Reklama

Nie wiem, kiedy dokładnie to się zaczęło. Być może wtedy, gdy zrezygnowałam z pracy po urodzeniu pierwszego syna. A może wcześniej, kiedy zbyt często mówiłam „nie szkodzi” i „poradzę sobie”. Przez lata starałam się być dobrą żoną i matką – gotowałam, sprzątałam, zajmowałam się domem. Mąż był zadowolony, a dzieci rosły, ucząc się, że mama to ktoś, kto zawsze ma obiad na stole i nigdy nie odpoczywa. Dziś mam czterdzieści dwa lata i czuję się jak cień. Bo jeśli kobieta przez dwadzieścia lat słyszy, że jej miejsce jest w kuchni, to zaczyna w to wierzyć.

Obiad zawsze na stole

– Co dziś na obiad? – zapytał mąż, nawet nie patrząc w moją stronę, tylko siadając do stołu i zdejmując zegarek z nadgarstka.

Właśnie wyciągałam z piekarnika zapiekankę. Pachniało bazylią i czosnkiem. Odpowiedziałam cicho, że będzie gotowe za minutę, choć miałam ochotę powiedzieć, że może dziś on coś ugotuje.

Nie zrobiłam tego. Jak zawsze. Bo przecież „to mój obowiązek”. Sama to kiedyś powiedziałam, żeby usprawiedliwić nieobecność w pracy, żeby udowodnić, że potrafię zająć się domem. Tylko że od tamtego czasu minęło siedemnaście lat. A ja wciąż stoję przy tych samych garnkach.

– Znowu coś z piekarnika? – mruknął. – Nie mogłaś zrobić schabowego?

Nie odpowiedziałam. Synowie już siedzieli przy stole. Starszy spojrzał na ojca i zaśmiał się pod nosem.

– Tato, serio, kto dziś nie umie zrobić kotleta?

Młodszy dorzucił:

– Mamo, następnym razem zrób coś normalnego.

Wzięłam głęboki wdech, żeby nie krzyknąć. Czy naprawdę wychowałam ich tak, by nie szanowali żadnej mojej pracy? Zamiast jeść, patrzyłam na trzy talerze znikające w ciszy i czułam, że znów mnie nie ma.

Synowie uczą się od ojca

Zawsze myślałam, że chłopców trzeba wychować na dobrych ludzi. Takich, którzy pomagają, słuchają, szanują. Próbowałam. Naprawdę próbowałam. Tylko że za każdym razem, gdy mówiłam coś w tym duchu, mój mąż kwitował to śmiechem.

– Daj spokój, przecież to faceci. Niech się uczą, jak działa świat – rzucał, gdy próbowałam wciągnąć ich w domowe obowiązki.

Raz poprosiłam starszego, żeby wyniósł śmieci. Spojrzał na mnie jak na wariatkę.

– A czemu nie powiesz tacie? On też tu mieszka.

Zanim zdążyłam odpowiedzieć, mąż już był w przedpokoju.

– Co ty robisz? – spytał syna. – Śmieci to nie twoja sprawa. Idź się ucz albo odpocznij.

Później usłyszałam, jak w kuchni mówi do młodszego:

– Jak kobieta cię kocha, to się tobą zajmie. Twoja mama potrafi się poświęcić. I to jest coś.

Stałam za drzwiami i miałam ochotę wejść, wrzasnąć, zaprotestować. Ale nic nie zrobiłam. Może nie miałam siły. Może bałam się, że to i tak nic nie zmieni. A może... już wtedy wiedziałam, że straciłam autorytet. Zamiast być przykładem, stałam się przestrogą. A oni patrzyli na mnie oczami ojca.

Moje potrzeby są mniej ważne

Zdarzało się, że bolała mnie głowa albo plecy od stania przy zlewie przez pół dnia. Mówiłam wtedy, że chyba się położę, że potrzebuję chwili dla siebie. Zawsze słyszałam to samo:

– A co z kolacją? – pytał mąż, jakby to było coś, bez czego świat się zawali.

Synowie reagowali podobnie. Jeśli zamiast obiadu była szybka zupa, kręcili nosem. Gdy poprosiłam, żeby zrobili sobie kanapki, patrzyli na mnie z pretensją. Jakby to była moja rola – niezależnie od samopoczucia, zmęczenia, humoru.

– Ty się nie męczysz przecież w pracy – przypomniał raz starszy syn. – My z tatą to przynajmniej harujemy.

Tego dnia spędziłam cztery godziny piorąc, prasując i robiąc zakupy. Wracając do domu, taszczyłam dwie torby z warzywami i mlekiem, bo wszyscy „zapomnieli” mi pomóc.

I kto zrobi obiad, jak mama się rozłoży? – rzucił młodszy, kiedy weszłam z czerwonymi dłońmi od ciężaru.

Nie powiedzieli tego ze złością. Raczej z oczekiwaniem. W tym domu moje potrzeby były zawsze gdzieś dalej. Za ich wygodą, głodem, bałaganem, planami. I najgorsze było to, że im dłużej to trwało, tym bardziej zaczynałam w to wierzyć.

Nie chciałam tego słuchać

W niedzielę usiedliśmy razem przy stole. Postanowiłam, że spróbuję z nimi porozmawiać. Bez pretensji, bez oskarżeń. Po prostu powiem, co czuję. Że jestem zmęczona. Że chciałabym, żeby ktoś czasem pomyślał o mnie, zanim zapyta, co na obiad.

Chłopcy, musimy pogadać – zaczęłam, patrząc na nich, jak siedzą z nosami w telefonach.

Mąż nawet nie podniósł wzroku.

– Co znowu? – burknął. – Zupa za słona?

– Nie o to chodzi. Chodzi o to, jak się czuję. Jak mnie traktujecie. Nikt nie zauważa, że robię wszystko. Że nigdy nie pytacie, czy mi coś pasuje. Czy mam siłę.

Starszy westchnął głośno.

– Mamo, serio? Teraz? Przecież wszystko działa jak trzeba. Po co to rozgrzebywać?

Młodszy wzruszył ramionami.

– A ty nie lubisz gotować?

– Lubiłam. Kiedyś. Kiedy to był mój wybór – powiedziałam cicho.

Mąż odłożył widelec.

– Zawsze robiłaś to dobrze. Po co to zmieniać? Przesadzasz.

I tyle. Nawet nie próbowali zrozumieć. Oczekiwali, że zamilknę, jak zawsze. Wrócę do kuchni i zapomnę, że próbowałam cokolwiek zmienić. A ja już nie chciałam milczeć.

Zaczęłam widzieć siebie inaczej

W poniedziałek rano nie zrobiłam śniadania. Nie budziłam ich, nie prasowałam koszul, nie szykowałam kanapek. Siedziałam w kuchni z kubkiem kawy i patrzyłam przez okno. Poczułam coś dziwnego – niepokój i ulgę jednocześnie. Jakby ktoś po latach poluzował mi kajdanki.

Nie ma nic do jedzenia? – zawołał starszy z korytarza.

– Nie – odpowiedziałam. – Dziś musicie sobie poradzić.

Odpowiedziała cisza. Potem krzątanie, trzask szafki, brzęk talerzy. Zrobiło się nerwowo. Mąż zszedł po chwili, z telefonem w dłoni.

– Co ty robisz? Spóźnię się.

– Ja już nie jestem służącą. Zaczynam robić coś dla siebie – powiedziałam spokojnie, nawet na niego nie patrząc.

Nie krzyczał. Może był w szoku. Może nie wierzył, że mówię poważnie. Wyszli z domu w pośpiechu, a ja pierwszy raz od lat nie czułam się winna. Poszłam na spacer. Sama. Bez celu. Bez listy zakupów. Bez patrzenia na zegarek. I w tej zwykłej chwili przyszła myśl: „Ja też jestem ważna”. Nie wiedziałam jeszcze, co dalej. Ale wiedziałam jedno – jeśli sama nie zawalczę o siebie, nikt tego za mnie nie zrobi.

Nie jestem służącą

Nie wywróciłam życia do góry nogami. Nie odeszłam, nie spakowałam walizki, nie rzuciłam im wszystkiego w twarz. Zmiany zaczęły się powoli, od drobnych rzeczy. Przestałam zgadywać ich potrzeby. Przestałam biec do kuchni, gdy ktoś chrząknął. Przestałam przepraszać za to, że też mam swoje zdanie.

Zaczęłam wracać do siebie. Zapisałam się na zajęcia z ceramiki, choć mąż przewrócił oczami. Kupiłam sobie książkę, którą zawsze chciałam przeczytać. Kiedy młodszy zapytał, co na obiad, odpowiedziałam:

– Sprawdź w lodówce. Może coś znajdziesz.

Na początku byli zdziwieni. Potem zaczęli się złościć. A później… zaczęli działać. Któregoś dnia starszy syn wyniósł śmieci, zanim o to poprosiłam. Mąż zaczął sam sobie prasować koszule. Nie zrobiło to ze mnie królowej w domu, ale przestałam być niewidzialna.

Czasem nadal walczę z wyrzutami sumienia. Nadal miewam dni, kiedy jest mi smutno. Ale nauczyłam się, że to, co czuję, też się liczy. Że nie jestem dodatkiem do męża, zapleczem do wychowywania dzieci. Jestem człowiekiem. Żoną. Matką. Kobietą. I mam prawo być szczęśliwa, nawet jeśli to oznacza, że obiad nie zawsze czeka na stole.

Renata, 42 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama