„Mój mąż musi mieć ścisły harmonogram na cały dzień. Każdą rzecz trzeba zaplanować, a potem odhaczyć”
„Poszłam do łazienki, a on odprowadził mnie wzrokiem jak trener kontrolujący zawodnika. Kiedy zamknęłam drzwi, oparłam się o zimne lustro. Myśl, że mój własny prysznic ma wyznaczony limit, była tak absurdalna, że aż mnie to zabolało. W połowie mycia włosów usłyszałam pukanie”.

Od kiedy wyszłam za Filipa, czułam, że mój świat powoli zmieniał się w tabelkę w jego notesie. Wszystko miało swój czas: pobudka, śniadanie, spacer, zakupy, nawet krótkie rozmowy o pracy. Przez długi czas łudziłam się, że to przejaw troski, że on po prostu lubił porządek, a ja naturalnie wpasowywałam się w jego rytm. Prawdziwy ciężar tego porządku odkryłam dopiero wtedy, gdy zaczęłam gubić własne zdanie i potrzeby. Zanim to zauważyłam, moje życie stało się zbiorem punktów do odhaczenia. Wtedy zaczęłam się zastanawiać, czy jeszcze mam nad czym panować.
Niczego nie traciłam
Filip zawsze wstawał kilka minut przede mną, jakby miał wbudowany zegarek. Tego ranka usiadł na brzegu łóżka, a ja udawałam, że jeszcze śpię. Słyszałam, jak przewraca kartki swojego notesu. Ten szmer wywoływał we mnie napięcie, którego wcześniej nie potrafiłam nazwać. Notes znaczył jedno: kolejny dzień rozpisany co do sekundy. Kiedy otworzyłam oczy, patrzył na mnie z oczekiwaniem.
— Wstajemy o 7:10. Śniadanie o 7:25. O 8:00 wychodzimy — oznajmił, jakby wygłaszał prognozę pogody.
— Filip… napisałeś plan na dzisiaj? — zapytałam ostrożnie, podnosząc się na łokciu.
— Przecież to nam pomaga. Dzięki temu niczego nie tracimy — odpowiedział, zadowolony z siebie.
Usiadłam i przeciągnęłam się, próbując ukryć rosnący niepokój. Miał rację w jednym: niczego nie traciłam. Nie miałam nawet kiedy czegoś zgubić, bo każda minuta miała swoje miejsce. Kiedy poszłam do łazienki, on stał już w drzwiach.
— Masz dziesięć minut — przypomniał. — Wczoraj trochę się spóźniliśmy.
— Dziesięć minut na przygotowanie się do pracy? — zapytałam, choć znałam odpowiedź.
— Wyrobisz się. Zawsze się wyrabiasz.
Zamykałam za sobą drzwi i czułam, jak narasta we mnie frustracja. Myłam zęby szybciej, niż chciałam. Nawet makijaż robiłam w tempie, które nie należało do mnie. Wychodząc, zauważyłam, że Filip już mierzy czas na zegarku.
— Dobrze. Jesteśmy w grafiku — oznajmił z satysfakcją.
— A jeśli nie chcę żyć według grafiku? — wyrwało mi się nagle.
Spojrzał na mnie zdziwiony, jakbym powiedziała coś kompletnie absurdalnego.
— Nikt nie chce chaosu — odpowiedział spokojnie. — Ja dbam tylko o nas.
Wtedy po raz pierwszy dobitnie poczułam, że ten plan dnia nie był „nasz”. To był plan Filipa, a ja byłam jednym z jego zadań.
Wróciliśmy w milczeniu
Po pracy Filip zaproponował spacer, choć słowo „zaproponował” nie do końca oddawało sytuację. Kiedy tylko przekroczyliśmy próg mieszkania, oznajmił:
— Mamy trzydzieści pięć minut na przejście parku. Dzięki temu kolacja będzie o czasie.
— A jeśli chcę odpocząć? — zapytałam, zdejmując buty wolniej, niż powinnam.
— Odpoczniesz po spacerze. Ruch poprawia samopoczucie — odpowiedział, jakby czytał z podręcznika.
Wzięłam kurtkę i wyszliśmy. W parku szliśmy w idealnie równym tempie. Filip co jakiś czas zerkał na zegarek, a ja wpatrywałam się w drzewa, udając, że ich szum jakoś mnie uspokaja. Myśli krążyły jednak wokół jednego: czy on naprawdę nie zauważa, że żyję w ciągłym napięciu? Czy może zauważał, tylko nie uważał tego za istotne? Gdy przystanęłam, żeby poprawić szalik, Filip natychmiast się zatrzymał.
— Co się dzieje? Już tracimy minutę.
— Chciałam po prostu chwilę odetchnąć — odparłam, próbując brzmieć łagodnie.
— To odetchnij w trakcie marszu. Inaczej wieczór nam się przesunie.
— Nam czy tobie? — zapytałam, patrząc mu prosto w oczy.
Zmrużył lekko powieki, jakby analizował moje słowa pod kątem logiki, nie emocji.
— Przecież oboje możemy na tym stracić — wyjaśnił.
— A co by się stało, gdybyśmy wrócili piętnaście minut później? — zapytałam.
— Kolacja później, sen później, rano trudniej wstać, cały grafik się przesunie. Po co komplikować?
Wróciliśmy w milczeniu. Kiedy weszliśmy do kuchni, Filip od razu spojrzał na zegar.
— Jesteśmy trzy minuty spóźnieni. Postaram się to jutro lepiej rozplanować.
Stałam oparta o blat i miałam wrażenie, że rozmawiam z człowiekiem, który nie słyszy nic poza tykaniem zegara. W tamtej chwili poczułam, że ten zegar tyka też we mnie, tylko znacznie głośniej.
Oparłam się o zimne lustro
Sobota zawsze kojarzyła mi się z wolniejszym rytmem, leniwą kawą i długim prysznicem. Tego dnia obudziłam się z nadzieją, że skoro nie idziemy do pracy, dzień potoczy się naturalniej. Filip jednak stał już przy szafce nocnej z notesem w dłoni. Przesunął palcem po linijkach, jakby sprawdzał listę obecności.
— Dzisiaj mamy nieco luźniejszy harmonogram — oznajmił. — Chcę tylko, żebyśmy trzymali się kolejnych bloków czasu. O 9:00 śniadanie, o 9:20 porządki. Później prysznic i wyjście na zakupy.
Usiadłam na łóżku i poczułam, że coś we mnie się zaciska. Próbowałam zachować spokój.
— Mogę najpierw wziąć prysznic? Chciałam się zrelaksować — zapytałam.
— Oczywiście — odparł. — Wpisałem to na 9:40. Dwadzieścia minut wystarczy.
— Dwadzieścia minut… na sobotę? — Uniosłam brwi.
— W zupełności. Jeśli się pospieszysz, nawet wcześniej skończysz.
Poszłam do łazienki, a on odprowadził mnie wzrokiem jak trener kontrolujący zawodnika. Kiedy zamknęłam drzwi, oparłam się o zimne lustro. Myśl, że mój własny prysznic ma wyznaczony limit, była tak absurdalna, że aż mnie to zabolało. W połowie mycia włosów usłyszałam pukanie.
— Masz jeszcze sześć minut — przypomniał Filip.
— Wiem! — zawołałam, czując, że głos mi drży.
— Nie chcę, żebyś się stresowała, po prostu informuję.
Kiedy wyszłam, z mokrymi włosami i ręcznikiem w dłoni, Filip spojrzał na zegarek.
— Dwie minuty przed czasem. Bardzo dobrze.
— To nie był test — powiedziałam twardo.
— To tylko organizacja. Porządek jest kluczem do spokoju.
— Do twojego spokoju — dodałam cicho.
Nie odpowiedział. Usiadł przy stole, zapisując coś w swoim notesie. Czułam, że każdy jego ruch coraz wyraźniej dzieli nasze życie na sekundy, a mnie na kogoś, kto musi się w nie wcisnąć.
Ja w tym planie znikam
Niedzielne popołudnie spędzaliśmy zazwyczaj u jego rodziców, lecz tym razem postanowiłam odmówić. Potrzebowałam chwili dla siebie, cichego dnia bez patrzenia na zegarek. Filip wypełniał kolejne linijki w swoim notesie, kiedy podeszłam do stołu.
— Dzisiaj nie jadę — powiedziałam spokojnie. — Chcę zostać w domu.
Podniósł wzrok, marszcząc czoło tak, jak robił to zawsze, gdy coś mu nie pasowało w układance.
— Zaplanowaliśmy to dawno. Wyjazd o 14:00, obiad o 15:00. Jeśli nie pojedziemy razem, wszystko będzie wyglądało inaczej.
— Właśnie na tym mi zależy — odpowiedziałam.
Odłożył długopis i przysunął do mnie swój notes.
— Popatrz. To ma sens. Każdy punkt jest po coś.
— A ja? Jestem też jakimś punktem?
— Jesteś najważniejszą częścią tego planu. Dlatego chcę, żeby działał — zapewnił.
Poczułam, jak narasta we mnie napięcie, którego nie potrafiłam już dusić. Wzięłam głęboki wdech.
— Nie jestem elementem do ustawienia w tabelce — powiedziałam wyraźnie. — Chcę decydować o sobie.
Filip zamknął notes, jakby chciał w ten sposób zakończyć temat.
— Jeśli coś ci nie odpowiada, poprawimy grafik. Przesuniemy, dopasujemy, ułożymy inaczej.
— Nie o przesunięcia chodzi — przerwałam. — Chodzi o to, że ja w tym planie znikam.
Wstał od stołu, wyraźnie poruszony, choć próbował tego nie okazywać.
— Przecież robię to dla nas. Po co ryzykujemy chaosem, kiedy możemy żyć spokojnie?
— Spokój to nie jest życie na czas — odparłam.
Cisza, która zapadła, była ciężka i lepka. Filip odwrócił się, sięgnął po kurtkę i bez słowa wyszedł z mieszkania. Zostałam sama. Patrzyłam na notes leżący na stole, jak na symbol wszystkiego, co wymykało mi się spod kontroli.
Usiadł naprzeciwko mnie
Filip wrócił późnym wieczorem. Siedziałam na kanapie z kubkiem zimnej herbaty, której nawet nie dopiłam. Kiedy wszedł, od razu odłożył klucze na swoje miejsce, jakby ta drobna czynność miała przywrócić równowagę. Stanął w progu salonu i patrzył na mnie przez chwilę w milczeniu.
— Chciałem przemyśleć to, co powiedziałaś — zaczął cicho. — Nie rozumiem, dlaczego porządek tak cię przytłacza.
— Nie porządek, tylko kontrola — odpowiedziałam bez owijania w bawełnę.
Podszedł bliżej, trzymając notes w dłoni. Nie rozstawał się z nim nawet na chwilę.
— Ten plan daje nam poczucie bezpieczeństwa. Wszystko jest przewidywalne. Nie musimy stresować się niespodziankami.
— A ja czuję, jakbym miała przestać oddychać, jeśli dłużej w tym będę — powiedziałam, wstając.
— Przesadzasz — odparł, choć w jego głosie brzmiała niepewność.
— Zwiększasz liczbę zasad. Coraz bardziej skracasz mi czas na rzeczy, które są moje. Nawet łazienka ma swój limit. Zauważyłeś, jak to brzmi?
Filip otworzył notes i przesunął palcem po zapisanych stronach.
— Mogę to zmienić. Mogę dodać więcej czasu na odpoczynek, na spontaniczność. Jeśli tego potrzebujesz, wpiszemy to.
— Nie da się wpisać spontaniczności w harmonogram — odpowiedziałam, czując ciężar własnych słów.
Usiadł naprzeciwko mnie i położył notes na stole.
— Nie chcę cię stracić. Chcę tylko, żeby wszystko działało.
— A ja chcę żyć, nie działać — powiedziałam cicho.
Filip spuścił wzrok. Przez chwilę miałam wrażenie, że naprawdę usłyszał, co mówię. Potem jednak znów przesunął notes bliżej siebie, jakby to on miał być rozwiązaniem, nie rozmowa.
Wtedy zrozumiałam, że jeśli nie postawię granicy teraz, nikt nie zrobi tego za mnie.
Nie podniósł głosu
Następnego ranka wstałam wcześniej niż Filip. Siedziałam przy stole z jego notesem przed sobą. Przeglądałam kolejne strony, widząc w nich miesiące naszego życia rozpisane jak instrukcja obsługi. Każda linijka była świadectwem tego, jak stopniowo oddawałam mu przestrzeń, aż w końcu nie zostało nic mojego. Kiedy Filip wszedł do kuchni, zatrzymał się, widząc notes w moich dłoniach.
— Chciałem go poprawić – powiedział. — Wprowadzić zmiany, o których rozmawialiśmy.
— Nie chcę zmian w notesie — odpowiedziałam spokojnie. — Chcę zmian w naszym życiu.
Usiadł naprzeciwko mnie i splótł dłonie, jakby przygotowywał się do ważnej narady.
— Spróbujemy jeszcze raz. Wszystko się ułoży, jeśli tylko razem to poukładamy.
— Nie potrzebuję, żeby ktoś układał moje życie — przerwałam łagodnie, choć czułam drżenie w głosie. — Chcę decydować o sobie. Chcę oddychać bez oglądania się na zegarek.
Filip milczał dłuższą chwilę, jakby próbował znaleźć właściwą formułę, która pozwoliłaby mu uporządkować nawet ten moment.
— Czy to znaczy, że odchodzisz? — zapytał w końcu.
— To znaczy, że potrzebuję przestrzeni, której tutaj nie mam. Nie wiem, co będzie dalej, ale wiem, że tak dłużej żyć nie mogę.
Nie podniósł głosu. Nie próbował mnie zatrzymać, tylko skinął głową, jakby starał się zaakceptować fakt, którego nie potrafił zrozumieć. Spakowałam kilka rzeczy, a kiedy zamykałam drzwi, zauważyłam, że jeszcze raz spojrzał na notes, jakby szukał tam rozwiązania, które mogłoby nas ocalić. Odeszłam powoli, czując jednocześnie ulgę i strach. Po raz pierwszy od dawna to ja decydowałam o kierunku, w którym idę. I choć przede mną była niepewność, była to wreszcie moja niepewność.
Weronika, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Zrobiłam eksperyment i przestałam pisać do znajomych jako pierwsza. Byłam w szoku, co się wydarzyło w sylwestra”
- „Teściowa się chwali, że robi najlepsze potrawy świąteczne. Ale to mój sernik zrobił furorę w Wigilię, a nie jej barszcz”
- „W sylwestra przypadkiem zabrałam kurtkę mojej przyjaciółki. W taki sposób dowiedziałam się o podwójnej zdradzie”

