie zginęło – dodała, patrząc na mnie uważnie. – Wręcz przeciwnie. Ktoś poprawił literówkę w tytule. Tylko ty wiedziałaś, że mam dysleksję i panicznie się boję takich błędów.

Uśmiechnęła się, a ja poczułam, jak ogromny ciężar spada mi z serca.

– Dzięki – szepnęła. – Za wszystko.

Nie dostałam awansu. Nie dostałam premii, która odmieniłaby moje życie z dnia na dzień. Ale kiedy wracam do domu i patrzę na moją twarz w odbiciu szyby autobusu, nie widzę kogoś, kto sprzedał przyjaciela. I to jest warte każdych pieniędzy. Tomasz myślał, że każdy ma swoją cenę. I miał rację. Moją ceną była pewność, że w świecie wilków pozostałam człowiekiem.

Natalia, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


atoms.adSlot.adLabel
atoms.adSlot.adLabel
atoms.adSlot.adLabel