Myślałam, że znalazłam miłość na całe życie. Taką, która zdarza się tylko wybranym. Nic nie wskazywało na to, że żyję w kłamstwie i że zostanę sama z małym dzieckiem.

WIDEO

player placeholder

Dla mnie był tym jedynym

Grzesiek był miłością mojego życia. Taką jedyną, prawdziwą, którą spotyka się jeden raz. Poznaliśmy się na osiemnastych urodzinach kolegi i od tego czasu byliśmy razem. Nie studiowaliśmy tym samym kierunku, bo on w ogóle po liceum zrezygnował z dalszej edukacji, a ja poszłam na filologię romańską. Grzesiek chciał od razu iść do pracy, bo miał nadzieję przejąć kiedyś po tacie jego sklep ze sprzętem AGD i RTV.

Łączyły nas jednak inne rzeczy. Oboje kochaliśmy kino – uwielbialiśmy jeździć razem na różne premiery, nie tylko hitów kinowych. Byliśmy też zachwyceni kinem niszowym. Uwielbialiśmy wycieczki rowerowe i piesze. Potrafiliśmy wyjechać na rowerach z plecakami nawet na dwa czy trzy dni. Spaliśmy pod namiotami, zachwycając się niebem. Mieliśmy romantyczne wieczory przy ognisku. Mogliśmy godzinami spacerować po górach, przy jeziorach czy nad morzem.

Zobacz także:

Kochaliśmy też gry planszowe. Tak więc nawet zwykłe, szare, deszczowe dni potrafiliśmy spędzać w interesujący sposób. Mieliśmy też znajomych, którzy podzielali te pasje. Nie kłóciliśmy się też w zasadzie wcale. Oczywiście miewaliśmy różnice zdań, ale nigdy nie było z tego żadnej afery. Zawsze jakoś udawało się nam dogadać.

No i tak po pięciu latach znajomości wzięliśmy ślub. Wesele zorganizowane było na wsi u mojej rodziny. Było lato, cudowna pogoda, która pozwoliła rozstawić namioty i bawić się do białego rana w pięknych okolicznościach przyrody. Trzy lata po ślubie doczekaliśmy się dziecka. Arturek był naszym oczkiem w głowie. Byliśmy szczęśliwym, młodym małżeństwem. A przynajmniej tak mi się wydawało…

Nic nie zwiastowało tragedii

Był Lany Poniedziałek. Arturek kończył właśnie pół roku. Dzień wcześniej byli u nas goście, czyli moja i jego rodzina w postaci rodziców i rodzeństwa. Ja mam siostrę, a on brata. Było nas sporo, ale mieliśmy też duże mieszkanie, więc nie było problemem ugościć całą familię. Sprzątaliśmy właśnie po wizycie rodziny, a synek spał spokojnie w pokoju obok. Jednym słowem spokój i sielanka.

– Kochanie, pójdę wyrzucić śmieci – powiedział mój mąż i pocałował mnie w czoło.

Przytuliłam się krótko i poszłam do kuchni dalej sprzątać. Czynności te przerwał mi jednak płacz dziecka dobiegający z pokoju obok. To Arturek obudził się z popołudniowej drzemki i zapewne był głodny. Poszłam więc zająć się dzieckiem.

Nakarmiłam synka, pobawiłam się z nim trochę i tak upłynęły prawie dwie godziny. Nagle zdałam sobie sprawę, że nie słyszałam, by mąż wrócił do domu. Wzięłam więc dziecko na ręce i poszłam sprawdzić.

– Grześ? – zawołałam, ale odpowiedziała mi cisza. – Grzesiu, jesteś? – krzyknęłam ponownie, ale dalej nie doczekałam się odzewu.

Sprawdziłam wszystkie pomieszczenia w mieszkaniu, ale go nie znalazłam. Poczułam lekki niepokój. Poszłam więc do kuchni po telefon, który tam zostawiłam. Wybrałam numer męża, ale usłyszałam, że ten dzwoni w salonie. „No tak – pomyślałam – poszedł wyrzucić śmieci. Po co miałby brać telefon?”.

Poczułam jednak jeszcze większy niepokój. Odczekałam jeszcze godzinę, ale gdy Grześ się nie pojawił, postanowiłam podejść do sąsiadów, z którymi się przyjaźniliśmy. Pomyślałam, że może spotkał któregoś, zagadali się i stracili poczucie czasu. Ubrałam synka i ruszyłam do naszych sąsiadów sprawdzić, gdzie może być mój mąż.

Wszyscy, z którymi rozmawiałam, mówili, że tego dnia się z nim nie widzieli. Każdy mnie uspokajał i mówił, że może właśnie spotkał jakiegoś znajomego i gdzieś razem poszli na jakieś „męskie harce”. Że prawdopodobnie wróci jutro rano nietrzeźwy i będzie się tłumaczył z nocnej eskapady. Próbowałam w to wierzyć. W nocy jednak nie mogłam zasnąć. Cały czas nasłuchiwałam szczęku otwieranego zamka w drzwiach wejściowych.

Oczywiście Grześ nie pojawił się do rana, więc gdy tylko było to możliwe, udałam się z synem na komisariat policji, aby zgłosić zaginięcie męża. Policja potraktowała mnie nie do końca poważnie. Uznali, że mąż ma romans i gdzieś poszedł. Umorzyli więc bardzo szybko, a ja nie miałam wtedy siły, by to kontynuować.

Musiałam zamknąć ten rozdział

– Nie możesz tak tkwić w zawieszeniu – mawiała moja przyjaciółka i trudno było odmówić jej racji. – Musisz zacząć żyć.

Kiedy zaczęła mi tak powtarzać, od zaginięcia Grzesia minęło już pięć albo sześć lat. Czas szybko leciał. Ja nie szukałam nikogo innego i nie umiałam sobie nawet wyobrazić, że w moim życiu mógłby pojawić się inny mężczyzna. Ciągle gdzieś w środku wierzyłam i miałam nadzieję, że obudzę się z tego koszmaru, a mój mąż stanie w progu i przywita się ze mną.

W myślach ciągle powtarzałam dialog, który chciałam z nim przeprowadzić. Chciałam zapytać, dlaczego tak się zachował, wypłakać się, wyżalić, ale jednocześnie przytulić do niego i poczuć jego ciepłe i silne ramiona wokół siebie. Nic takiego jednak się nie stało.

Tak więc złożyłam pozew o rozwód. Konieczne było ustalenie kuratora dla osoby nieznanej z miejsca pobytu. I tak po sześciu latach od wyjścia męża z domu, stałam się rozwódką. Agata, moja przyjaciółka, jakiś czas później próbowała mnie umawiać ze swoimi kolegami z pracy. Ja sama nie szukałam nikogo i ona wiedziała, że nie będę.

Inicjowała więc spotkania niby przypadkowe, czyli na przykład u niej na urodzinach pojawiali się mężczyźni, którzy byli singlami albo gdzieś indziej, gdzie szłyśmy, była on, jej mąż, jakaś para i jakiś singiel. Muszę przyznać, że byli to mili i w większości przystojni mężczyźni, ale żaden mnie nie interesował.

– Nie możesz tak czekać w nieskończoność, a Arturowi przyda się mężczyzna w domu – mawiała i znowu miała rację. Wiedziałam to, ale nie mogłam się przemóc.

Nieźle się urządził

I tak upłynęło kolejnych dziewięć lat. Agata w końcu zrezygnowała z prób wyswatania mnie. Któregoś dnia umówiłyśmy się w parku na babskie pogaduchy. Była piękna, słoneczna pogoda. Artur był już dużym chłopcem i był w tym czasie u kolegi. Całe szczęście, bo nie powinien zobaczyć tego, co my widziałyśmy. Zresztą i tak by się pewnie nie zorientował, bo był za mały, by pamiętać ojca, gdy ten nas opuścił.

Siedziałyśmy więc sobie w cieniu jakiegoś drzewa z kawą na wynos w ręce i rozmawiałyśmy o wszystkim i o niczym. Nagle zobaczyłam, że Agata robi się biała jak ściana.

– Nic ci nie jest? – zapytałam zatroskana.

Ona nie odpowiedziała, tylko pokazała palcem, a ja podążyłam wzrokiem tam, gdzie wskazała. Na początku nie mogłam zrozumieć, co widzę. W naszym kierunku szedł jakiś mężczyzna z kobietą i dwójką dzieci. „Rodzina jak rodzina, co ją tak przeraziło” – pomyślałam. I nagle zaczęło do mnie docierać, co widzę.

To nie była jakaś tam rodzina. To szedł Grzesiek. Nie było mowy o pomyłce. Ten sam chód, wzrost, masa ciała podobna, gęste włosy, choć przyprószone siwizną. Poczułam, że robi mi się ciemno przed oczyma. Serce chciało wyskoczyć mi z piersi. Wzięłam głęboki wdech, by się jakoś uspokoić.

Część mnie umarła w tamtym czasie, gdy zniknął. Nie mogłam sobie poradzić z myślami. Trudno było mi się skupić na czymkolwiek. Wiele lat trwało, nim się otrząsnęłam, a i tak do dzisiaj byłam sama. A tu proszę – on sobie kroczy z jakąś nową rodziną. Zadowolony, szczęśliwy i uśmiechnięty. Kiedy nas mijał, zerknął w moją stronę, ale nie dał po sobie poznać, czy też mnie rozpoznał.

Patrzyłyśmy przez chwilę z Agatą w dal za oddalającą się rodziną. Żadna z nas nic nie powiedziała.

– Powinnam za nim iść? – zapytałam szeptem.

– Po co? – Agata jak zwykle miała rację.

Miałam przez chwilę myśl, by ruszyć w pościg za nimi, żeby przedstawić się jego obecnej kobiecie, ale co by to dało? On by do mnie nie wrócił, a jej zrobiłabym przykrość. Nie wiedziałam przecież, czy to z jej powodu mnie opuścił. Nie chciało mi się babrać w następnym szambie.

Czytaj także:
„Wyrywałam facetów jak wiosenne chwasty. Nie szukałam męża i zobowiązań, chciałam zabawy i przyjemności”
„Rosnący brzuch zmusił mnie do ślubu z rozsądku. Najważniejsze było dla mnie to, by stan konta był odpowiednio wysoki”
„Wypłata ledwo wystarcza mi do pierwszego. Poza mężem i dziećmi, mam też utrzymanka, który zna mój wstydliwy sekret”