Reklama

Gdy Grzesiek powiedział, że jedzie w góry dorobić jako instruktor narciarstwa, byłam z jednej strony dumna, a z drugiej pełna obaw. Nasz jedyny syn – zawsze rozsądny, odpowiedzialny, a jednak dla mnie wciąż trochę „maminsynek” – miał spędzić dwa miesiące daleko od domu. Przekonywał, że to dobra okazja, by zarobić na studia i nauczyć się samodzielności. Pakował się z entuzjazmem, ja ukradkiem ocierałam łzy. Pożegnanie na dworcu było krótkie, ale bolesne. Nie sądziłam wtedy, że ten wyjazd zmieni nie tylko jego, ale i całe nasze życie.

Pożegnanie na peronie

– No, mamo, daj już spokój, przecież nie wyjeżdżam na koniec świata – Grzesiek próbował się uśmiechać, ale widziałam, że jemu też nie jest łatwo.

Stał na peronie z plecakiem większym od siebie, w kurtce, którą razem wybieraliśmy tydzień wcześniej w galerii. Pociąg miał ruszyć za kilka minut. Na dworcu było zimno i tłoczno, ale ja czułam tylko ściśnięcie w żołądku i drżenie rąk. Chciałam powiedzieć coś mądrego, coś, co zostanie mu w pamięci, ale w głowie miałam pustkę.

– Jedziesz tam jako pracownik, nie turysta. Uważaj na siebie. I nie daj się naciągnąć – rzucił jego ojciec tonem niby twardym, ale oczy miał szkliste.

Grzesiek skinął głową. Spojrzał na nas, potem na zegar. Uścisnął mnie mocno. Za mocno, jak na kogoś, kto „nie wyjeżdża na koniec świata”.

Kocham was – szepnął i wsiadł do pociągu.

Zniknął w tłumie, a ja długo jeszcze patrzyłam za składem, który sunął po torach. Staliśmy z mężem jak wryci, aż wiatr zaczął nas przeszywać do kości. Nie odezwaliśmy się do siebie w drodze do auta. Było cicho. Za cicho.

Telefony z gór

Pierwszy telefon przyszedł już następnego dnia wieczorem. Głos Grześka był podekscytowany, szybki, urywany.

– Mamo, nawet nie wiesz, jak tu pięknie! Góry całe w śniegu, ludzie mili, a ośrodek – bajka! Mam pokój z dwoma chłopakami z Krakowa. Fajni są, już się dogadaliśmy.

Słuchałam uważnie, chłonąc każde słowo, jakby od tego zależało moje przetrwanie. Był szczęśliwy, a to dla mnie było najważniejsze. Powstrzymałam się, by nie dopytywać, czy ciepło się ubiera, czy je śniadania, czy na pewno nie wychodzi bez czapki. Z kolejnymi dniami dzwonił rzadziej, czasem tylko krótki SMS: „Wszystko OK, padam ze zmęczenia”. Pracował od rana do wieczora, uczył dzieciaki z Warszawy jeździć na nartach, biegał między stokiem a wypożyczalnią.

W jednej z rozmów wspomniał o kimś nowym.

– Poznałem tu taką dziewczynę, Hanię. Też jest instruktorką. Fajna, normalna, trochę zakręcona.

Zacisnęłam zęby. Nie chciałam być jedną z tych matek, które panikują na wieść, że ich syn z kimś się spotyka. Uśmiechnęłam się tylko.

To dobrze, że masz tam kogoś bliskiego – powiedziałam cicho.

A potem przez długą chwilę wpatrywałam się w pusty ekran telefonu, zastanawiając się, czy naprawdę jestem gotowa, by przestać być tą najbliższą kobietą w jego życiu.

Przydarzyła mu się kontuzja

Telefon zadzwonił o szóstej rano. Nikt nie dzwoni o tej porze bez powodu. Zerwałam się jak oparzona, z sercem bijącym jak młot.

– Mamo… tylko się nie denerwuj – usłyszałam głos Grześka, ale coś było z nim nie tak. Brzmiał dziwnie płasko, bez swojego zwykłego entuzjazmu.

– Co się stało?! – zawołałam. – Grzesiek?!

– Miałem wypadek. Na stoku. Trochę się zagapiłem, zjeżdżałem za szybko, no i… ręka. Złamana.

Ścisnęło mnie w piersi.

– Ręka? Która ręka? Jesteś w szpitalu?

– Lewa. Leżę w pensjonacie, kazali mi odpoczywać. Nie panikuj, serio. Hania ze mną została, ogarnia wszystko.

Nie wiedziałam, czy płakać, czy krzyczeć. Mój syn, trzysta kilometrów od domu, a ja mogłam jedynie siedzieć na brzegu łóżka i trzymać telefon w dłoni.

Chcesz, żebym przyjechała? – zapytałam, chociaż serce krzyczało „jadę teraz!”.

– Nie trzeba. Za kilka dni i tak wracam. I… coś jeszcze. Pogadamy, jak będę.

Głos miał inny. Zawieszony gdzieś między niepokojem a euforią.

– Grzesiek, co ty mi znowu kombinujesz? – spytałam cicho.

– Mamo… zobaczysz – odparł tylko.

Wrócił nie sam

Grzesiek wysiadł z busa powoli, ostrożnie. Na lewym ramieniu miał temblak, a przy nim szla dziewczyna. Smukła, z burzą ciemnych włosów, w kolorowej czapce i z uśmiechem, który od razu przykuł moją uwagę. Pomagała mu z bagażem, śmiejąc się z czegoś, co mu właśnie szepnęła.

– Mamo! – zawołał, gdy nas zobaczył. – To Hania.

Podeszli do nas. Uśmiechnęłam się, ale w środku czułam się jakby ktoś wyrwał mi kawałek serca.

– Dzień dobry, bardzo mi miło – powiedziała dziewczyna, wyciągając rękę. – Trochę mu musiałam pomóc w drodze, ale nie narzekał.

Grzesiek się zarumienił. W samochodzie było jakoś cicho. Mąż prowadził, ja z tyłu co chwilę zerkałam na syna. Rękę miał unieruchomioną, ale uśmiech nie schodził mu z twarzy. Hania siedziała obok, swobodnie, jakby była z nami od dawna. Rozmawiała z nami lekko, bez spięcia, zupełnie jakby to był naturalny ciąg wydarzeń.

Tylko ja czułam się dziwnie – jakbym coś przegapiła, jakby coś miało się wydarzyć, czego jeszcze nie rozumiałam. Grzesiek w domu od razu powiedział, że Hania u nas przenocuje. „Na kanapie, tylko dwie noce” – rzucił. A ja, bez większego namysłu, przytaknęłam.

Nieplanowana niespodzianka

Drugiego wieczoru, po kolacji, Grzesiek poprosił, żebyśmy usiedli razem w salonie. Usiadł obok Hani, poprawiając kontuzjowaną rękę, i spojrzał na nas z tym swoim spojrzeniem, które pamiętałam z dzieciństwa – kiedy coś przeskrobał, ale wierzył, że go zrozumiemy.

– Mamo, tato… chcemy wam coś powiedzieć – zaczął.

Nie odezwałam się. W gardle miałam sucho, a w brzuchu dziwny ucisk.

– Hania jest w ciąży – dokończył.

Mąż zamarł. Ja najpierw nie zrozumiałam. Chyba nawet się zaśmiałam, myśląc, że to głupi żart. Ale Hania nie żartowała. Spuściła wzrok, trzymając Grześka za dłoń.

– To nie było planowane – powiedziała cicho. – Ale… nie uciekamy od tego. Jesteśmy razem. I chcemy, żebyście wiedzieli pierwsi.

Nie pamiętam, co powiedziałam wtedy. Chyba nic. Mąż wstał i poszedł do kuchni. Słyszałam, jak włącza czajnik. Ja tylko patrzyłam na nich – na mojego syna, który jeszcze chwilę temu był dzieckiem, i na tę drobną dziewczynę, która miała urodzić mu dziecko.

Nagle wszystko się zmieniło. Nasz syn wrócił nie tylko ze złamaną ręką. Wrócił z decyzją, która miała postawić naszą rodzinę na nowym rozdrożu.

Inne plany, inne życie

Minęło kilka miesięcy. Gips już dawno zdjęty, ale ślady po tamtym wyjeździe zostały – nie tylko w kościach. Hania zamieszkała z nami. Na początku miało to być „na chwilę, tylko do porodu”. Dziś już nikt nie mówi o żadnym wyprowadzaniu się.

Mąż długo nie odzywał się do Grześka. Widziałam, jak siedzi wieczorami przy stole, dłubiąc bez sensu łyżką w talerzu, jakby próbował trawić nie obiad, a całą sytuację. Ale z czasem coś w nim pękło. Pewnego dnia wrócił z pracy z pudełkiem małych, kolorowych bucików. Położył je na komodzie i tylko rzucił:

– Na start. Taki prezent od dziadka.

Grzesiek się wtedy popłakał. Ja też. Hania przytuliła go, delikatnie, jakby to on potrzebował ochrony. To nie był planowany scenariusz. Myślałam, że nasz syn wyjedzie, zarobi, wróci, zda egzaminy. Że wszystko będzie po kolei. Tymczasem życie znów pokazało, że nie pyta o zgodę. Przyszłość ułożyła się inaczej, niż sobie wyobrażałam.

Ale patrząc, jak Grzesiek trzyma dłoń na rosnącym brzuchu Hani, wiem jedno – nie ma lepszych planów niż te, które rodzą się z miłości. Nawet jeśli przychodzą nie w porę.

Joanna, 49 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama