Reklama

Nigdy nie uważałam się za feministkę, ale też nie byłam kobietą, która znosiła wszystko w milczeniu. W naszym małżeństwie panował balans – wspólne decyzje, podział obowiązków, szacunek. Przynajmniej do czasu. Wszystko zmieniło się po jednej wizycie u jego rodziców. Nie wiem, co wtedy się wydarzyło, ale po powrocie miałam wrażenie, że mąż zamienił się w kopię własnego ojca. Z dnia na dzień stałam się kimś w rodzaju domowej pomocnicy. Najgorsze, że jego matka zdawała się w tym układzie odnajdywać z niepokojącą satysfakcją. A ja zaczęłam się dusić.

Nowy porządek po urlopie

Wróciliśmy z urlopu późnym wieczorem. Byłam zmęczona, ale zadowolona – dzieci szczęśliwe, pogoda dopisała, a my wreszcie mieliśmy trochę czasu dla siebie. Marzyłam o kąpieli i kubku herbaty. Zdjęłam buty, rzuciłam torbę na podłogę i uśmiechnęłam się do męża.

– Kochanie, może zrobisz nam herbaty? Ja się rozpakuję – zaproponowałam lekko.

– Ja? – spojrzał na mnie zaskoczony. – Ty zawsze robisz herbatę. I chyba nie zamierzasz zostawić tego bałaganu, co?

Zamarłam. Jeszcze kilka dni temu sam odganiał mnie od garów i kazał odpoczywać. Teraz mówił tonem, jakiego nigdy wcześniej nie słyszałam. Jakbym była jego praczką, kucharką i sprzątaczką w jednym.

– Przecież dopiero wróciliśmy z podróży, ogarniemy razem – próbowałam załagodzić.

– Ojciec mówił, że jak kobieta od początku się rozleniwi, to potem wszystko się wali. Matka zawsze po powrocie wszystko rozkładała, ogarniała, gotowała. I jakoś żyje.

Zrobiło mi się zimno. Nie odpowiedziałam. Wzięłam torbę i weszłam do sypialni. Próbowałam sobie wytłumaczyć, że to zmęczenie, że mu przejdzie. Ale nie przeszło. Zaczęło się pogłębiać.

Teść wie najlepiej

Zawsze miał specyficzne podejście do ojca – z jednej strony się buntował, z drugiej pragnął jego aprobaty. W czasie urlopu pojechaliśmy na dwa dni do jego rodziców. Ja byłam zmęczona, chciałam wracać wcześniej, ale mąż się uparł. „Tata chce pogadać, mam trochę do przemyślenia” – rzucił, a ja naiwnie pomyślałam, że chodzi o jakąś pracę czy inwestycję.

Dopiero po powrocie zrozumiałam, o czym naprawdę rozmawiali. Zaczęło się od drobnych komentarzy. Jak przy mnie zostawił kubek po herbacie i powiedział:

– Zobaczysz, tak będzie porządek. Ojciec mówił, że jak facet zaczyna zmywać, to kobieta w końcu mu siądzie na głowę.

Albo gdy westchnęłam, że nie mam już siły gotować codziennie dwóch dań.

– A moja matka jakoś dawała radę. Nigdy nie narzekała. Nie było wymówek – rzucił z przekąsem.

Nagle wszystko było porównaniem do „jak to robiła matka” i „co mówił ojciec”. Nie mogłam pojąć, jak to się stało, że mój partner – dotąd czuły i zaangażowany – stał się wyrocznią z poradnika o domowym patriarchacie. Próbowałam rozmawiać. Mówiłam, że mi przykro. Że czuję się zmęczona i niedoceniana.

– Przesadzasz – skwitował. – Za bardzo się słuchasz tych nowoczesnych bzdur z internetu.

Matka zawsze ma rację

Teściowa nigdy nie była wylewna, ale też nie wchodziła nam w życie. Do czasu. Zaczęła dzwonić częściej, niby to pytać, jak dzieci, jak praca, a po chwili zjeżdżała na temat domu.

– Michał mówił, że jesteś zmęczona. Ja w waszym wieku ogarniałam troje dzieci, dom i jeszcze chodziłam do pracy na pół etatu. Żadna kobieta od roboty jeszcze nie umarła – rzuciła ostatnio przez telefon takim tonem, jakby udzielała mi życiowej lekcji.

Milczałam. Nie miałam siły się tłumaczyć. Nie wspomniała, że jej mąż nigdy nie pomagał. Że w ich domu panowała cisza i posłuszeństwo. Że nikt nie mówił o emocjach, zmęczeniu czy potrzebach. A ona w tym wszystkim wyglądała raczej jak cień człowieka niż szczęśliwa kobieta.

Michał coraz częściej powtarzał: „Mama mówiła, że…” albo „Tata miał rację, że…”. To „rodzinne doradztwo” zaczęło być naszą codziennością. Już nie podejmowaliśmy decyzji razem – wszystko miało być po „ichniejszemu”. Nawet w sprawach tak prostych jak obiad czy kupno ręczników.

Najgorsze? On naprawdę wierzył, że robi dobrze. Że przywraca naturalny porządek. A ja? Ja zaczęłam czuć się jak niechciany dodatek do tej jego nowej, rodzinnej ideologii.

Kuchnia, dzieci, obowiązki

Pamiętam dzień, kiedy Michał przyszedł z pracy, zdjął buty i rzucił:

– Obiad gotowy? Przemek był głodny, jak go odbierałem.

Nie zapytał, czy miałam ciężki dzień, czy coś mnie boli. Nie interesowało go, że młodsza miała gorączkę i pół nocy nie spałam. Miałam być gotowa, uśmiechnięta i sprawna. Najlepiej z zupą w jednej ręce i schabowym w drugiej.

Wzięłam głęboki oddech i wskazałam kuchnię.

– Nie ma obiadu. Nie zdążyłam.

Spojrzał na mnie jak na leniwą nastolatkę.

– Gdybyś lepiej organizowała czas, zdążyłabyś. Matka zawsze powtarza, że dobra gospodyni potrafi zrobić trzy rzeczy naraz. A ty? Siedzisz i marudzisz.

Nie odparłam nic. Usiadłam na krześle w kuchni, w ręku trzymałam kubek z zimną herbatą, której nawet nie miałam kiedy dopić. Patrzyłam na zlew pełen naczyń, podłogę do umycia i pranie, które czekało od wczoraj. Wieczorem, gdy dzieci spały, Michał zasugerował, że może powinnam rzucić pracę, skoro tak ciężko mi ogarnąć dom.

– Moja mama nie pracowała, dopóki dzieci nie poszły do szkoły. I wszystko działało.

Poczułam się jak służąca, nie partnerka.

Jedna iskra wystarczy

Wszystko we mnie buzowało. Przez kilka tygodni łykałam gorzkie słowa i spojrzenia pełne dezaprobaty. Odbierałam dzieci, gotowałam, sprzątałam, wieczorami siadałam do pracy, którą ledwo ciągnęłam. Michał był coraz bardziej obojętny. Kiedyś potrafił mnie objąć, zapytać, jak się czuję. Teraz przemykał obok mnie jak obok mebla.

Aż pewnego dnia zapomniał odebrać córkę z przedszkola. Po prostu zapomniał. Zadzwoniła do mnie zapłakana pani, że już zamykają, a dziecko wciąż siedzi w kącie, tuląc misia.

– Myślałem, że ty to zrobisz – rzucił Michał bez cienia skruchy, gdy wpadłam do domu roztrzęsiona.

– Myślałeś? Myślałeś, że ogarnę wszystko jak zwykle? – głos mi się trząsł.

– Nie drzyj się, tylko się lepiej zorganizuj – mruknął, nie podnosząc wzroku znad telefonu.

Podeszłam, wyrwałam mu urządzenie z dłoni i rzuciłam na stół.

– Wiesz co? Może nie jestem idealną gospodynią. Może nie jestem jak twoja matka. Ale przynajmniej jestem człowiekiem. A ty mnie w tym domu odczłowieczyłeś.

Pierwszy raz od dawna zrobiło się cicho.

Nie jestem od sprzątania

Nie spaliśmy tej nocy razem. Michał zamknął się w salonie, ja wzięłam poduszkę i poszłam do dzieci. Położyłam się obok córki, która wtuliła się we mnie jak mały kot. Patrzyłam w sufit i układałam w głowie słowa, które chciałam mu powiedzieć od dawna. Rano przy śniadaniu milczeliśmy. On patrzył w talerz, ja – na zegarek. Musiałam jechać do pracy. Przed wyjściem spojrzałam na niego i powiedziałam spokojnie:

– Nie będę się tłumaczyć, nie będę cię przekonywać. Albo jesteśmy partnerami, albo jesteśmy niczym. Nie po to wychodziłam za mąż, żeby być kimś na kształt służącej. Jeśli chcesz powtórzyć życie swoich rodziców, znajdź sobie kogoś, kto będzie ci pasował do tej roli. Ja nią nie jestem.

Nie odpowiedział. Zostawiłam go z tymi słowami i wyszłam. Kilka dni później sam zrobił zakupy, uprał rzeczy dzieci i... ugotował rosół. Bez komentarza. Po prostu. Czy to coś zmieniło? Jeszcze nie wiem. Ale wiem jedno – pozwalając się traktować jak cień, zgubiłam siebie. I teraz zamierzam się odnaleźć. Niezależnie od tego, czy on pójdzie za mną.

Natalia, 35 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama