„Mój syn to leser i utrzymuję go od 40 lat. Zdziwi się, gdy zamknę oczy na wieczność, a on zostanie sam”
„Zaczęłam porządkować dokumenty. Nie dlatego, że nagle stałam się pedantką. Robiłam to z lęku. Przeglądałam umowy, rachunki, papiery od mieszkania. Wyobrażałam sobie, że pewnego dnia mnie zabraknie, a on zostanie sam z rzeczywistością, której nawet nie znar”.

Miałam w życiu wiele ról, lecz żadna nie wgryzła mi się w skórę tak mocno jak rola matki syna, który nigdy nie dorósł. Przez czterdzieści lat nosiłam go na plecach: najpierw dosłownie, potem finansowo, emocjonalnie, wreszcie zwyczajnie życiowo. Z każdym rokiem coraz bardziej wierzyłam, że jeszcze się ogarnie, że wydarzy się coś, co go popchnie do działania. Zamiast tego w moim mieszkaniu rósł dorosły mężczyzna, który traktował mnie jak stały etat. Ostatnio zaczęłam myśleć o śmierci częściej niż o jutrze.
Czas stanął w miejscu
Zawsze mówiłam sobie, że to tylko przejściowy etap. Gdy miał osiemnaście lat i nie dostał się na studia, tłumaczyłam go stresem, zmęczeniem, złą komisją. Gdy miał dwadzieścia pięć i wciąż nie potrafił utrzymać się w żadnej pracy, obwiniałam pracodawców. Gdy przekroczył czterdziestkę, już nie było kogo obwiniać poza mną.
Mieszkał w swoim dawnym pokoju, jakby nigdy nie wyszedł z dzieciństwa. Na półkach wciąż stały stare modele samochodów, tylko że obok nich leżały puste kubki po kawie i sterty rachunków, których nie płacił, bo przecież nie miał z czego. Rano wstawał późno, jadł, narzekał na świat i siadał do komputera. W jego opowieściach miał „plany” i „projekty”, choć ja widziałam głównie scrollowanie i obietnice bez końca.
Kiedyś próbowałam delikatnie, potem ostrzej. W końcu pewnego dnia powiedziałam, że muszę zacząć myśleć o sobie, bo mam swoje lata. Wtedy zaśmiał się, jakbym powiedziała coś zabawnego.
– Mamo, przestań dramatyzować. Przecież ja ci pomagam.
– W czym mi pomagasz? – zapytałam, czując, że robi mi się gorąco.
– No… jestem. Nie jesteś sama.
To „jestem” brzmiało jak wyrok. Jakby sama jego obecność była moim obowiązkiem, a nie łaską.
Zjada moje oszczęności
Zaczęłam odkładać pieniądze po cichu. Nie dla niego, tylko dla siebie, na czarną godzinę, na leki, na spokój. Wkładałam banknoty do słoika po kawie i chowałam go głęboko w szafie. Myślałam, że nie zauważy. Przecież nigdy niczego nie zauważał, jeśli nie dotyczyło jego wygody. Aż pewnego popołudnia wróciłam z apteki i usłyszałam szuranie w sypialni. Weszłam cicho i zobaczyłam go przy mojej szafie. Stał z tym słoikiem w dłoni, jakby trzymał dowód mojej zdrady.
– Co ty robisz? – mój głos był cichy, lecz tak napięty, że aż mnie zabolało gardło.
– A to co? – podniósł słoik. – Ukrywasz przede mną kasę?
– To moje pieniądze. Odkładałam na leki i rachunki.
– Czyli nie ufasz mi. Super, mamo.
Nie przeprosił. Nie speszył się. Najpierw był oburzony, potem obrócił wszystko w swoją krzywdę.
– Oddaj to – powiedziałam twardo.
– Spokojnie. Pożyczę tylko trochę. Oddam, jak stanę na nogi.
Powiedział to tak pewnie, jakby „stanę na nogi” było kwestią tygodnia, a nie czterech dekad. Słoik postawił na biurku i wyszedł, zostawiając mnie w pokoju z poczuciem, że coś we mnie zgasło. Nie krzyczałam. Wtedy jeszcze wierzyłam, że krzyk coś zmieni.
Nie umiałam być spokojna
Dwa tygodnie później trafiłam do przychodni z kołataniem serca. Lekarz mówił łagodnie, używał słów, które brzmiały jak ostrzeżenia owinięte w watę. Nadciśnienie, serce, stres, odpoczynek. Gdy wyszłam, miałam w torebce receptę i w głowie jedno zdanie: „muszę się chronić”. W domu zastałam go na kanapie, z pilotem w dłoni i pustym talerzem na stole.
– Co na obiad? – zapytał, nawet na mnie nie patrząc.
– Byłam u lekarza – odpowiedziałam.
– No i?
– Mam problemy z sercem. Muszę się mniej denerwować.
– To się nie denerwuj – rzucił, jakby chodziło o wybór koloru bluzki.
Usiadłam wtedy naprzeciw niego. Zobaczyłam jego twarz: dorosłą, zmęczoną, a jednocześnie wciąż dziecinną w tej roszczeniowości. Poczułam, że jestem jak sprzątaczka w cudzym życiu.
– Nie dam rady tak dalej – powiedziałam.
– Co ty znowu wymyślasz?
– Musisz znaleźć pracę. Jakąkolwiek.
– Pracę? A kto mnie zatrudni? Wszystko jest ustawione.
– Ty nawet nie próbujesz!
– Próbuję, tylko mi nie wychodzi.
Jego głos był spokojny. Mój drżał. I wtedy zrozumiałam coś strasznego: on miał komfort przegrywania, bo ja płaciłam za jego porażki.
Bałam się tej rozmowy
Zaczęłam porządkować dokumenty. Nie dlatego, że nagle stałam się pedantką. Robiłam to z lęku. Przeglądałam umowy, rachunki, papiery od mieszkania. Wyobrażałam sobie, że pewnego dnia mnie zabraknie, a on zostanie sam z rzeczywistością, której nawet nie zna. Usiadłam z nim przy stole. Położyłam przed nim koperty i segregator.
– Musisz wiedzieć, ile kosztuje życie – powiedziałam. – Opłaty, jedzenie, leki.
– Po co mi to? – prychnął.
– Bo ja nie będę żyła wiecznie.
Podniósł wzrok. Przez moment zobaczyłam w nim coś jak strach, lecz zaraz przykrył go złością.
– Nie mów tak.
– Muszę. Słuchaj, jeśli mnie zabraknie, nie masz żadnych oszczędności, żadnej pracy, żadnych składek. Z czego będziesz żył?
– Jakoś sobie poradzę.
To „jakoś” bolało bardziej niż wyzwisko. Zmęczyłam się.
– Nie poradzisz sobie, jeśli nie zaczniesz teraz.
– A ty co, chcesz mnie wyrzucić?
– Chcę, żebyś przeżył.
Wstał gwałtownie, krzesło zaskrzypiało.
– Przestań robić ze mnie nieudacznika!
– Ty sam to robisz, codziennie!
Po tych słowach poczułam, że posunęłam się za daleko. On wyszedł trzaskając drzwiami do pokoju, a ja zostałam przy stole z papierami, które wyglądały jak plan ucieczki, tylko że ja nie miałam dokąd uciekać.
Sąsiedzi, którzy wiedzieli lepiej
Na klatce zaczęłam słyszeć szepty. Sąsiadka z dołu pytała, czy wszystko u mnie dobrze, bo widziała, że ciężko wnoszę zakupy. Ktoś z góry rzucił, że „taki duży chłop, a matka sama dźwiga”. Wstyd mieszał mi się ze złością, a złość z poczuciem winy. Pewnego dnia spotkałam sąsiada, który zawsze mówił prosto z mostu.
– Pani Halino, to nie jest już syn. To lokator.
– To moje dziecko – odpowiedziałam odruchowo.
– Dziecko ma czterdzieści lat. To jest dorosły facet, a pani go karmi jak pisklę.
Zabolało, bo mówił prawdę. Wróciłam do mieszkania i zobaczyłam syna w kuchni. Siedział, jadł kanapkę i przeglądał telefon.
– Musimy ustalić zasady – powiedziałam.
– Jakie zasady? – mruknął, nie odrywając wzroku od ekranu.
– Płacisz część rachunków. Szukasz pracy. Pomagasz mi.
– Skąd mam wziąć pieniądze na rachunki?
– Z pracy.
– Ty nic nie rozumiesz.
To zdanie doprowadziło mnie do granicy. Stałam w tej kuchni i miałam wrażenie, że rozmawiam z kimś obcym.
– Rozumiem aż za dobrze – wyszeptałam. – Rozumiem, że zbudowałam ci życie bez wysiłku. I teraz ty nie umiesz żyć wcale.
Będzie zaskoczony
Zaczęłam pisać testament. Nie było w nim wielkich majątków, jedynie mieszkanie, kilka oszczędności, trochę rzeczy po moich rodzicach. Najtrudniejsze było nie to, komu co zostawić, tylko jak zostawić syna z prawdą, której nigdy nie chciał słuchać.
Nie powiedziałam mu od razu. Trzymałam dokumenty w szufladzie, jakby sam fakt ich istnienia miał mnie zabezpieczyć. Z czasem zauważyłam jednak, że żyję w napięciu, w czekaniu na kolejny dzień, w którym znów będę musiała go ratować: przed brakiem pieniędzy, przed konsekwencjami, przed dorosłością.
Pewnego wieczoru usiadłam w salonie, a on wszedł i zapytał, czemu nie ma kolacji. Spojrzałam na niego i poczułam niespodziewany spokój. Nie ciepły, raczej chłodny, ale wyraźny. Zrozumiałam, że jeśli dalej będę go osłaniać, to umrę z poczuciem, że zrobiłam mu krzywdę, choć całe życie myślałam, że robię dobrze.
– Nie zrobiłam kolacji – powiedziałam.
– No świetnie. To co mam jeść?
– To, co sobie zrobisz.
Patrzył na mnie, jakby pierwszy raz widział, że mogę powiedzieć „nie”. W jego oczach pojawiła się wściekłość, potem bezradność, jak u dziecka, któremu zabrano zabawkę.
– Ty się zmieniłaś – rzucił.
– Zmęczyłam się – odpowiedziałam. – Wychowałam cię, teraz ty musisz wychować siebie.
Nie wiem, czy cokolwiek zrozumiał. Wiem tylko, że tej nocy po raz pierwszy od lat zasnęłam bez lęku, że jutro znów będę jego jedynym planem. Zdziwi się, kiedy odejdę, jeśli wcześniej się nie obudzi. Może to będzie jego pierwsza prawdziwa lekcja życia, spóźniona, ale jedyna, jaką jeszcze mogę mu zostawić.
Halina, 67 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Miałam spędzić sylwestra z byłym dla dobra dziecka. Nie przypuszczałam, że to może być tak cudowna noc”
- „Kiedy żona bierze moją kartę, mogę pożegnać się z wypłatą. Wydaje pieniądze na takie bzdury, że włos się jeży”
- „Teściowa myślała, że po ślubie będę żyć pod jej dyktando. To moja sprawa, jak dbam o męża i swój dom”

