„Mój mąż na rocznicę kupił mi drobiazg i oczekiwał podziękowań na kolanach. Wypominał mi to każdego dnia”
„Z początku zrobiło mi się głupio, choć nie umiałam powiedzieć dlaczego. W głowie zaczęłam przeglądać własne reakcje, gesty, słowa. Czy faktycznie byłam niewdzięczna? Czy powinnam była bardziej się ucieszyć, dłużej mówić, częściej wracać do tematu?”.

Byłam przekonana, że mamy spokojny związek. Taki bez wielkich dramatów, za to z drobnymi zgrzytami, które zawsze starałam się wygładzać. To ja pilnowałam tonu rozmów, odpuszczałam, gdy atmosfera gęstniała. Nasza rocznica nie miała dla mnie większego znaczenia, więc niewielki prezent od Jarka przyjęłam z uśmiechem. Podziękowałam, przytuliłam go i odłożyłam drobiazg na półkę. A jednak gdzieś pod skórą zostało mi nieprzyjemne ukłucie, jakby ten gest był bardziej odhaczonym obowiązkiem niż spontaniczną czułością. Wtedy jeszcze nie umiałam tego nazwać.
Temat prezentu wciąż wracał
Pierwsza poważniejsza sprzeczka wybuchła zupełnie niepozornie. Chodziło o kolację u jego znajomych, na którą spóźniliśmy się przez korek. Jarek od początku był napięty, a ja próbowałam rozładować sytuację żartem.
– Przecież nic się nie stało, wszyscy i tak dopiero zaczynali – powiedziałam cicho, kiedy weszliśmy do kuchni.
– Zawsze musisz wszystko bagatelizować – odburknął, nie patrząc na mnie.
Poczułam znajome ukłucie żalu. To było jedno z tych zdań, po których automatycznie zaczynałam się tłumaczyć, choć nie byłam pewna, z czego.
– Nie bagatelizuję, po prostu… nie widzę powodu do nerwów – odpowiedziałam ostrożnie.
Jarek w końcu na mnie spojrzał. Jego twarz była zamknięta, chłodna.
– Jasne. Najlepiej udawać, że wszystko jest dobrze. Tak jak zresztą zawsze.
Zamilkłam. Czekałam, aż zmieni temat, aż napięcie opadnie. Zamiast tego westchnął ciężko i rzucił:
– Wiesz co, czasem mam wrażenie, że kompletnie nie doceniasz tego, co dla ciebie robię.
Zaskoczyło mnie to.
– Ale o co ci chodzi? – zapytałam szczerze zdziwiona.
– Choćby o ten prezent na rocznicę. Nawet nie było widać, żeby zrobił na tobie wrażenie.
Przez chwilę myślałam, że źle usłyszałam.
– Jarek, podziękowałam ci. Było mi miło – powiedziałam powoli.
– Miło? – prychnął. – Właśnie o tym mówię. Zero entuzjazmu. A ja się postarałem.
Poczułam, jak robi mi się gorąco. Postarał się? Ten prezent pojawił się nagle, jakby ktoś wrzucił go do rozmowy na siłę.
– Przecież to nie ma żadnego związku z tym, że się spóźniliśmy – zauważyłam niepewnie.
– Ma. Bo pokazuje, jakie masz podejście. Ja coś od siebie daję, a ty przechodzisz nad tym do porządku dziennego.
Zrobiło mi się głupio, choć nie umiałam powiedzieć dlaczego. W głowie zaczęłam szybko przeglądać własne reakcje, gesty, słowa. Czy faktycznie byłam niewdzięczna? Czy powinnam była bardziej się ucieszyć, dłużej mówić, częściej wracać do tematu?
Tego wieczoru wróciliśmy do domu w ciszy. Leżąc w łóżku, myślałam o tym, jak drobny upominek nagle urósł do rangi argumentu. O tym, czy wdzięczność ma swój termin ważności i czy miłość naprawdę da się przypominać przy każdej okazji.
Do wszystkiego miał pretensje
W kolejnych tygodniach zaczęłam zauważać schemat, którego wcześniej nie chciałam widzieć. Każde drobne nieporozumienie kończyło się tym samym. Prezent wracał w każdej kłótni. Zawsze w innym opakowaniu, ale z identycznym ciężarem. Najpierw była rozmowa o weekendzie, który chciałam spędzić u siostry.
– Znowu tam jedziesz? – zapytał Jarek, opierając się o framugę drzwi. – Ostatnio mam wrażenie, że w ogóle cię tu nie ma.
– To tylko dwa dni – odpowiedziałam spokojnie. – Dawno się nie widziałyśmy.
Pokręcił głową.
– Jasne. A ja? Ja się staram, pamiętam o takich rzeczach jak rocznice, a ty nawet nie potrafisz tu być, kiedy trzeba.
Zamarłam.
– Dlaczego znowu do tego wracasz? – zapytałam ciszej. – Przecież to nie ma nic wspólnego.
– Ma. Wszystko ma – odparł. – Gdybyś bardziej doceniała to, co robię, może byś się zastanowiła.
Po tej rozmowie długo siedziałam sama w salonie. Czułam wstyd, który nie miał konkretnego źródła. Zaczęłam się zastanawiać, czy faktycznie biorę za dużo, a daję za mało. Czy powinnam częściej podkreślać wdzięczność, bardziej uważać na słowa, na decyzje.
Potem była sprzeczka o pieniądze. I znów to samo.
– Nie musiałem ci nic kupować – powiedział z wyrzutem. – Ale zrobiłem to, bo mi zależało.
– Jarek, nikt cię do tego nie zmuszał – odpowiedziałam, czując, jak narasta we mnie złość.
– Właśnie. A mimo to zrobiłem coś od siebie.
Te słowa utkwiły mi w głowie. „Od siebie”. Jakby był to jedyny dowód jego zaangażowania, który należało wyciągać za każdym razem.
Zaczęłam żyć ostrożniej. Ważyłam zdania, analizowałam reakcje. Każdy mój sprzeciw kończył się przypomnieniem, że przecież „on się stara”. Czułam się, jakbym miała wobec niego dług, którego wysokości nigdy nie znałam. A lista przewinień rosła, choć nikt jej nie spisywał.
Były dni, kiedy chciałam przeprosić tylko po to, by mieć spokój. Potem przychodziła złość, że w ogóle o tym myślę. A na końcu smutek, bo relacja, która miała być partnerska, coraz bardziej przypominała rachunek do wyrównania.
Zobaczyłam to wyraźnie
Coś we mnie się zbuntowało nie w trakcie kłótni, ale zupełnie zwyczajnego wieczoru. Jarek siedział przy stole i opowiadał coś przez telefon koledze o pracy. Śmiał się, był swobodny, lekki. Kiedy skończył rozmowę, spojrzał na mnie i od razu jego twarz się zmieniła, jakby przypomniał sobie, że tu też toczy się jakaś gra.
– Czemu tak patrzysz? – zapytał.
– Zastanawiam się – odpowiedziałam po chwili – kiedy ostatnio zrobiłeś coś dla mnie bez przypominania mi o tym później.
Zmarszczył brwi.
– Znowu zaczynasz?
– Nie. Właśnie przestałam – powiedziałam ciszej, ale pewniej, niż się spodziewałam.
Zapadła cisza. Po raz pierwszy nie zaczęłam się tłumaczyć. W mojej głowie układały się obrazy z przeszłości: sytuacje, w których jego drobne ustępstwa wracały jak bumerang. Przypominał mi, że zmienił plany, że coś odpuścił, że „mógł inaczej, ale wybrał mnie”. Wtedy wydawało mi się to dowodem troski. Teraz zaczynałam widzieć w tym coś innego.
– Przecież wiesz, że się staram – powiedział w końcu. – Ten prezent był tego dowodem.
Wtedy mnie olśniło. To był jedyny dowód, po który sięgał. Jedyny, który miał zawsze pod ręką.
– Właśnie o to chodzi – odpowiedziałam. – Ty nie mówisz o tym, co robisz teraz. Tylko o tym, co już dawno dałeś. Jakbyś kupił sobie prawo do wygrywania każdej kłótni.
Jarek parsknął śmiechem, ale w jego oczach pojawiło się coś nerwowego.
– Dobra, nie przesadzaj.
Nagle poczułam ulgę. To słowo, którym próbował mnie uciszyć, przestało działać. Zrozumiałam, że ten prezent nie był gestem od serca. Był inwestycją. Zabezpieczeniem na przyszłość. Kartą, którą zamierzał wyciągać zawsze wtedy, gdy rozmowa nie szła po jego myśli. Gniew mieszał się ze spokojem. Kiedy nazwałam to w myślach, poczucie winy zaczęło znikać. Zamiast niego pojawiła się jasność i świadomość, że coś, co miało łączyć, od początku było narzędziem.
Prezent stracił moc
Po tamtej rozmowie coś między nami się zmieniło, choć na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało tak samo. Jarek nadal wracał do codziennych spraw, pytał, co na obiad, komentował pogodę. Tylko ja byłam inna. Słuchałam uważniej, ale już nie z napięciem. Raczej z chłodnym dystansem, który wcześniej był mi obcy.
Kilka dni później znów doszło do sprzeczki. Tym razem o drobiazg – o to, że nie odpisałam mu od razu na wiadomość. Zauważyłam, jak jego głos powoli zmienia ton, jak szuka punktu zaczepienia.
– Czasem mam wrażenie, że ty w ogóle się nie starasz – powiedział w końcu. – A ja? Ja pamiętam. Robię gesty.
Czekałam.
– Jak wtedy, na rocznicę – dodał, jakby to było oczywiste.
Spojrzałam na niego i poczułam coś, czego wcześniej nie znałam: zupełny brak reakcji. Żadnego ścisku w żołądku, żadnej potrzeby tłumaczenia się.
– Wiesz, co jest ciekawe? – zapytałam. – Ten prezent już nic dla mnie nie znaczy.
Zamarł.
– Jak to nic?
– Jeśli muszę za niego płacić przy każdej rozmowie, to on nigdy nie był prezentem.
Milczał długo. Widziałam, jak próbuje znaleźć odpowiedź, która znów ustawi mnie w defensywie. Nie znalazł jej. A ja poczułam, że nie uczestniczę w tej grze. Tego wieczoru zdjęłam prezent z półki i schowałam go do szuflady. Nie ze złości. Raczej dla porządku. To przestało pełnić swoją funkcję.
Już nie dam się kupić
Nie podjęłam wtedy decyzji o rozstaniu, ale coś się we mnie definitywnie zamknęło. Przestałam czuć wdzięczność, którą Jarek tak skrupulatnie próbował ze mnie wydobywać. Zrozumiałam, że bliskość nie działa jak księgowość, a uczucia nie powinny zamieniać się w zobowiązania.
Ten prezent na rocznicę stał się dla mnie symbolem. Nie miłości, lecz kontroli. Nadal byliśmy razem, ale ja już wiedziałam, że prawdziwe gesty nie wracają w kłótniach. A jeśli trzeba je wypominać, to nigdy nie były bezinteresowne.
Izabela, 30 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Na walentynki wręczył mi apaszkę z przeceny. Taką samą, jak ta, którą widziałam dzień wcześniej u koleżanki”
- „Nie dostałam od męża żadnego prezentu walentynkowego. Nawet w jeden, wyjątkowy dzień w roku nie mógł się postarać”
- „Nasz wieczór walentynkowy miał być jak z komedii romantycznej. Wierzyłam w to do chwili, gdy dostałam rachunek”

