Reklama

Zapach świeżo zaparzonej kawy mieszał się ze śniadaniem, a Patryk obiecał przynieść zaraz pączki z cukierni za rogiem. Żartowaliśmy, że w tłusty czwartek kalorie nie mają znaczenia, a on założył kurtkę i powiedział, że wróci za kwadrans. Stałam w drzwiach, patrząc jak schodzi po schodach, nie wiedząc, że to ostatni raz, kiedy widzę jego plecy. Potem była już tylko cisza, coraz głośniejsza z każdą godziną.

Czułam, jakby to była moja wina

Pierwszy raz poszłam na komisariat tego dnia wieczorem. Wcześniej wciąż powtarzałam sobie, że Patryk zaraz wróci, że pewnie rozładował mu się telefon, że coś się wydarzyło po drodze. Siedziałam na twardym krześle, ściskając torebkę tak mocno, jakby mogła mnie uratować.

– Proszę pani, dorośli ludzie czasem znikają z własnej woli – powiedział policjant, nawet na mnie nie patrząc.

Te słowa wbiły się we mnie głębiej, niż jakiekolwiek oskarżenie. Wyszłam stamtąd z poczuciem, że to ja jestem naiwna, że czegoś nie dopilnowałam. W domu wciąż stał jego kubek po kawie. Nie umyłam go. Bałam się, że jeśli to zrobię, coś ostatecznie się zamknie.

Rodzina z czasem dzwoniła coraz rzadziej. Na początku pytali, potem tylko słuchali, a w końcu zapadła niezręczna cisza. Najgorsze były spojrzenia.

– Może jednak wcześniej były jakieś sygnały? – zapytała kiedyś ciotka, nachylając się do mnie przy stole.

Nie odpowiedziałam. Jak miałam jej wytłumaczyć, że tydzień wcześniej planowaliśmy wakacje, a dzień wcześniej śmialiśmy się z głupiego serialu? Wszystko było między nami w porządku.

Moja przyjaciółka, Kalina była jedyną osobą, która przychodziła bez pytań. Siadała na kanapie i patrzyła na mnie uważnie.

Nie musisz go usprawiedliwiać – powiedziała cicho pewnego wieczoru.

– Jeszcze nie wiem, czy mam do tego prawo – odpowiedziałam.

Formalności ciągnęły się miesiącami. Każdy podpis, każde pismo było jak przyznanie się do porażki. Kiedy usłyszałam słowa „osoba zaginiona”, zrobiło mi się zimno. Nagle nasze małżeństwo zostało zamknięte w urzędowej teczce.

Najgorsze przyszło później. Kiedy ludzie przestali pytać. Kiedy poczułam, że w ich oczach stałam się kobietą, którą można było zostawić bez słowa. Wtedy po raz pierwszy dopuściłam do siebie myśl, że Patryk nie zniknął. On po prostu… odszedł. Ta myśl bolała bardziej niż wszystko inne.

Próbowałam żyć na nowo

Decyzja o wyjeździe przyszła nagle, choć dojrzewała we mnie latami. Pewnego ranka spojrzałam na swoje odbicie w lustrze i zobaczyłam kobietę, która wciąż czeka, choć nie wie już na co. Spakowałam rzeczy bez sentymentów. Zostawiłam mieszkanie, w którym każdy kąt pamiętał Patryka, i miasto, gdzie byłam „kobietą, której mąż zniknął”.

Nowa praca wymagała ode mnie skupienia. Nauczyłam się wypełniać dni zadaniami, planami, drobnymi rytuałami. Zmieniłam trasę porannych spacerów, ulubioną kawiarnię, nawet sposób, w jaki zawiązywałam włosy. Chciałam być kimś innym, choć nie wiedziałam jeszcze kim.

Olgierda poznałam przypadkiem w windzie biurowca. Zacięła się między piętrami, a my staliśmy tam razem, trochę niezręcznie.

Chyba mamy czas, żeby się sobie przedstawić – powiedział z lekkim uśmiechem.

– Jowita – odpowiedziałam po chwili wahania.

Nie naciskał. Spotykaliśmy się na krótkie rozmowy przy kawie, potem na spacery. Był uważny, ale ostrożny, jakby wyczuwał moje problemy. Kiedy zapytał o przeszłość, uciekłam w półprawdy.

Mój mąż… odszedł – powiedziałam w końcu.

– To musiało być trudne – odpowiedział, nie dopytując.

Właśnie to mnie przeraziło. Zaczęłam wyobrażać sobie z nim przyszłość, a jednocześnie wciąż miałam w głowie obraz Patryka wracającego nagle, jakby nic się nie stało. Czułam się winna, że śmieję się z kimś innym i strach, że znów zostanę sama.

Kalina śmiała się ze mnie przez telefon.

– Ty nie zdradzasz przeszłości, ty ją ratujesz – mówiła.

– A jeśli ona wróci? – pytałam szeptem.

Nie wiedziałam jeszcze, że odpowiedź na to pytanie czeka na mnie w obcym mieście, na zupełnie zwyczajnej ulicy.

Ten przypadek zburzył wszystko

Wyjazd służbowy miał być formalnością. Inne miasto, hotel blisko dworca, szybkie spotkania i powrót następnego dnia. Lubiłam takie delegacje, bo nikt mnie tam nie znał. Mogłam być po prostu Jowitą z identyfikatorem na szyi, bez historii, bez współczucia w oczach ludzi.

Wyszłam z budynku wcześniej, żeby się przejść. Ulica była głośna, pełna ludzi spieszących się w swoich sprawach. Wtedy go zobaczyłam. Najpierw tylko sylwetkę. Sposób, w jaki stawiał kroki. Lekko pochylone ramiona. Serce zabiło mi tak mocno, że musiałam się zatrzymać.

To niemożliwe – powiedziałam do siebie.

Mężczyzna odwrócił głowę. Profil, którego nie dało się pomylić. Patryk. Starszy, z krótszymi włosami, ale to był on. Stałam jak przyklejona do chodnika, obserwując, jak rozmawia z kobietą. Obok nich kręciła się dziewczynka, może pięcioletnia, trzymająca w ręku balonik.

Poczułam, jak coś we mnie się łamie. Pięć lat czekania, domysłów, nocnych rozmów z samą sobą, a on stał tu, żywy, zwyczajny, jakby nigdy nic. Zrobiłam krok do przodu, potem drugi. Ręce mi drżały. W głowie kłębiły się pytania. Czy mnie widzi? Czy pamięta? Czy ta dziewczynka była jego córką? Czy ja byłam tylko przystankiem?

Kobieta powiedziała coś do niego, uśmiechnęła się. On odpowiedział spokojnie, bez nerwów. Tak, jakby jego życie było poukładane. Jakby nigdy nie wyszedł po pączki i nie zniknął. Chciałam krzyknąć. Zatrzymać go. Zamiast tego stałam w cieniu, czując narastającą panikę. Nagle zrozumiałam, że to spotkanie, nawet bez słów, już zmieniło wszystko. Jeśli on tu był, to znaczyło, że ja przez lata żyłam w kłamstwie.

Nie wydusiłam ani słowa

Nie pamiętam, kiedy ruszyłam. Nogi same poniosły mnie bliżej, jakby ktoś inny przejął nad nimi kontrolę. Zatrzymałam się kilka metrów od nich, udając zainteresowanie wystawą sklepu. Szyba odbijała obraz: mnie, napiętą jak struna, i jego, pochylonego nad dziewczynką.

Tato, zobacz – powiedziała mała, ciągnąc go za rękaw.

To słowo uderzyło mnie z całą siłą. „Tato” – był teraz ojcem. Patryk wyprostował się i wtedy nasze spojrzenia się spotkały. Tylko na sekundę, ale wystarczyło. Widział mnie. Wiedział. Jego twarz na moment straciła kolor. Uśmiech zgasł, ramiona zesztywniały. Nie powiedział nic. Ja też nie. Świat wokół zwolnił, jakby ktoś ściszył dźwięki. W tej jednej chwili zobaczyłam w jego oczach strach. Nie zdziwienie. Nie radość. Strach. Kobieta spojrzała na niego pytająco.

– Wszystko w porządku? – zapytała.

– Tak – odpowiedział zbyt szybko. – Chodźmy.

Odwrócił się plecami. Po prostu. Jak pięć lat wcześniej. Patrzyłam, jak odchodzą, jak dziewczynka podskakuje obok niego, a on kładzie jej dłoń na ramieniu. Normalność, której nigdy nie miał ze mną.

Usiadłam na ławce, czując, że drżę cała. Złość mieszała się z czymś, co niespodziewanie było ulgą. Wreszcie wiedziałam. Nie było wypadku. Nie było zagubienia. Nic mu się nie stało. To był jego wybór.

Kiedy przechodzili obok mnie po raz drugi, usłyszałam fragment rozmowy.

– Mówiłam ci, że nie musisz się spieszyć – powiedziała kobieta.

– Wiem. Po prostu… nie lubię wracać do starych spraw – odpowiedział.

Stare sprawy. To mnie tak nazwał? Wtedy coś we mnie opadło. Jakby ktoś przeciął linę, na której wisiałam od lat. Nie pobiegłam za nim. Nie zawołałam. Wstałam i poszłam w przeciwną stronę, czując, że to pierwszy krok w moje nowe życie.

Wreszcie to zamknęłam

Do hotelu wróciłam pieszo, choć droga wydawała się nieskończona. Każdy krok był ciężki, ale jednocześnie zaskakująco pewny. W pokoju usiadłam na łóżku i długo patrzyłam w ścianę. Nie płakałam. Łzy przyszły dopiero później, ciche i spokojne, jakby wiedziały, że ich czas wreszcie nadszedł.

Zadzwoniłam do Kaliny.

Widziałam go – powiedziałam bez wstępów.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

– I co?

– Żyje. Ma dziecko. Normalne życie. Tylko… beze mnie.

Nie było w jej głosie triumfu ani współczucia, tylko mnie słuchała. Dokładnie tego potrzebowałam. Następnego dnia wróciłam do swojego miasta i do Olgierda. Bałam się tej rozmowy bardziej niż spotkania z Patrykiem. Siedzieliśmy przy stole, a ja opowiedziałam mu wszystko, bez skrótów i półprawd.

Nie chcę już czekać na kogoś, kto wybrał ucieczkę – powiedziałam. – Nawet jeśli to znaczy, że będę się bała jeszcze długo.

Olgierd nie odpowiedział od razu. W końcu tylko skinął głową i ujął moją dłoń.

Ja nie znikam – powiedział. – Ale tempo wybierasz ty.

Zrozumiałam wtedy, że największą stratą nie był Patryk. Były nią lata zawieszenia, życie w trybie oczekiwania. Tamtego dnia po raz pierwszy poczułam, że historia jego zniknięcia nie jest już moją tożsamością. Była doświadczeniem, które mnie ukształtowało, ale nie musiało mnie definiować. Nie szukałam odpowiedzi. Miałam już jedyną, która była mi potrzebna. Po raz pierwszy od pięciu lat wiedziałam, że to ja decyduję, dokąd idę dalej.

Jowita, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama