Reklama

Gdy mój mąż przechodził na emeryturę, myślałam, że w końcu go trochę odzyskam. Byliśmy razem prawie czterdzieści lat, a przez większość tego czasu czułam się jak rekwizyt w jego życiu – potrzebny, ale nigdy najważniejszy. Cicha żona, ciepła zupa, wyprane skarpety. Niewiele więcej.

Zmienił się

Wiktor nigdy nie należał do wylewnych. Słowo „kochanie” słyszałam od niego może trzy razy w życiu i raz to było przez sen. Aż nagle któregoś dnia zaczął chodzić do kościoła. Tak po prostu, codziennie rano, punktualnie o siódmej. Wstawał, golił się, zakładał czystą koszulę i wychodził. Wracał po godzinie spokojny, czasem nawet uśmiechnięty. Cieszyłam się, że w końcu coś go poruszyło, nawet jeśli to miał być tylko Pan Bóg. Któregoś dnia zadzwoniła nasza córka.

– Mama, wszystko w porządku u was?

– Tak, złotko. A czemu pytasz?

– Bo tata… ostatnio dzwonił i był taki inny, wesoły.

– Bo chodzi do kościoła – rzuciłam od niechcenia.
– Tata? Do kościoła? Przecież on zawsze mówił, że z księżmi lepiej nie gadać.

– No widzisz, a teraz to on pierwszy zaczyna rozmowy o modlitwie.

– Może się nawrócił na stare lata?

Nie odpowiedziałam, bo co miałam powiedzieć? Że od miesiąca nie potrafię się z nim dogadać, bo jakby odleciał w inny świat? Że coraz częściej mam wrażenie, jakby mieszkał z nami jeszcze ktoś – niewidzialny, ale bardzo obecny? Nie, tego nie mówi się córce.

Nie poznawałam go

Najpierw zauważyłam, że Wiktor przed wyjściem z domu spędzał coraz więcej czasu przed lustrem. To nie było normalne. Przez całe życie miał w nosie, czy koszula pasuje do swetra, a teraz stał przed szafą, przymierzał, kręcił się jak nastolatek przed randką. Woda po goleniu, czysta chusteczka w kieszeni, świeżo wypastowane buty. Czasem coś nucił pod nosem.

Na początku zbywałam to wzruszeniem ramion. Człowiek się zmienia, może naprawdę coś w nim drgnęło? Kiedy któregoś dnia poprosił mnie, żebym mu wyprasowała koszulę na niedzielę, a potem stał przed lustrem, poprawiając kołnierzyk, poczułam, jak rośnie we mnie niepokój. Nie był to ten sam Wiktor. Nie miałam odwagi zapytać, chociaż przeczuwałam, że coś się dzieje.

Któregoś dnia poszłam posłuchać plotek. Na ławce pod blokiem siedziała sąsiadka z trzeciego. Zawsze mówiła za dużo, a teraz nie trzeba było nawet zaczynać.

– Twój Wiktor to teraz w formie – rzuciła z uśmiechem. – Codziennie rano wychodzi, a z kościoła wcale nie wraca sam, oj nie… – zaśmiała się krótko i spojrzała na mnie.

Już nie wierzyłam w jego modlitwy. Wiedziałam, co się wyprawia na tych porannych mszach.

Miałam podejrzenia

Następnego dnia rano ubrałam się szybko i powiedziałam, że mam sprawę w centrum. Kiedy tylko Wiktor wyszedł, odczekałam kilka minut, włożyłam buty i wyszłam za nim. Szłam na tyle daleko, żeby mnie nie zauważył, ale na tyle blisko, żeby go nie zgubić.

Weszłam za nim do kościoła. Msza już trwała. Usiadłam w ostatnim rzędzie z tyłu. Ludzi było mało, więc nie miałam problemu, by wypatrzyć Wiktora. Siedział w pierwszej ławce po lewej stronie, a obok niego jakaś kobieta. Kiedy skończyła się msza, wyszłam pierwsza i schowałam się za murkiem. Chwilę później wyszedł mój mąż, a za nim ta kobieta, która siedziała koło niego Wzięła go pod ramię, jakby to było normalne, jakby to robiła od miesięcy.

Serce waliło mi w piersi. Szli powoli w stronę parkingu, rozmawiali, śmiali się. Wiktor położył jej dłoń na plecach, kiedy przechodzili przez jezdnię, jakby chciał ją ochronić. Jak mężczyzna, który wie, że jest potrzebny. Stałam tam długo, aż zniknęli za rogiem, potem wróciłam do domu.

Podjęłam decyzję

W sobotę wstałam o świcie, było jeszcze ciemno. Zaparzyłam kawę, usiadłam przy stole i patrzyłam na drzwi. Wiktor zawsze wychodził o tej samej porze, jakby był zaprogramowany. Zawsze tak samo, w tej samej kolejności – łazienka, przedpokój, płaszcz, klucze. Zanim zdążył włożyć buty, powiedziałam cicho:

– Nie idź dzisiaj.

Zamarł. Odwrócił się i patrzył na mnie przez chwilę.

– Dlaczego?

– Bo dzisiaj nie będzie mszy. Dzisiaj zostajesz w domu.

Zmarszczył brwi, ale nie zapytał o nic więcej. Odłożył klucze, zdjął płaszcz. Potem wziął swój kubek z herbatą i usiadł naprzeciwko mnie. Siedzieliśmy tak przez chwilę w ciszy, potem wstałam, wyszłam do sypialni, otworzyłam szafę i wyjęłam walizkę. Postawiłam ją na środku kuchni.

– Spakuj się.

Zostałam sama

Nie zapytał, dlaczego, ale nie ruszał się z miejsca. Patrzył na mnie jak na wariatkę.

– Wiesz, dlaczego, prawda? – powiedziałam.

Milczał, a ja kontynuowałam, nie patrząc na niego.

– Widziałam was razem przed kościołem, kiedy trzymałeś ją za rękę jak jakąś świętość. Myślałeś, że nie zauważę? Że jestem ślepa?

Wstał i spojrzał na mnie jak na kobietę, której nie zna.

– Pelagio, to nie tak…

– Nie kończ, nie tłumacz się – spojrzałam mu prosto w oczy. – Myślałeś, że nie zauważę?

Chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował. Powolnym krokiem przeszedł do sypialni, Otworzył szafę. Usłyszałam stukanie wieszaków. Spakował się bez słowa, tak jak przez lata wracał z pracy – w ciszy. Kiedy wyszedł z sypialni z walizką w ręce, nie powiedziałam nic. Nie pytałam, dokąd pójdzie, nie kazałam mu wracać. Otworzyłam drzwi. Stanął na progu, odwrócił się.

– To nie było tak. My tylko rozmawialiśmy.

– Ja też kiedyś chciałam rozmawiać, ale ciebie już to nie obchodziło.

Zamknęłam drzwi, zanim zdążył coś jeszcze powiedzieć, i zostałam sama.

Niczego nie żałuję

Następnego dnia zadzwoniła moja córka. Długo nie odbierałam, ale w końcu wcisnęłam zieloną słuchawkę.

– Cześć, mamo. Wszystko w porządku?

– Tak – powiedziałam. – W porządku.

– A tata? Coś się stało?

Zawahałam się. Chciałam powiedzieć, że jest w sklepie albo że poszedł na spacer, ale nie potrafiłam się już cofać.

– Tata się wyprowadził.

Z drugiej strony zrobiło się cicho.

– Jak to? – spytała.

– Kazałam mu się wynieść. Miałam powody.

– Mamo… – zaczęła, ale urwała. – Chcesz, żebym przyjechała?

– Nie. Dam sobie radę.

Nie ciągnęła tematu. Czuła, że to nie jest rozmowa na teraz. Któregoś dnia i spojrzałam w lustro, na kobietę z siwymi włosami, zmarszczkami, ale z oczami, które nie szukają aprobaty. I wtedy pomyślałam: „Nie potrzebuję już, żeby ktoś za mnie się modlił. Sama wiem, czego chcę”. Nie wiem, co będzie dalej, ale po raz pierwszy to „dalej” nie budzi we mnie strachu. Nie czekam już na nic, nie mam złudzeń, ale też nie czuję się pusta.

Pelagia, 65 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama