„Mój mąż zostawił mnie z maleńkim dzieckiem i pojechał na ferie. Podobno każdy mężczyzna musi brać oddech od rodziny”
„Patrzyłam, jak Darek pakuje walizkę. Nowe gogle, markowa kurtka, zestaw termoaktywnej bielizny. Wszystko pachnące nowością i pieniędzmi. Pieniędzmi, których rzekomo nie mieliśmy na prywatną opiekunkę, żebym mogła wyjść na jogę chociaż raz w tygodniu”.

To miał być zwykły wtorek, jeden z tych dni, które zlewają się w jedną wielką plamę mleka, brudnych pieluch i niedopitej kawy. Stałam w kuchni, kołysząc na rękach mojego czteromiesięcznego synka, który właśnie zasnął po dwóch godzinach płaczu, i patrzyłam, jak mój mąż z nabożną czcią poleruje swoje narty. Wtedy jeszcze myślałam, że szykuje sprzęt na sprzedaż albo po prostu robi porządki w piwnicy. Kiedy podniósł wzrok i z uśmiechem oznajmił, że „chłopaki już zarezerwowali domek”, poczułam, jak ziemia usuwa mi się spod nóg. To nie był żart. On naprawdę zamierzał mnie zostawić samą w środku zimy, z niemowlęciem.
Zrobiło mi się słabo
Pamiętam ten moment, kiedy Leoś w końcu zasnął w swoim łóżeczku. W domu zapanowała ta specyficzna, krucha cisza, której boi się każda matka – boisz się ruszyć, żeby podłoga nie skrzypnęła, boisz się odetchnąć głębiej. Usiadłam na brzegu kanapy, czując, jak każdy mięsień w moim ciele pulsuje ze zmęczenia. Byłam cieniem samej siebie. Od czterech miesięcy nie przespałam ciągiem więcej niż trzech godzin. Moje włosy były związane w niedbały kok, na dresie miałam plamę po ulewaniu, a pod oczami cienie tak ciemne, że wyglądałam jak ofiara pobicia.
Darek wszedł do salonu z telefonem przy uchu. Śmiał się. Ten dźwięk wydał mi się tak obcy, jakby pochodził z innego świata. Skończył rozmowę, rzucił telefon na fotel i spojrzał na mnie, ale nie widział mnie. Widział mebel, element krajobrazu, matkę swojego dziecka, ale nie żonę.
– Słuchaj, Ewelina – zaczął, drapiąc się po karku. To był jego gest obronny. Zawsze tak robił, gdy wiedział, że to, co powie, mi się nie spodoba. – Tomek i reszta ekipy z biura organizują ten wyjazd w Alpy. Wiesz, ten, o którym ci wspominałem miesiąc temu.
Zmarszczyłam brwi. Wspominał? Może i wspominał, ale między kolką a ząbkowaniem, między wizytą u pediatry a gotowaniem obiadów, puszczałam takie rzeczy mimo uszu jako abstrakcyjne plany na „kiedyś”.
– Jaki wyjazd? – zapytałam cicho, żeby nie obudzić małego.
– No na narty. Włoskie Alpy. Tydzień resetu. Mówię ci, okazja życia, bo Wojtek załatwił zniżkę na apartamenty.
Poczułam ucisk w żołądku.
– Czekaj, chcesz jechać teraz? W lutym? Kiedy Leoś ma ten regres snu i ja ledwo żyję?
Darek westchnął, jakbym właśnie poprosiła go o rozwiązanie skomplikowanego równania całkowego, a nie o odrobinę empatii.
– Kochanie, nie dramatyzuj. To tylko tydzień. Ty i tak siedzisz w domu, masz swój rytm. A ja w pracy mam taki zajazd, że jak nie wyjadę, to zwariuję. Muszę naładować baterie, żeby być dobrym ojcem i mężem. Każdy facet musi brać oddech od rodziny, to psychologicznie udowodnione.
„Ty i tak siedzisz w domu”. Te słowa zawisły w powietrzu jak trujący gaz.
To nie była prośba
W tamtej chwili coś we mnie pękło. Spojrzałam na niego – na mojego męża, człowieka, z którym przysięgałam być na dobre i na złe – i zobaczyłam obcego faceta. Zobaczyłam egoistę, który uważa, że jego praca w klimatyzowanym biurze od 9 do 17 jest bardziej wyczerpująca niż moja 24-godzinna warta przy istocie, która jest całkowicie zależna ode mnie.
– Oddech od rodziny? – powtórzyłam, wstając powoli. – A ja? Kiedy ja wezmę oddech? Darek, ja nie byłam w toalecie sama od tygodnia. Jem zimne obiady jedną ręką. Kiedy ostatnio przespałam noc?
– No ale ty jesteś matką – rzucił, jakby to było ostateczne wytłumaczenie. – Masz ten instynkt, naturę. Wam to przychodzi łatwiej. A ja czuję się w tym domu jak w klatce. Ciągle tylko płacz, pieluchy, cicho sza, bo dziecko śpi. Potrzebuję przestrzeni.
– Przestrzeni? – mój głos zaczął drżeć. – Myślisz, że ja nie potrzebuję przestrzeni? Myślisz, że marzyłam o tym, żeby być uwięzioną w czterech ścianach z laktatorem przyczepionym do piersi?
– Widzisz? – wskazał na mnie palcem. – Znowu histeryzujeesz. To hormony. Właśnie dlatego muszę jechać. Żebyśmy od siebie odpoczęli. Wrócę stęskniony, z nową energią. Zobaczysz, to nam dobrze zrobi.
Nie pytał mnie o zdanie. On mnie informował. Decyzja została podjęta, bilety kupione, zaliczka wpłacona. Ja byłam tylko przeszkodą logistyczną, którą trzeba było ominąć.
Chciałam mieć wsparcie
Następnego dnia, wciąż łudząc się, że może ktoś przemówi mu do rozsądku, zadzwoniłam do teściowej. Miałyśmy poprawne relacje, a ona zawsze powtarzała, jak ważna jest rodzina. Myślałam, że jako kobieta, która wychowała trzech synów, zrozumie moją sytuację.
– Ojej, Ewelinko – usłyszałam w słuchawce jej ciepły, ale lekko protekcjonalny ton. – Nie bądź taką zaborczą żoną. Darek ciężko pracuje na wasz dom. Wiesz, jak to jest z mężczyznami. Jak się ich trzyma za krótko, to uciekają. Niech jedzie, wyszumi się. A ty masz przecież Leosia, to taka słodka kruszynka, sama radość. Ja w twoim wieku zostałam sama z dwójką na miesiąc, jak ojciec pojechał na kontrakt, i dałam radę.
Opadłam na krzesło. „Dałam radę”. To przeklęte hasło wszystkich matek-polek. Musimy dać radę. Nie mamy prawa być zmęczone, wściekłe, wypalone. Mamy być wdzięczne, że pan i władca raczy wracać na noc do domu, a jak raz w roku chce pojechać w Alpy, to powinnam mu jeszcze kanapki na drogę zrobić.
Poczułam się osaczona. Z jednej strony mąż, który uważał, że „siedzenie w domu” to urlop, z drugiej teściowa, która utwierdzała go w przekonaniu, że mu się to należy jak psu buda.
Zamknął za sobą drzwi
Piątek przyszedł szybciej, niż bym chciała. Patrzyłam, jak Darek pakuje walizkę. Nowe gogle, markowa kurtka, zestaw termoaktywnej bielizny. Wszystko pachnące nowością i pieniędzmi. Pieniędzmi, których rzekomo nie mieliśmy na prywatną opiekunkę, żebym mogła wyjść na jogę chociaż raz w tygodniu.
– Będę dzwonił wieczorami – rzucił, zapinając zamek walizki. – Tylko wiesz, tam może być słaby zasięg na stoku.
Podeszłam do niego z Leosiem na rękach. Mały akurat był spokojny, patrzył na ojca wielkimi, niebieskimi oczami.
– Zostawiasz nas – powiedziałam. To nie było pytanie.
– Jadę na urlop, Ewelina. Wrócę za tydzień. Nie rób z tego tragedii greckiej.
Pocałował mnie w policzek (nawet nie w usta) i poczochrał małego po główce.
– Cześć, mistrzu. Opiekuj się mamą – rzucił do czteromiesięcznego niemowlaka, który potrafił ledwo samodzielnie utrzymać główkę.
Chwilę później usłyszałam trzaśnięcie drzwi wejściowych, a potem dźwięk odpalania silnika. I wtedy ta cisza wróciła. Ale tym razem była inna. Była ciężka, lepka i pełna żalu. Zostałam sama.
Noc, która zmieniła wszystko
Pierwsze dwa dni były koszmarem, ale działałam na autopilocie. Złość dawała mi energię. Sprzątałam kompulsywnie, gotowałam zupy, których nikt nie jadł, i mówiłam do Leosia, żeby nie zwariować. Kryzys nadszedł trzeciej nocy. Leoś dostał gorączki. To była jego pierwsza infekcja. Płakał tak przeraźliwie, że pękało mi serce. Termometr pokazywał 39,2 stopnia. Była trzecia nad ranem. Trzęsącymi się rękami próbowałam odmierzyć dawkę leku przeciwgorączkowego, a on wypluwał wszystko, krztusząc się łzami.
Zadzwoniłam do Darka. Raz. Drugi. Trzeci. Włączyła się poczta głosowa: „Tu Darek, jestem na urlopie, łapcie mnie po 20-tym”. Wybuchnęłam płaczem. Czułam się tak bezradna, tak samotna, jak nigdy w życiu. W akcie desperacji zadzwoniłam do mojej siostry, Marty, która mieszkała na drugim końcu miasta. Odebrała po drugim sygnale.
– Ewelina? Co się dzieje?
– On ma gorączkę, ja nie wiem co robić, Darek nie odbiera… – szlochałam do słuchawki.
– Będę za 20 minut. Otwórz drzwi.
Marta wpadła do mieszkania w piżamie pod płaszczem. Przejęła Leosia, uspokoiła go w pięć minut, pomogła podać leki. Kiedy mały w końcu zasnął, zrobiła mi herbatę i posadziła przy stole.
– On jest skończonym dupkiem, wiesz o tym? – powiedziała, patrząc mi prosto w oczy.
– Wiem – szepnęłam. – Ale on twierdzi, że musi odpocząć. Że to normalne.
– Normalne? Ewelina, rozejrzyj się. Siedzisz tu sama z chorym dzieckiem, a on chleje piwo w Austrii. Widziałaś jego Instagrama?
Nie widziałam. Bałam się tam zaglądać. Marta wyjęła telefon i przesunęła go w moją stronę. Zdjęcie Darka z szerokim uśmiechem, w tle ośnieżone szczyty, w ręku kufel piwa. Podpis: „W końcu wolność. #MęskiWypad #Reset #NoStress”.
„No Stress”. Patrzyłam na to zdjęcie i czułam, jak coś w mojej klatce piersiowej zamarza. To nie był smutek. To była lodowata nienawiść. W tym momencie, patrząc na jego radosną twarz oświetloną alpejskim słońcem, zrozumiałam, że moje małżeństwo to fikcja. Że jestem dla niego tylko obsługą techniczną jego wygodnego życia.
Powrót bohatera
Przez kolejne cztery dni Marta praktycznie ze mną zamieszkała. I wiecie co? Było wspaniale. Mimo choroby Leosia, mimo zmęczenia, czułam spokój. Nie było napięcia, nie było oczekiwania na to, czy „Pan Mąż” wróci z pracy w dobrym humorze, czy będzie narzekał na bałagan. Nie musiałam chodzić na palcach wokół jego ego.
Zrozumiałam, że radzę sobie sama. Że ta „niezastąpiona męska ręka” w domu to mit, przynajmniej w naszym przypadku. Naprawiłam cieknący kran (tutorial na YouTube i klucz francuski wystarczyły), zrobiłam wielkie zakupy online, ogarnęłam wizytę u lekarza.
Kiedy zbliżał się dzień powrotu Darka, nie czułam radości. Czułam, jakbym szykowała się na wizytę niechcianego gościa. Spakowałam wszystkie jego rzeczy, które walały się po salonie – te, których nie miał czasu sprzątnąć od miesięcy – i wyniosłam do schowka. Mieszkanie lśniło, ale nie dla niego. Dla mnie.
Zrobiłam też coś jeszcze. Umówiłam się do fryzjera. Marta została z małym przez dwie godziny. Ścięłam włosy. Krótko, drapieżnie. Kiedy spojrzałam w lustro, zobaczyłam kobietę, która ma dość bycia ofiarą.
Wrócił w sobotę wieczorem. Opalony, pachnący wiatrem i drogimi perfumami ze strefy bezcłowej. Wszedł do domu z hałasem, rzucając torby na środek przedpokoju.
– Kochnie, jestem w domu! – krzyknął, jak w jakimś tanim amerykańskim serialu.
Wyszłam z kuchni. Leoś spał. Stałam w progu, opierając się o framugę. Nie uśmiechałam się. Darek zamarł na chwilę, widząc moją nową fryzurę.
– O, widzę zmiany! Wyglądasz… dojrzalej. Stęskniłaś się? – podszedł, chcąc mnie przytulić.
Cofnęłam się o krok. Jego ręce zawisły w powietrzu.
– Co jest? – zapytał, marszcząc brwi. – Foch? Daj spokój, Ewelina. Przywiozłem ci czekoladki. I perfumy.
Położył prezenty na szafce, jakby chciał nimi wykupić swoje winy. Jakby pudełko czekoladek mogło zrekompensować gorączkę Leosia i moją samotność.
– Jak było? – zapytałam chłodno.
– No, super! Pogoda dopisała, wyjeździliśmy się. Mówię ci, tego mi było trzeba. Czuję się jak nowo narodzony. A jak u was? Mały grzeczny?
„Mały grzeczny”. Nawet nie zapytał o jego zdrowie. Nie zapytał, jak ja się czuję.
– Leoś miał prawie 40 stopni gorączki – powiedziałam spokojnie. – Dzwoniłam do ciebie. Kilkanaście razy.
Darek spuścił wzrok, udając, że szuka czegoś w kieszeni.
– A, widziałem nieodebrane, ale wiesz, roaming, potem apres-ski, głośno było… Pomyślałem, że jakby się stało coś poważnego, to byś zadzwoniła do mojej matki albo na pogotowie. Przecież dałaś sobie radę, nie? Widzę, że żyjecie.
Nic nie rozumiał
W tym momencie ostatnia nitka łącząca mnie z tym człowiekiem pękła.
– Tak. Dałam sobie radę. I to jest właśnie problem. Zrozumiałam, że daję sobie radę lepiej bez ciebie niż z tobą. Bo kiedy cię nie ma, mam o jedno dziecko mniej do obsługi.
Jego twarz poczerwieniała.
– Co ty gadasz? Haruję na ten dom! Należał mi się ten tydzień! Inne żony by się cieszyły, że mąż ma pasję!
– Inni mężowie nie zostawiają żon z niemowlakiem, żeby chlać z kumplami i wrzucać fotki z podpisem „wolność”. Jeśli rodzina to dla ciebie niewola, to mam dla ciebie dobrą wiadomość. Właśnie cię z niej zwalniam.
To nie skończyło się wielką awanturą z rzucaniem talerzami. Skończyło się ciszą. Darek spał tej nocy na kanapie. Przez następne tygodnie próbował naprawiać sytuację – nagle zaczął zmywać naczynia, raz nawet przewinął Leosia bez proszenia. Ale dla mnie było za późno.
Coś we mnie umarło tamtej nocy, kiedy w gorączce tuliłam syna, patrząc na zdjęcie męża z piwem. Zaufanie? Poczucie bezpieczeństwa? Miłość? Chyba wszystko naraz.
Dzisiaj mija pół roku od tamtych ferii. Nadal mieszkamy razem, ale to bardziej układ współlokatorski. Szykuję się do powrotu do pracy, a dokumenty rozwodowe leżą głęboko w szufladzie – jeszcze ich nie złożyłam, ale wiem, że to kwestia czasu. Nie kłócimy się. Jesteśmy po prostu obcy.
Darek czasem wspomina, że planują wyjazd na żagle we wrześniu. Patrzy wtedy na mnie wyczekująco, jakby sprawdzał, czy pozwolę. A ja? Ja się tylko uśmiecham. Niech jedzie. Niech jedzie nawet na koniec świata. Ja już wiem, że moja siła nie zależy od tego, czy on jest w pokoju obok.
Nigdy nie zapomnę jego wzroku, gdy powiedział, że musi odpocząć od rodziny. Wtedy myślałam, że to koniec świata. Dziś wiem, że to był początek mojego nowego życia. Życia, w którym to ja decyduję, kiedy biorę oddech. I nikt mi już nie wmówi, że egoizm to męska potrzeba fizjologiczna.
Ewelina, 29 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Teść ma prawie 70 lat i za grosz szacunku do innych. Teściowa dawała sobie wejść na głowę, a ja ustawię go do pionu”
- „Syn traktował nasz dom jak 4-gwiazdkowy hotel z pełnym wyżywieniem. W końcu mój mąż nie wytrzymał i pogonił lenia”
- „Mam 3. dzieci, a mąż chciałby mieć kolejne. Dla niego rodzicielstwo to zabawa, dla mnie niekończący się ciąg obowiązków”

