„Mój mąż to leser jakich mało. Mam dość bycia jego służącą i nadskakiwania mu na każdym kroku”
„Nie pamiętam, kiedy ostatni raz zrobił zakupy. Gdy wysłałam go po mleko, wrócił z chipsami, bo mleka już nie było. A przecież ten facet kiedyś umiał być zaradny. Czasem mam wrażenie, że kiedyś miałam męża, a dziś mam dorosłego syna. Tylko że bez uroczych dziecięcych cech”.

Nie wiem, kiedy dokładnie to się stało, ale z żony zmieniłam się w gosposię. Gotuję, sprzątam, piorę, robię zakupy, a on? Ogląda mecze i przekłada się z boku na bok. Na początku tłumaczyłam go zmęczeniem, potem chwilowym kryzysem, ale ile można? Od miesięcy słyszę te same wymówki i obietnice poprawy, które nigdy nie nadchodzą. Kocham go, ale czuję się wykorzystywana. Zasługuję na szacunek, nie na bycie służącą we własnym domu. Ile można dawać, nie dostając nic w zamian?
Dzień jak co dzień
– Wstawaj, spóźnisz się – szepnęłam łagodnie, odsłaniając rolety. Słońce leniwie zaglądało do naszej sypialni, ale mój mąż nie zareagował. Tylko mruknął coś pod nosem i przewrócił się na drugi bok.
– Jeszcze pięć minut...
Te jego pięć minut potrafiło się rozciągać do południa, jeśli akurat nie miał nic ważnego do załatwienia. Ostatnio nie miał nigdy. Wstałam więc, tak jak każdego dnia – pierwsza. Zaparzyłam kawę, zrobiłam kanapki, ogarnęłam kuchnię. W tle słyszałam telewizor – poranny program, potem sport, potem coś o samochodach. On z pilotem w ręku, ja z odkurzaczem.
– Może byś w końcu wziął się za ten kran, przecieka trzeci tydzień – rzuciłam z kuchni, próbując nie brzmieć jak zrzędząca żona.
– Dobra, dobra. Jutro.
Jutro. Słowo, które w jego słowniku oznaczało „nigdy”. Wzięłam ścierkę, ścisnęłam szczękę i poszłam wycierać kurze. Przypomniałam sobie, że kiedyś mówił: „Z tobą to ja mogę konie kraść”. Teraz mam wrażenie, że te konie muszę sama poić, karmić i sprzątać po nich oborę. A on? Czeka, aż mu jeszcze siodło podam pod nos.
Wszystko na mojej głowie
Kiedyś myślałam, że partnerstwo polega na dzieleniu się obowiązkami. Naiwnie wierzyłam, że jak ja zrobię pranie, to on powiesi. Jak ja ugotuję, to on pozmywa. Rzeczywistość jednak wyglądała inaczej – ja robiłam wszystko, a on od lat odpoczywał po pracy. Tyle że tej pracy było coraz mniej. Dorywcze zlecenia, kilka godzin miesięcznie, za które i tak pensja trafiała na jego konto, a rachunki – na moje barki.
– Kochanie, zapłaciłaś za gaz? Bo coś mi się tam na liczniku świeci – zapytał raz, jakby mnie to nie obchodziło bardziej niż jego.
– A ty zapłaciłeś? – odbiłam piłeczkę, licząc na choć odrobinę refleksji.
– No przecież nie mam z czego. Przecież wiesz, że teraz słabo z kasą.
Oczywiście, że wiedziałam. Bo wszystko leciało z mojego konta. Kredyt, zakupy, leki dla jego matki, paliwo, jedzenie. Nawet abonament za jego ulubiony kanał sportowy.
Nie pamiętam, kiedy ostatni raz zrobił zakupy. Gdy wysłałam go po mleko, wrócił z chipsami i piwem, bo mleka już nie było. A przecież ten facet kiedyś umiał być zaradny. Czasem mam wrażenie, że kiedyś miałam męża, a dziś mam dorosłego syna. Tylko że bez uroczych dziecięcych cech.
Tyle daję, a nic nie dostaję
W sobotę od rana biegałam z mopem, ścierką i odkurzaczem. Mąż leżał na kanapie i nawet nie zapytał, czy mi pomóc. Gdy weszłam do pokoju z miską prania, spojrzał na mnie jakby z wyrzutem.
– Musisz tak hałasować?
– Przepraszam, że przeszkadzam w twoim odpoczynku – odparłam, starając się nie wybuchnąć. – Może gdybyś coś zrobił, byłoby szybciej.
– Ja też się męczę, psychicznie – odpowiedział z powagą. – Ty przynajmniej masz rutynę, ja muszę się odnaleźć w tej nowej rzeczywistości.
Nowa rzeczywistość trwała od ponad roku, odkąd rzucił etat i uznał, że własna działalność to jego nowy plan na życie. Od tamtej pory mieliśmy mnóstwo planów, ale efektów – zero. Zasłaniał się kryzysem, konkurencją, wszystkim. Tylko nie sobą. Najbardziej bolało mnie to, że w jego oczach wciąż byłam tą złą. Złą, bo czasem się wkurzam. Złą, bo nie przytulam po całym dniu użerania się z robotą i domem. Złą, bo mam pretensje, że siedzi z telefonem, gdy ja dźwigam siaty z zakupami.vTyle daję, a on nie widzi. Tyle znoszę, a i tak czuję się winna. Czy tak wygląda miłość?
Czy moje łzy mają znaczenie?
Tamtego wieczoru pękłam. Nie krzyczałam. Nie rzucałam talerzami. Po prostu usiadłam przy stole z herbatą i powiedziałam spokojnie:
– Już nie daję rady. Czuję się samotna. Niewidzialna. Jakbyś mnie w ogóle nie potrzebował, tylko wykorzystywał.
Spojrzał na mnie zaskoczony, jakbym mówiła w obcym języku.
– O co ci chodzi? Przecież mamy wszystko. Nie biję cię, nie zdradzam, nie piję.
– Gratuluję, że spełniasz podstawowe normy człowieczeństwa – uśmiechnęłam się gorzko. – A co z resztą? Ze wsparciem, z rozmową, z pomocą? Z tym, że czuję się jak twoja matka, nie jak partnerka?
Milczał. Przez dłuższą chwilę tylko siorbał herbatę, jakby próbował przeczekać ten moment. A potem wypalił:
– Ty to zawsze wyolbrzymiasz. Znowu będziesz płakać?
– Moje łzy cię śmieszą? – zapytałam, czując jak gardło mi się zaciska.
– Nie śmieszą, ale mam też swoje problemy – odburknął, wstając od stołu.
Chciałam krzyknąć, że jego problemy to jego wygoda i lenistwo. Że ja też mam prawo być zmęczona. Tylko że wtedy zrozumiałam, że w tym związku tylko moje łzy są dramatem. Jego – to ciężar męskiego życia.
Kiedyś go kochałam
Zaczęłam się łapać na tym, że boję się wracać do domu. Nie, nie bije mnie. Nie krzyczy. Po prostu czuję się tam źle. Jak intruz, który ma gotować, sprzątać i się nie odzywać. Gdy mówię coś trudnego – przewraca oczami. Gdy milczę – zarzuca mi fochy. Gdy wychodzę z koleżanką – dopytuje, z kim, po co, na jak długo. Gdy siedzę w domu – mówi, że nudzę. Kiedyś marzyłam, żeby być blisko. Teraz marzę, żeby mieć święty spokój.
Ostatnio poszłam na spacer sama. Długo, bez celu. Przechadzałam się po mieście, patrzyłam na kobiety siedzące w kawiarniach, pary z dziećmi. I nagle pomyślałam: może ja już nie chcę tak żyć? Może się boję nie samotności, tylko tego, że nigdy nie będę szczęśliwa? Wróciłam do domu późno. On oczywiście nawet nie zauważył, że mnie długo nie było. Siedział z telefonem i rechotał z jakichś filmików.
– Długo cię nie było – mruknął, nie odrywając wzroku od ekranu.
– Musiałam przemyśleć kilka spraw – powiedziałam tylko.
– Ty i te twoje sprawy – przewrócił oczami.
Pomyślałam, że nie chcę tak kończyć życia. Obok człowieka, który nie widzi moich łez, nie słyszy moich słów i nie zna moich marzeń.
Czas, by wybrać siebie
Kiedy spojrzałam w lustro następnego ranka, zobaczyłam kobietę zmęczoną, ale nie złamaną. Wiedziałam już, że coś się we mnie zmieniło. Nie chciałam wojny, nie planowałam dramatycznych rozstań ani pakowania walizek w środku nocy. Chciałam tylko jednego – odzyskać siebie. Usiadłam z nim przy stole. Bez awantur, bez żalu. Powiedziałam spokojnie:
– Albo zaczniesz traktować mnie jak partnerkę, albo ja przestanę udawać, że jeszcze jesteśmy razem. Nie będę dłużej twoją kucharką, sprzątaczką i bankomatem. Masz wybór.
Na początku się śmiał. Potem zamilkł. Myślę, że po raz pierwszy zrozumiał, że nie blefuję. Że nie rzucam słów na wiatr. Nie odpowiedział nic. I dobrze. Bo tym razem to ja nie czekałam na odpowiedź.
Wyszłam. Do pracy, do życia, do normalności. Zdecydowałam, że zacznę oszczędzać – nie na wakacje czy nowy telewizor, ale na swoją przyszłość. I na spokój. Bo jeśli kiedyś znów pokocham, to tylko kogoś, kto mnie widzi. Kto będzie mnie szanował, zanim o to poproszę. A jeśli nie? To też dobrze. Lepiej być samej niż w duecie z kimś, kto myśli tylko o sobie.
Sylwia, 39 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Po Dniu Dziadka mój teść przestał odbierać telefon. Bolesna prawda wyszła na jaw dopiero w czasie ferii”
- „Mąż wymyślił, że mam zrobić obiad dla księdza, jak przyjdzie po kolędzie. Miałam się postarać i nie wygłupiać z rosołem”
- „Nie znoszę gotowania, a mąż mówi, że to obowiązek kobiety. Jeszcze słowo i będzie się żywił tylko jajecznicą”

