Reklama

Nie wiem, kiedy dokładnie to się stało, ale któregoś dnia przestałam być żoną, a zaczęłam być dodatkiem do rodzinnych decyzji. Wszystko musiało przejść przez filtr jego matki. Od wyboru wakacji, przez kolor płytek w łazience, po to, co jemy na kolację. Z początku tłumaczyłam sobie, że może po prostu się z nią liczy, że to chwilowe. Przymykałam oko. W końcu każda rodzina jest inna. Problem w tym, że to przestało być chwilowe. A moje zdanie coraz bardziej się nie liczyło. Mój głos był dla niego tylko tłem. Główną solistką była jego mama.

Jej głos był najważniejszy

– No co ty, przecież mama mówiła, że lepiej wybrać ten model – rzucił, nawet nie patrząc na mnie, tylko przewijając dalej ofertę sklepu.

Stałam obok niego z katalogiem, który wcześniej sama przygotowałam. Zaznaczyłam lodówki, które odpowiadały naszym potrzebom, wpasowywały się w nasz budżet i po prostu mi się podobały. On nie przejrzał ich ani razu.

– A może po prostu zdecydujemy razem? – zapytałam, próbując zachować spokój.

– Kochanie, przecież mama zna się na sprzęcie. Wiesz, ile ona już takich rzeczy wybierała?

Nie odpowiedziałam. Znałam tę narrację aż za dobrze. Ona zawsze coś „już robiła”, coś „wybierała”, coś „się znała”. Ja natomiast byłam jak uczennica na lekcji – mogłam słuchać i przytakiwać.

Na początku to było subtelne. Drobne decyzje, które „lepiej uzgodnić z mamą”. Mój mąż tłumaczył, że ona ma więcej doświadczenia, że tak będzie bezpieczniej. Potem doszło do tego, że nawet wybór koloru ścian w salonie konsultował z nią. A kiedy protestowałam, mówił, że jestem przewrażliwiona.

Zastanawiałam się, czy to naprawdę ja miałam problem. Może rzeczywiście byłam zbyt emocjonalna. Może nie powinnam się czepiać. Tylko że wtedy przyszły ferie.

Teściowa wybrała nam ferie

Wiedziałam, że nie powinnam się cieszyć na ten wyjazd. Od początku coś mi zgrzytało. Marzyłam o ciepłych krajach, choćby na tydzień. Gdziekolwiek, byleby wygrzać się i oderwać od codzienności. Mój mąż obiecał, że porozmawiamy, że wspólnie coś wybierzemy. Skończyło się jak zawsze.

– Mama mówi, że Zakopane będzie idealne. Blisko, taniej i swojsko – usłyszałam, kiedy wróciłam z pracy. On już zdążył zarezerwować nocleg.

– A pytałeś mnie w ogóle, co myślę?

– No przecież mówiłaś, że ci obojętne, byleby razem – odpowiedział, jakby to załatwiało sprawę.

Nie mówiłam, że mi obojętne. Powiedziałam, że„Mój mąż we wszystkim słucha teściowej. Gdzie jechać na ferie, jaką lodówkę kupić, zaraz ją zapyta, co robić w sypialni g01”. Wspólnie, jako para. Bez jego mamy. Na miejscu było jeszcze gorzej. Pensjonat znajdował się niedaleko domu jej znajomych. Ona też tam przyjechała, „przypadkiem”. Codzienne obiadki u znajomych, spacery w jej ulubione miejsca, jej plan dnia. Mój mąż był zachwycony, jakby wrócił do czasów dzieciństwa.

– No powiedz sama, cudownie tu, prawda?

Uśmiechnęłam się sztucznie, bo nie chciałam robić sceny. Chciałam tylko, żeby choć raz to moje „chcę” znaczyło więcej niż „mama mówi”.

Czy to jeszcze moja lodówka?

Nowa lodówka miała być prezentem. Taki wspólny zakup na początek roku. Wybraliśmy się do sklepu razem, przeglądaliśmy modele, ja pokazywałam mu swoje typy. Zatrzymaliśmy się przy jednej – idealna wysokość, funkcje, cena w porządku. Uśmiechnęłam się, bo poczułam, że tym razem naprawdę wybierzemy razem.

– Zaczekaj – powiedział i wyciągnął telefon. – Spytam mamę, co sądzi.

Zamarłam. Jeszcze przed chwilą mówił, że to nasza decyzja. Że jego zdanie się liczy. Że mój gust mu odpowiada. Ale w wystarczająco ważnym momencie – ten głos musiał zabrzmieć. Głos z telefonu.

– Mama mówi, że S. lepszy. Ten się psuje. I za mało półek – oznajmił chwilę później, chowając telefon do kieszeni.

– Czy twoja mama mieszka z nami? – zapytałam ostrożnie.

– No co ty, po prostu się zna. I chce dobrze.

Czułam się, jakby ktoś pociągał za sznurki mojej codzienności. Jakby moje potrzeby miały być skanowane, filtrowane i zatwierdzane przez jedną osobę – jego mamę. Lodówkę kupiliśmy taką, jaką poleciła. Stała w kuchni jak milczący dowód na to, że nie mam w tym domu decyzyjności. Nawet przy sprzęcie AGD.

Weszła do naszej sypialni

Zaczęło się od pytań, niby niewinnych.

A długo już śpicie na tym materacu? – zapytała mnie któregoś wieczoru jego mama, gdy wpadła „na chwilę”.

– Parę lat. Nadal jest wygodny – odpowiedziałam, nie przeczuwając, do czego zmierza.

Kilka dni później przysłała link do nowego. Twardy, ortopedyczny, „dobry dla kręgosłupa”. I dodatek – nowy stelaż. Całość nie była tania, ale ona już złożyła zamówienie. Ot, prezent „dla zdrowia”. Mój mąż był zachwycony.

– Mama się zna, miała problemy z kręgosłupem, wie, co dobre – mówił, składając zamówienie. Nawet nie zapytał, czy ja chcę.

A potem było gorzej. Weszła do naszej sypialni bez pukania, kiedy rozpakowywaliśmy paczkę. Oceniła kolor narzuty, skomentowała zasłony.

– Tu powinny być jaśniejsze. I dwie lampki, nie jedna. Po jednej stronie to wygląda... samotnie – rzuciła i roześmiała się z własnego żartu.

Stałam w tym pokoju jak gość. On śmiał się razem z nią. Jakby nie widzieli, że to mój kąt. Moje miejsce. Moje łóżko. Tylko że już nie moje. Nawet ono było teraz zaprojektowane przez nią.

Nie chcę już tego słyszeć

Kiedy po raz kolejny usłyszałam: „Mama mówi, że…”, coś we mnie zgasło. Nie płakałam. Nie krzyczałam. Siedziałam przy stole i patrzyłam na męża, który opowiadał, że jego mama poleciła firmę do mycia okien. Taką sprawdzoną, pewną. Ja przecież „i tak nie mam głowy do takich rzeczy”.

Nie odpowiedziałam. Zamiast tego wstałam i zaczęłam zbierać talerze. Mechanicznie. Jakby każde słowo, które wcześniej wypowiedział, odbierało mi po kawałku poczucia, że jestem częścią tej relacji.

– Ej, nie przesadzaj, co się z tobą dzieje? – zapytał, gdy zauważył moją ciszę.

– A ty nie zauważasz, że twoją żoną powinna być twoja mama, nie ja? – wypaliłam. Nawet nie planowałam tego mówić. Po prostu w końcu wyleciało.

Zamarł. Po raz pierwszy od dawna nie miał przygotowanej odpowiedzi. Spojrzał na mnie jak na obcą.

– Przesadzasz – powiedział w końcu, ale głos miał cichszy niż zwykle.

Wyszłam do sypialni. Usiadłam na nowym materacu. Na tym, który miał być „dla nas”. I zaczęłam się zastanawiać, czy jest jeszcze jakieś „nas”.

Niech zostawi nas w spokoju

Nie mówiłam nic przez kilka dni. Robiłam swoje, chodziłam do pracy, przygotowywałam kolacje, ale wszystko jakby w zawieszeniu. Mój mąż próbował się zachowywać normalnie. Odzywał się częściej niż zwykle, robił kawę rano, zapytał nawet, czy nie chcę iść do kina. Odrzucałam to, ale bez złości. Po prostu nie miałam już siły udawać.

W sobotę zapowiedziała się jego mama. Znów „na chwilę”. Usiadła w salonie i zaczęła rozmawiać, jakby nic się nie działo. Komentowała pogodę, ceny masła, program w telewizji. W końcu spojrzała na mnie i zapytała:

– A ty, kochanie, nie uważasz, że powinniście przemalować ściany w sypialni? Taki błękitny byłby idealny.

Zanim zdążyłam odpowiedzieć, mój mąż wstał. Powoli, jakby wreszcie coś w nim dojrzało. Podszedł do niej i powiedział cicho, ale stanowczo:

– Mamo, zostaw nas w spokoju.

Zrobiło się cicho. Ona wyglądała, jakby nie dowierzała. Ja również. Po jej wyjściu usiedliśmy w kuchni. Spojrzał na mnie.

– Przepraszam – powiedział. – Naprawdę. Widziałem, że cię tracę.

Nie odpowiedziałam. Jeszcze nie. Ale wtedy po raz pierwszy od dawna poczułam, że może warto poczekać, co dalej.

Izabela, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama