Reklama

Mój mąż zawsze był skrupulatny, ale dopiero po ślubie zrozumiałam, co to naprawdę znaczy. Każda złotówka musiała mieć swoje uzasadnienie. Paragony trzymał w specjalnym segregatorze, a ja – chcąc nie chcąc – musiałam mu je dostarczać. Z czasem przestałam kupować cokolwiek bez stresu. Nawet zwykłe zakupy spożywcze budziły we mnie niepokój. Bałam się, że znów coś źle zrobiłam, że wydałam za dużo, że „przepłaciłam”. Musiałam się tłumaczyć z każdej rzeczy – nawet z nowej pasty do zębów. Czułam się jak dziecko, które po kryjomu zjada czekoladę i potem boi się przyznać.

Zeszyt na wydatki

Na początku to był tylko notes. Taki zwykły, w kratkę. Leżał na komodzie w przedpokoju i miał służyć do „lepszej organizacji domowego budżetu”. Tak powiedział Michał, kiedy mi go pokazał.

Wpisujmy tam wszystko, co kupujemy. Dzięki temu zobaczymy, na co idą pieniądze. To tylko eksperyment – zapewnił mnie z uśmiechem.

Zgodziłam się. W sumie brzmiało to rozsądnie. Przez pierwszy tydzień nawet mnie to bawiło – wpisywałam wszystko: chleb, mleko, jabłka, nawet bilet na tramwaj. Ale potem coś się zmieniło.

– Po co ci ta czekolada? – zapytał pewnego wieczoru, przeglądając zeszyt.

– Miałam ochotę – odpowiedziałam, zaskoczona tonem jego głosu.

– No tak, ale przecież mamy owoce – rzucił, odkładając długopis.

Od tamtej pory każda rozmowa o zakupach zaczynała się od pytania: „Masz paragon?”. Jeśli nie miałam, zapadała cisza. Michał nie podnosił głosu, nie krzyczał. Po prostu patrzył na mnie tak, że czułam się winna. Jakby brak paragonu był czymś nieuczciwym. Zeszyt z przedpokoju szybko przeniósł się do kuchni. Leżał teraz obok lodówki, otwarty, gotowy na kolejne zapiski. I już nie był „eksperymentem”. Stał się obowiązkiem.

Czuję się jak złodziejka

Zaczęłam ukrywać zakupy. Brzmi absurdalnie, wiem. Pasta do zębów? Kupowałam ją między wierszami innych spraw. Skarpetki? Wrzucałam do torby z warzywami, licząc, że się nie zorientuje. Niby nie robiłam nic złego, ale serce biło mi szybciej za każdym razem, gdy przekraczałam próg domu z siatką w ręce.

– Co kupiłaś? – pytał Michał, zanim jeszcze zdążyłam zdjąć buty.

– Nic szczególnego. Mleko, jogurt, bułki – odpowiadałam odruchowo, mijając go w korytarzu.

– Masz paragony? – mówił spokojnie, bez emocji, ale w jego głosie była czujność. Taka, jaką mają strażnicy na granicy.

Kiedyś nie wytrzymałam. Kupiłam sobie balsam do ciała. Tani, zwykły, pachnący wanilią. Zostawiłam go w łazience. Myślałam, że nie zauważy.

– Skąd ten balsam? – zapytał wieczorem, jakby mimochodem.

– Kupiłam. Skończył mi się.

– A wpiszesz go do zeszytu?

– Naprawdę muszę? To tylko balsam...

Każdy wydatek się liczy. Pamiętasz? Ustaliliśmy to razem.

Nie odpowiedziałam. Miał rację – ustaliliśmy. Tylko że ja wtedy jeszcze nie wiedziałam, że będę przez to czuć się jak złodziejka.

Skarpety to za dużo

Pewnego dnia wracając z pracy, weszłam do sklepu z odzieżą. Na wyprzedaży były grube, bawełniane skarpety – trzy pary za dziewięć złotych. Wzięłam bez wahania. Stare miały dziury, a zima szła. W domu położyłam je na półce, nie chowając, nie planując żadnych gierek. Chciałam po prostu normalnie funkcjonować.

– Nowe skarpety? – Michał zauważył je po dwóch dniach. – Kiedy je kupiłaś?

– W poniedziałek, wracając z pracy.

– Paragon?

– Wyrzuciłam. Myślałam, że dziewięć złotych nie zrobi różnicy...

– To nie chodzi o kwotę – przerwał mi. – Chodzi o zasady. Mamy się rozliczać. Wspólnie.

– Michał, to tylko skarpety – odparłam, starając się mówić spokojnie.

– Właśnie. Tylko skarpety. A co, jeśli następnym razem to będzie coś droższego? Skąd mam wiedzieć?

Zamilkłam. Nie miałam odpowiedzi. Czułam się, jakbym coś ukradła. On nie krzyczał, nie robił awantur. To było gorsze. Cisza, zawód w oczach, lekki uśmiech pełen niezrozumienia. Wieczorem wpisał skarpety do zeszytu. Obok napisał: „bez paragonu”. Podkreślił to dwa razy.

Cisza w łazience

Z czasem unikałam wspólnych zakupów. Wolałam iść sama – szybciej, ciszej, bez oceny. Michał, zauważywszy to, zaczął dopytywać, kiedy dokładnie robiłam zakupy i co konkretnie kupiłam. Długo rozmawiał o przejrzystości w związku. Mówił to z troską, jakby naprawdę wierzył, że robi to dla nas. Może i wierzył. Tylko że ja zaczynałam czuć się, jakby ktoś mnie stale obserwował.

Pewnego dnia w łazience kończył się szampon. Michał sam to zauważył.

– Trzeba kupić nowy – rzucił mimochodem.

Kupiłam go następnego dnia. W drogerii była promocja – dorzuciłam odżywkę do włosów. Wróciłam, postawiłam wszystko na półce, jak zawsze. Wieczorem w łazience zapadła cisza. Taka ciężka, napięta.

– Kupiłaś też odżywkę? – zapytał, wychodząc spod prysznica.

– Tak. Była w promocji. Dziesięć złotych.

– Wpisałaś to?

– Jeszcze nie.

– To proszę, wpisz. I zostaw mi paragon.

Bez słowa wyszłam z łazienki. W kuchni otworzyłam zeszyt i spojrzałam na rzędy wydatków. Pomiędzy mlekiem, masłem i papierem toaletowym pojawiło się moje imię. Michał zaznaczał, kto co kupił. W mojej kolumnie było coraz więcej dopisków: „brak paragonu”, „sprawdzić”, „czy potrzebne?”.

Nie chodziło tylko o paragony

Zaczęłam się zastanawiać, kiedy przestaliśmy być partnerami. Może nigdy nimi nie byliśmy? Coraz częściej siedziałam wieczorami w kuchni, patrząc na zeszyt, jak na symbol czegoś większego. To nie był już tylko zeszyt na wydatki. To było narzędzie kontroli. Któregoś dnia wróciłam późno z pracy. Michał siedział przy stole, zeszyt otwarty, obok kalkulator.

– Brakuje piętnastu złotych – powiedział cicho. – Z wczoraj. Co to było?

– Bułki. I kawa.

– Kawa? W pracy przecież jest.

– Miałam ochotę na inną. Kupiłam sobie taką małą, do ręki.

Znowu bez paragonu?

Pokiwałam głową.

– Kochanie – westchnął – to nie chodzi o pieniądze. Chodzi o zaufanie.

Zaufanie. Słowo, które tak łatwo się wypowiada, a tak trudno odzyskuje, kiedy zacznie się je mierzyć paragrafami.

– A ja mam wrażenie, że muszę się tłumaczyć z każdego łyka kawy – odpowiedziałam spokojnie.

– Bo robisz rzeczy za moimi plecami. To boli – odpowiedział, nie patrząc mi w oczy.

Wtedy dotarło do mnie, że ta cała kontrola nie była tylko o finansach. Chodziło o coś głębszego – potrzebę panowania nad wszystkim. Nawet moimi małymi przyjemnościami.

Pora na podsumowanie

Pewnego popołudnia, wracając z pracy, usiadłam na ławce pod blokiem. Trzymałam w dłoni paragon z piekarni – dwa rogaliki i herbata w papierowym kubku. Paragon nie miał już dla mnie wartości, a jednocześnie był symbolem wszystkiego, co się między nami zepsuło. Zdałam sobie sprawę, że więcej czasu spędzam na myśleniu, czy mogę kupić coś dla siebie, niż na cieszeniu się tym, co mam.

Wieczorem nie otworzyłam zeszytu. Wzięłam torbę i poszłam na spacer. Bez celu, bez telefonu. Potrzebowałam chwili ciszy, ale innej niż ta, którą znałam z naszego mieszkania. Takiej, która nie boli. Michał dzwonił kilka razy. Odpisałam tylko: „Wrócę później”.

Wróciłam późno. Nie było kłótni. Była rozmowa. Długa, spokojna, z trudnymi pytaniami i jeszcze trudniejszymi odpowiedziami. Powiedziałam mu, że się duszę. Że nie chcę się już bać skarpetek i pasty do zębów. Że jeśli mamy być razem, to nie może być w związku księgowego i podejrzanej. Nie wiem, czy coś się zmieni na zawsze. Ale tego dnia zamknęłam zeszyt. A następnego ranka nie spisałam wydatków.

Izabela, 37 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama