Reklama

Przez lata wierzyłam, że najgorsze, co może spotkać małżeństwo, to nagła katastrofa. Głośna awantura, jedno zdanie za dużo, trzask drzwi. Tymczasem u nas wszystko psuło się cicho. Wspólne śniadania przy stole, planowanie wakacji raz w roku, rozmowy o racie kredytu – z zewnątrz byliśmy stabilni. Tylko że między nami od dawna było chłodno, jakby ktoś uchylił okno i zapomniał je zamknąć. Kiedy Leszek wrócił z delegacji bez obrączki, jeszcze nie wiedziałam, że tego samego dnia straci nas obie.

W ogóle się tym nie przejął

Drzwi zamknęły się za nim cicho. Postawił walizkę w przedpokoju i pocałował mnie w policzek, jakby odhaczał punkt na liście.

Tęskniłaś? – zapytał lekko.

– Zawsze – odpowiedziałam i wtedy to zobaczyłam.

Jego prawa dłoń – nie było na niej pierścionka.

A gdzie obrączka? – spytałam, zanim zdążyłam ugryźć się w język.

Wzruszył ramionami.

Zgubiłem w hotelowej siłowni. Pewnie zsunęła się przy ćwiczeniach.

Czekałam na coś więcej. Na „przepraszam”, na cień zdenerwowania. Nic takiego nie nastąpiło. Zdjął marynarkę i poszedł do łazienki.

Przez cały wieczór analizowałam jego ton. Czy to ja przesadzam? Może to tylko przedmiot? Przecież obrączka nie czyni małżeństwa.

Przy kolacji nie wytrzymałam.

Nie zamierzasz jej szukać? Zadzwonić do hotelu?

– Wiktoria, naprawdę? – odłożył widelec. – Robisz dramat z kawałka metalu.

To nie jest zwykły kawałek metalu.

– To symbol, wiem – uśmiechnął się chłodno. – Ale symbol nie zastąpi zaufania.

– Właśnie o to chodzi – głos mi zadrżał. – Symbol nas. A co z nami? Coraz częściej cię nie ma. A kiedy jesteś, jakbyś był gdzie indziej.

Westchnął ciężko.

– Mam wymagającą pracę. Nie wszystko kręci się wokół twoich emocji.

Zamilkłam. Zabolało to bardziej, niż się spodziewałam. W nocy leżeliśmy odwróceni plecami. Słuchałam jego oddechu i próbowałam przekonać siebie, że to tylko kryzys. Każdy przez to przechodzi. A jednak gdzieś głęboko czułam, że ta rysa nie powstała w siłowni hotelowej.

Wystarczyła jedna wiadomość

Kilka dni później Leszek zostawił telefon na blacie w kuchni. Wyszedł tylko odebrać paczkę. Ekran rozświetlił się nagle, jakby specjalnie dla mnie. „Tęsknię za tobą. Te trzy dni były jak wieczność – K.”. Serce zaczęło mi bić tak głośno, że przez moment zagłuszyło wszystko inne. Wpatrywałam się w literę „K”, jakby miała mi coś wyjaśnić. Nie chciałam być tą kobietą, która przeszukuje cudze wiadomości. A jednak palce same przesunęły ekran. Znałam hasło.

Rozmowy ciągnęły się miesiącami. Czułe słowa, plany na wspólny weekend, zdjęcia hotelowych śniadań. A między tym zdania, które wbijały się we mnie jak szpilki: „Jeszcze trochę i wszystko będzie poukładane”, „Z nią już dawno nic mnie nie łączy, to tylko formalność”. To byłam ja. Formalność.

Usiadłam na krześle, bo nogi przestały mnie słuchać. Przewijałam dalej, jakbym wbrew sobie chciała zobaczyć najgorsze. W jednej z wiadomości „K.”, czyli Kamila, zapytała wprost:

– „A obrączka? Nie boisz się, że ktoś zobaczy i zapyta?”.

Odpisał:

– „Spokojnie. Zdejmuję ją przed wyjazdami. Nie prowokuję pytań”.

Nie zgubił jej. Schował jak zbędny drobiazg.

Kiedy wrócił, stałam przy oknie z jego telefonem w dłoni. Nie krzyczałam. Byłam dziwnie spokojna.

Kim jest Kamila? – zapytałam.

Zamarł w progu.

– O czym ty mówisz?

Nie udawaj – odwróciłam ekran w jego stronę.

Przez sekundę zobaczyłam w jego oczach coś na kształt paniki. Potem spoważniał.

Przeglądałaś mój telefon?

– Odpowiedz na pytanie.

Milczał. A to milczenie było głośniejsze niż jakiekolwiek wyznanie.

– To tylko… – zaczął w końcu. – To nic poważnego.

– Miesiące kłamstw to „nic poważnego”?

– Było między nami źle – uniósł ręce w geście bezradności. – Czułem się samotny.

– Więc postanowiłeś stworzyć sobie drugie życie?

– Nie planowałem, że to tak wyjdzie.

Zaśmiałam się krótko. Nie z rozbawienia, raczej z niedowierzania.

– Powiedziałeś jej, że jesteśmy w separacji.

– Bo tak się czułem! – podniósł głos. – Jakbyśmy już dawno nie byli razem.

Te słowa zabolały najmocniej. Nie zdrada. Nie zdjęta obrączka. To, że w jego głowie nasze małżeństwo było już tylko pustą konstrukcją. Zrozumiałam, że najgorsze dopiero przede mną. Zdrada to jedno. Ale świadomość, że przez miesiące dzielił ze mną łóżko i plany, a jednocześnie budował coś równoległego – to było jak patrzenie na własne życie z boku i odkrycie, że jest tylko dekoracją.

Obie byłyśmy poszkodowane

Nie spałam całą noc. Leszek próbował jeszcze coś tłumaczyć, krążył po mieszkaniu, zaczynał zdania i ich nie kończył. W końcu zamknął się w gabinecie. A ja siedziałam przy stole z jego telefonem i patrzyłam na imię „Kamila”. Długo wahałam się, zanim napisałam. „Nazywam się Wiktoria. Jestem żoną Leszka. Chyba powinnyśmy porozmawiać”. Odpowiedź przyszła po kilkunastu minutach.

„To jakiś żart?”.

Wysłałam jej nasze zdjęcie z rocznicy sprzed dwóch miesięcy. Staliśmy przy torcie, uśmiechnięci, z datą wygrawerowaną na ramce. Telefon zadzwonił niemal natychmiast.

– To prawda? – Jej głos był napięty, ale nie wrogi.

– Tak. Nie jesteśmy w separacji. Mieszkamy razem, normalnie.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

– Powiedział mi, że od roku jesteście osobno. Że to tylko kwestia formalności – wyszeptała. – Dzisiaj rano coś zaczęło mi nie pasować. Szukałam go w sieci i trafiłam na twoje nazwisko przy jego. Myślałam, że to stary wpis.

– Nie był stary.

– Więc… byłam tylko dodatkiem, ucieczką? – Jej głos się załamał.

Zaskoczyło mnie, że zamiast satysfakcji poczułam coś na kształt współczucia.

– Wygląda na to, że obie byłyśmy dla niego wygodne – powiedziałam cicho. – Ja na co dzień. Ty na weekendowe ucieczki.

Spotkałyśmy się tego samego wieczoru w małej kawiarni niedaleko mojego mieszkania. Kamila była drobna, ubrana prosto, z oczami zaczerwienionymi od płaczu. Nie wyglądała jak zagrożenie. Wyglądała jak ktoś, komu właśnie rozsypał się świat.

Nie wiedziałam – powtarzała. – Gdybym wiedziała, nigdy…

– Wierzę ci – przerwałam.

Położyła na stole telefon i pokazała mi kilka wiadomości.

– Obiecywał, że po nowym roku wszystko wyjaśni. Że nie chce żyć w kłamstwie.

– A jednak żył – odpowiedziałam.

Przez chwilę siedziałyśmy w milczeniu. Dwie kobiety, które teoretycznie powinny się nienawidzić, a jednak łączyło je to samo doświadczenie.

– Co zrobisz? – zapytała.

Spojrzałam w okno. Na ludzi idących chodnikiem, jakby nic się nie zmieniło.

– Dzisiaj wieczorem powiem mu, że wiem wszystko. Jeśli chcesz, możesz przy tym być.

Zawahała się tylko sekundę.

– Chcę. Ja też chcę usłyszeć prawdę z jego ust.

Kiedy wróciłam do domu, Leszek siedział na kanapie. W dłoniach obracał swoją obrączkę. Znalazła się. Musiał ją wyciągnąć z torby. W tej chwili zadzwonił dzwonek do drzwi.

Już nie mógł kłamać

Kiedy otworzyłam drzwi, Kamila stała wyprostowana, choć widziałam, że kosztuje ją to więcej, niż chciała pokazać. Leszek zamarł w salonie, gdy ją zobaczył.

– Co to ma znaczyć? – zapytał ostro.

– To ma znaczyć, że nie będziesz już mówił dwóch różnych wersji – odpowiedziałam spokojnie.

Kamila weszła do środka. Zdjęła płaszcz, jakby przyszła na zwyczajną rozmowę, a nie na wyrok końca naszego małżeństwa.

Powiedz jej – zwróciła się do niego – że jesteś w separacji.

Milczał.

– No powiedz – powtórzyła ciszej.

To skomplikowane – wymamrotał w końcu.

– Nie – odezwałam się. – To bardzo proste. Albo jesteśmy małżeństwem, albo nie.

Spojrzał na mnie z mieszaniną złości i strachu.

– Wiktoria, nie musiałaś robić z tego przedstawienia.

– Przedstawienie już trwało miesiącami – odpowiedziałam. – My tylko zdejmujemy dekoracje.

Kamila wyjęła z torebki telefon.

– Mówiłeś, że jestem dla ciebie przyszłością. Że z nią łączy cię tylko kredyt i przyzwyczajenie.

Zamknął oczy, jakby chciał przeczekać ten moment.

Byłem zagubiony. Czułem presję. W domu ciągle napięcie, w pracy wymagania… Potrzebowałem oddechu.

– A ja byłam tym oddechem? – zapytała Kamila.

Nie odpowiedział.

Nikogo nie chciałem skrzywdzić – dodał po chwili.

Te słowa zawisły w powietrzu jak coś zupełnie nie na miejscu.

– Ale skrzywdziłeś – powiedziałam spokojnie. – Najbardziej chyba siebie. Nawet teraz nie mówisz prawdy do końca.

Podszedł do mnie.

– Możemy to naprawić. Skupić się na nas. Wiki, to był błąd.

– Błąd to źle wysłany mail – odparłam. – A to było drugie życie.

Kamila wstała.

– Ja nie chcę być czyjąś przerwą od codzienności – powiedziała drżącym głosem. – Jeśli potrafiłeś kłamać jej, potrafiłbyś i mnie.

Spojrzał na nią z niedowierzaniem.

– Czyli tak po prostu odejdziesz?

– Tak – odpowiedziała.

Ja też wzięłam głęboki oddech.

– Ja również.

W jego oczach pojawiła się panika.

– Wiktoria, proszę. Mamy tyle wspólnego.

– Mieliśmy – poprawiłam go.

Zdjął obrączkę z dłoni i ścisnął ją w palcach, jakby nagle przypomniał sobie, co znaczyła. Ale było za późno. Symbol, który można było schować do torby, nie miał już dla mnie wartości. Kamila wyszła pierwsza. Ja poszłam do sypialni i zaczęłam pakować najpotrzebniejsze rzeczy. Nie zatrzymywał mnie. Stał na środku salonu, bezradny. Tego samego dnia stracił nas obie.

Ja też zdjęłam obrączkę

Pierwsze tygodnie po wyprowadzce były najdziwniejsze. Wynajęłam niewielkie mieszkanie po drugiej stronie miasta. Pudeł było mało, rzeczy jeszcze mniej. Najwięcej miejsca zajmowała cisza. Nie ta ciężka, napięta jak przed burzą. Inna. Równa, spokojna. Czasem budziłam się w nocy i przez ułamek sekundy nie pamiętałam, co się stało. Potem docierało do mnie wszystko naraz – rozmowa, spojrzenie Kamili, jego bezradność. I brak obrączki na jego dłoni.

Leszek pisał. Najpierw codziennie: „Zrozumiałem, co straciłem”, „Możemy zacząć od nowa”, „To był najgorszy błąd mojego życia”. Nie odpowiadałam. Każda wiadomość brzmiała bardziej jak strach przed samotnością niż jak refleksja nad tym, co zrobił. W końcu przestał.

Z Kamilą wymieniłyśmy jeszcze kilka krótkich wiadomości. Napisała, że zamknęła ten rozdział. Że musi nauczyć się ufać sobie, nie czyimś opowieściom. Życzyłyśmy sobie spokoju. To było wystarczające.

Nasz rozwód przebiegł szybciej, niż się spodziewałam. W sądzie siedzieliśmy obok siebie, ale jak obcy ludzie. Kiedy padło formalne potwierdzenie zakończenia małżeństwa, nie poczułam ulgi ani triumfu. Raczej coś w rodzaju cichego domknięcia. Po wszystkim podeszłam do niego.

– Dbaj o siebie – powiedziałam.

Skinął głową.

Przepraszam.

Tym razem zabrzmiało to szczerzej. Tylko że przeprosiny nie cofają czasu.

Wieczorem wróciłam do mieszkania i otworzyłam szufladę w komodzie. Leżała tam moja obrączka. Zdjęłam ją w dniu, kiedy wszystko wyszło na jaw, i od tamtej pory nie potrafiłam zdecydować, co z nią zrobić. Wzięłam ją do ręki. Była zaskakująco lekka. Zwykły krążek metalu, który przez lata wydawał mi się gwarancją bezpieczeństwa. Uśmiechnęłam się do własnej naiwności. Nie wyrzuciłam jej. Schowałam z powrotem, ale już nie jako symbol miłości. Raczej jako przypomnienie, że granice zaczynają się tam, gdzie kończy się zgoda na półprawdy.

Straciłam męża. Straciłam wyobrażenie o naszej przyszłości. Ale odzyskałam coś ważniejszego – siebie, bez ciągłego tłumaczenia cudzych wyborów. Czasem największą stratą nie jest utrata drugiej osoby, lecz utrata złudzeń. A kiedy one znikają, zostaje przestrzeń. W tej przestrzeni można wreszcie oddychać swobodnie.

Wiktoria, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama