„Mój Nowy Rok zaczął się od przymrozku w sercu. Nie zapomnę tego, co w sylwestra zrobił mój mąż”
„Zbliżała się północ. Ktoś włączył odliczanie z telewizji, wszyscy stłoczyli się przy oknie, żeby podziwiać fajerwerki. On podszedł do mnie i wyciągnął rękę, jakby chciał udawać, że wszystko jest normalnie”.

Nowy Rok miał być dla mnie początkiem czegoś lepszego. W poprzednich miesiącach czułam, że coś w naszym małżeństwie się zmienia, ale wmawiałam sobie, że to tylko chwilowe. Praca, stres, rutyna – przecież każdemu może się zdarzyć. Mimo wszystko wierzyłam, że Sylwester przyniesie powiew świeżości, jak dawniej, gdy potrafiliśmy tańczyć razem do rana i śmiać się bez powodu. Przygotowałam kolację, zadbałam o detale, kupiłam nową sukienkę. Chciałam, byśmy znów poczuli się jak my – zakochani, bliscy, bezpieczni. Nie spodziewałam się, że tej nocy wszystko się rozpadnie.
Sukienka miała go oczarować
Od rana krzątałam się po mieszkaniu, jakby ode mnie zależało całe powodzenie tej nocy. Lodówka była pełna, stół nakryty, a w piekarniku dochodziły moje popisowe paszteciki z grzybami. Niby tylko Sylwester, a dla mnie to była szansa – taka ostatnia może – żeby znów poczuć się żoną, a nie współlokatorką.
Kilka dni wcześniej zamówiłam sukienkę, czarną, z delikatnym połyskiem i odkrytymi plecami. Gdy ją mierzyłam, spojrzałam na siebie w lustrze i pierwszy raz od dawna pomyślałam, że nadal mogę się podobać. Że może jemu też zadrży coś w środku, gdy mnie zobaczy.
– Jak wyglądam? – zapytałam z uśmiechem, gdy wszedł do salonu.
– Ładnie – rzucił, nie podnosząc nawet wzroku znad telefonu. – Jedziemy razem czy spotykamy się na miejscu?
– Wolałabym razem – odpowiedziałam zbyt cicho, jak na swoje oczekiwania.
Sylwestra mieliśmy spędzić u znajomych. Nie byłam fanką takich domówek, ale dla niego chciałam spróbować. W aucie milczał. Naciskał coś w telefonie, jakby wszystko inne było ciekawsze ode mnie. A przecież pamiętałam inne wieczory – nasze tańce w kuchni, żarty przy winie, ukradkowe pocałunki.
Wtedy, patrząc na jego obojętność, pomyślałam: może za bardzo się starałam. Może znowu próbuję uratować coś, co już dawno się wypaliło. Nie miałam pojęcia, że to dopiero początek. Że tej nocy jego obojętność będzie moim najmniejszym problemem.
Nie powinien odbierać telefonu
Impreza trwała już w najlepsze. Goście składali sobie życzenia jeszcze przed północą, jakby bali się, że po wybiciu dwunastej stanie się coś, czego nie da się cofnąć. Ja rozmawiałam z Izą, koleżanką z pracy gospodarza, a mój mąż krążył gdzieś między kuchnią a balkonem, jakby nie mógł znaleźć dla siebie miejsca.
W pewnym momencie zauważyłam, że wyszedł z pokoju, trzymając telefon przy uchu. Zamarł na moment w przedpokoju, spojrzał na ekran, jakby się wahał, a potem cicho wyszedł na klatkę. Od razu poczułam niepokój. Przez kilka minut udawałam, że się bawię, ale w głowie już zdążyłam sobie dopisać sto scenariuszy.
Wyszłam za nim, ale nie od razu. Nie chciałam, żeby pomyślał, że go śledzę. Stałam za drzwiami i słyszałam jego głos, przyciszony, inny niż zwykle.
– Nie dzwoń teraz… Nie, nie mogę rozmawiać… Wiem, że ci obiecałem, ale…
Zadrżały mi ręce. Cofnęłam się do środka, zanim mnie zauważył. Nagle wszystko w środku mi się przewróciło. Kto to był? Dlaczego mówił o obietnicy? Kiedy wrócił, uśmiechnął się sztucznie i rzucił, jakby nigdy nic:
– Praca. Awaria w systemie. Dobrze, że mam wolne, nie muszę tego ogarniać.
Przytaknęłam, choć miałam ochotę zapytać, kim była ta osoba, dla której wychodzi się w Sylwestra z imprezy i mówi o „obietnicach”. Nie zapytałam. Jeszcze nie wtedy. Wciąż miałam nadzieję, że się mylę.
Chłód w oczach i słowach
Po tej rozmowie jego spojrzenie było inne. Niby się uśmiechał, niby żartował z innymi, ale coś w nim zgasło. Ja też już się nie starałam. Trzymałam się z boku, z kieliszkiem wina, rozmawiając z obcymi ludźmi, jakby to była zwykła noc, a nie koniec roku, który miał być nowym początkiem.
Zbliżała się północ. Ktoś włączył odliczanie z telewizji, wszyscy stłoczyli się przy oknie, żeby podziwiać fajerwerki. On podszedł do mnie i wyciągnął rękę, jakby chciał udawać, że wszystko jest normalnie.
– Szczęśliwego nowego roku – powiedział cicho i cmoknął mnie w policzek.
Nie w usta. Jak znajomego. Jak kogoś, z kim łączy cię tylko wspólny adres i kredyt na mieszkanie.
– Tobie też – odpowiedziałam, siląc się na spokój.
Stał tak obok mnie chwilę, po czym znów gdzieś zniknął. Nie szukałam go. Wiedziałam, że jeśli zacznę pytać, jeśli spróbuję wyciągnąć prawdę, nie będę w stanie wrócić do tej imprezy i udawać, że wszystko gra. Później, gdy wrócił, pachniał innym zapachem niż wcześniej. Nie jakimś kobiecymi perfumami, nie tak dosłownie. Pachniał nieobecnością. I chłodem. Tym samym, który miał w oczach, gdy spojrzał na mnie, jakby zobaczył mnie po raz pierwszy i już nie wiedział, kim jestem.
Usiadł na kanapie, wziął szklankę whisky i nawet nie zapytał, gdzie byłam przez ostatnie dwadzieścia minut. Może nie chciał wiedzieć. Może to już nie miało znaczenia.
Północ z niespodzianką
Minęła północ, a atmosfera zrobiła się dziwnie ospała. Część gości zaczęła się zbierać, niektórzy zasypiali na kanapach. On siedział z nosem w telefonie, uśmiechając się do ekranu, stukając szybko palcami, jakby chciał odpisać komuś, kto naprawdę go obchodził. Podeszłam do niego, stanęłam tuż obok.
– Z kim piszesz?
Podniósł na mnie wzrok i przez ułamek sekundy coś w nim błysnęło – może złość, może wstyd.
– Z nikim ważnym.
Zaśmiał się nerwowo.
– Przestań. Naprawdę musimy się teraz kłócić?
– Nie kłócimy się. Ja tylko pytam, kto cię tak rozśmiesza o pierwszej w nocy w Sylwestra.
Wzruszył ramionami i odłożył telefon, ale nie odpowiedział. W tej ciszy między nami było już wszystko – domysły, niedopowiedzenia, zawiedzione nadzieje. Potem poszedł do kuchni. Słyszałam jego śmiech, gdy rozmawiał z jakąś dziewczyną – młodą, nową znajomą gospodarza. Śmiał się tak, jak nie słyszałam od miesięcy. Inaczej. Swobodnie.
Podeszłam, wzięłam płaszcz z wieszaka i spojrzałam na niego. Zobaczył mnie i na chwilę umilkł. Wszyscy umilkli. Nikt nic nie powiedział.
– Idziesz? – zapytałam chłodno.
– Teraz? – zdziwił się.
– Tak, teraz.
Nie czekałam na odpowiedź. Wyszłam na zewnątrz, śnieg padał drobno i gęsto, a ja szłam w szpilkach przez zaśnieżone chodniki, próbując nie płakać. Choć łzy i tak już płynęły.
Powrót do pustego domu
Drzwi mieszkania zamknęły się za mną z cichym trzaskiem. W środku panowała cisza – ta prawdziwa, która nie daje ukojenia, tylko drażni. Zrzuciłam buty, sukienka opadła na podłogę, a ja usiadłam w kuchni, wciąż z pełnym makijażem, patrząc w okno. Śnieg padał bez przerwy, światło latarni odbijało się w białej warstwie na parapecie.
Była pierwsza w nocy, Nowy Rok dopiero się zaczynał. A ja już wiedziałam, że ten związek dobiega końca. Wrócił dopiero po dwóch godzinach. Cicho otworzył drzwi, próbując nie robić hałasu. Myślał, że śpię. Usiadłam w ciemnościach i patrzyłam, jak się rozbiera. Nie zauważył mnie od razu.
– I jak? – zapytałam cicho.
Zadrżał, jakby się wystraszył.
– Myślałem, że już śpisz.
– A ja myślałam, że wracamy razem.
Westchnął ciężko i nie odpowiedział. Usiadł naprzeciwko mnie, przez chwilę tylko patrzył. W końcu powiedział:
– To nie takie proste.
– Aha. Czyli nie jestem przewrażliwiona? Jest ktoś?
Nie zaprzeczył. Nie musiał.
– Kiedy? – zapytałam.
– Kilka miesięcy temu. Nie planowałem tego.
Znów ta cisza. Tylko zegar tykał, głośno i równo, jakby odliczał koniec wszystkiego, co zbudowaliśmy. Nie płakałam. Patrzyłam na niego i próbowałam zrozumieć, kiedy się oddaliliśmy tak bardzo, że nie zauważyłam, jak moje małżeństwo zamienia się w dwa równoległe życia.
Serce pełne lodu
W kolejnych dniach nie było żadnych dramatów. Nie krzyczałam, nie wyrzucałam jego rzeczy przez balkon, nie pisałam do tej kobiety, choć mogłam. Zamiast tego siedziałam przy stole, piłam herbatę i patrzyłam, jak z okien sąsiadów znikają świąteczne światełka. Ludzie wracali do codzienności, a ja dopiero zaczynałam uczyć się samotności.
On nadal mieszkał ze mną, ale już na kanapie. Nie próbowaliśmy nawet rozmawiać o przyszłości. Każde z nas wiedziało, że powrotu nie będzie. To nie była jedna zdrada, jeden błąd. To była seria zaniechań, przemilczeń i chłodu, który rósł między nami od miesięcy, może lat. Któregoś wieczoru zaproponował, że się wyprowadzi.
– Może tak będzie lepiej – powiedział spokojnie, jakby mówił o zmianie abonamentu na telefon.
– Może – odpowiedziałam i spojrzałam przez okno.
Nie chciałam łez. Już się wypłakałam. Chciałam tylko zrozumieć, jak można tak łatwo przestać kochać. Albo może... jak można przez lata nie zauważyć, że uczucie umiera. Nowy Rok był jak początek pustej kartki. Bez planów, bez życzeń, bez niego. Znów musiałam się nauczyć siebie, ale tym razem bez prób naprawiania. Postanowiłam dać sobie czas. Na żal, na ciszę, na smutek. Bez przymusu działania.
Może kiedyś znów założę sukienkę, w której poczuję się piękna. Nie dla kogoś. Dla siebie. Może ten chłód w sercu nie zostanie ze mną na zawsze. A może po prostu trzeba go najpierw dobrze przeżyć.
Natalia, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W sylwestra przypadkiem zabrałam kurtkę mojej przyjaciółki. W taki sposób dowiedziałam się o podwójnej zdradzie”
- „Ucieszyłam się, gdy córka zapowiedziała przyjazd na ferie z rodziną. Nie podejrzewałam, że będę kulą u nogi”
- „Zauważyłem, że żona potajemnie wybiera pieniądze ze wspólnego konta. Długo milczałem, ale w końcu poznałem powód”

