Reklama

Kiedy Paweł zaproponował generalny remont, uwierzyłam, że chodzi o coś więcej niż ściany i podłogi. Od miesięcy mijaliśmy się w drzwiach, rozmawialiśmy półsłówkami, jakby każde z nas bało się powiedzieć za dużo. Wyprowadzka do mamy miała być chwilowa, rozsądna. A jednak z każdym dniem czułam, że tracę nie tylko mieszkanie, lecz także mężczyznę, którego kiedyś znałam.

Od początku coś mi nie grało

Najpierw tłumaczyłam sobie wszystko zmęczeniem. Paweł prowadził małą firmę budowlaną, a remont naszego mieszkania traktował jak wizytówkę.

– Zrobię to tak, żeby każdy klient chciał to samo – powtarzał z dumą.

Przez pierwsze dni rzeczywiście był podekscytowany. Wysyłał mi zdjęcia skutej łazienki, nowych instalacji, próbek farb rozłożonych na parapecie. Potem zdjęcia się urwały.

Długo jeszcze? – zapytałam któregoś wieczoru przez telefon. – Mama pyta, czy ma już szykować dla mnie miejsce na stałe.

– Renata, proszę cię… – westchnął ciężko. – To nie jest malowanie pokoju. Trzeba pilnować chłopaków, sprzętu. Nie mogę wszystkiego zostawić.

– Przecież większość prac już skończona – odparłam spokojnie. – Mówiłeś, że teraz tylko wykończeniówka.

Zapadła cisza. Słyszałam w tle jakiś szelest, jakby odsunął telefon od ucha.

– Po prostu jestem tym zmęczony – uciął. – Porozmawiamy jutro.

Zaczęłam liczyć, ile razy w ostatnim tygodniu powiedział „jutro”. Coraz częściej zostawał w mieszkaniu na noc. Twierdził, że musi pilnować narzędzi, że nie chce wozić wszystkiego do magazynu. Kiedy proponowałam, że przyjadę i pomogę ogarnąć drobiazgi, reagował irytacją.

Nie ma tu warunków – mówił. – Kurz i bałagan. Lepiej zostań u mamy.

Te dwa słowa brzmiały dla mnie jak wyrok.

W niedzielę mama zaprosiła go na obiad. Przyjechał spóźniony, w roboczej bluzie, jakby chciał podkreślić, że jest zajęty czymś ważniejszym niż rodzinne spotkanie. Usiadł przy stole, ale nie patrzył mi w oczy i mało się odzywał.

Jak postępy? – zagaiła mama, nalewając mu zupy.

– Jakoś idzie – odpowiedział krótko.

– To znaczy? – dopytałam. – Kiedy będziemy mogli wrócić?

Wzruszył ramionami.

– Renata, mówiłem ci. Nie naciskaj.

Poczułam, jak coś we mnie się zamyka.

– Nie naciskam. Chcę tylko wiedzieć, na czym stoję.

– Na podłodze, której jeszcze nie ma – rzucił z wymuszonym uśmiechem.

Mama spojrzała na mnie ostrzegawczo, jakby chciała powiedzieć: „Nie drąż”. Ale ja już nie potrafiłam udawać, że wszystko jest w porządku.

Ostatnio rzadko dzwonisz – powiedziałam ciszej. – Kiedyś opowiadałeś mi o każdej drobnostce.

– Bo kiedyś słuchałaś, a nie analizowałaś – odpowiedział ostro.

Zamilkłam. To zdanie zabolało bardziej, niż chciałam przyznać. Czy naprawdę byłam aż tak krytyczna? Czy nasze rozmowy zamieniły się w przesłuchania?

To mi dało do myślenia

Przez resztę obiadu Paweł prawie się nie odzywał. Bawił się widelcem, sprawdzał telefon, jakby czekał na ważną wiadomość. Kiedy w końcu wstał od stołu, powiedział tylko:

Muszę wracać. Chłopaki pewnie kończą kłaść gładź.

Odprowadziłam go do drzwi.

– Paweł, ja… – zaczęłam, ale słowa ugrzęzły mi w gardle. – Tęsknię.

Spojrzał na mnie przez sekundę. W jego oczach było coś obcego, coś chłodnego.

– Ja też – odpowiedział, lecz brzmiało to jak uprzejmość, nie jak wyznanie.

Gdy odjechał, stałam chwilę na schodach. Mama podeszła i położyła mi dłoń na ramieniu.

– Dziecko, coś cię gryzie.

– Mam wrażenie, że on już tam mieszka sam – wyszeptałam. – Jakby to nie był remont, tylko przeprowadzka.

Mama westchnęła.

– Czasem mężczyźni uciekają w pracę, kiedy nie wiedzą, jak rozmawiać.

Przytaknęłam, ale w środku czułam, że to coś więcej. Zaczęłam wracać myślami do drobnych kłamstw sprzed lat – spóźnionych powrotów, zmienionych planów, historii, które nie do końca się składały. Wtedy machałam ręką. Teraz każdy szczegół urastał do rangi sygnału ostrzegawczego.

Leżałam w dawnym pokoju, patrząc w sufit, i próbowałam przekonać samą siebie, że przesadzam. Że to tylko stres, zmęczenie, chwilowy kryzys. A jednak intuicja nie dawała mi spokoju. Jak cichy stukot pod tynkiem – niewidoczny, ale uporczywy. Zaczęłam się bać, że kiedy wreszcie wrócę do mieszkania, nie rozpoznam już nie tylko ścian, lecz także człowieka, z którym je dzieliłam.

Rachunek wzbudził moje podejrzenia

To miała być zwykła formalność. Siedziałam przy kuchennym stole u mamy, przeglądając pocztę elektroniczną. Wśród reklam i powiadomień zobaczyłam fakturę za prąd. Otworzyłam ją bez większego zainteresowania – do tej pory rachunki były przewidywalne.

Kwota sprawiła, że usiadłam prosto. Zużycie było niemal dwukrotnie wyższe niż w poprzednich miesiącach. Przewinęłam dokument w dół, sprawdziłam okres rozliczeniowy. To był czas, kiedy formalnie nikt tam nie mieszkał. Remont miał być na finiszu.

Zaczęłam porównywać liczby z wcześniejszymi fakturami. Otwierałam kolejne pliki, notowałam na kartce kilowatogodziny, jakbym rozwiązywała jakieś zadanie matematyczne. Im dłużej patrzyłam na tabelki, tym mocniej czułam, że coś tu się nie zgadza.

Zadzwoniłam do Pawła.

Widziałeś rachunek za prąd? – zapytałam możliwie neutralnym tonem.

– Jeszcze nie. Coś nie tak?

Zużycie jest bardzo wysokie. Prawie jakby ktoś tam normalnie mieszkał.

Po drugiej stronie zapadła chwila ciszy.

– Renata, przecież mówiłem ci, że używamy elektronarzędzi. Ogrzewanie też było włączone, żeby ściany schły.

– Przez cały miesiąc? – dopytałam. – Nawet w weekendy?

A co to za przesłuchanie? – jego głos stwardniał. – Nie ufamy już sobie nawet w sprawie rachunków?

Zawahałam się.

– Ja tylko pytam. To dziwne, że zużycie jest takie samo jak wtedy, gdy oboje byliśmy w domu codziennie.

– Przestań szukać dziury w całym – odpowiedział chłodno. – Naprawdę mam teraz ważniejsze rzeczy na głowie.

Rozłączył się szybciej, niż zdążyłam cokolwiek powiedzieć. Patrzyłam w wygaszony ekran telefonu i czułam, jak w gardle rośnie mi gula. Czy rzeczywiście przesadzałam? Przecież mógł mieć rację. Narzędzia, światło, ogrzewanie… Remont to nie wakacje.

Wieczorem pokazałam mamie wydrukowane zestawienie.

– Spójrz – powiedziałam. – Tu, w styczniu, zużycie było mniejsze, a przecież mieszkaliśmy normalnie. Teraz jest prawie dwa razy tyle.

Mama poprawiła okulary.

– Może faktycznie dużo pracują i zużywają tyle prądu – odparła ostrożnie. – Ale wiesz… kobieta zwykle czuje, kiedy coś jest nie tak.

To zdanie zawisło między nami.

Niepokój nie bierze się z powietrza – dodała jeszcze.

Tej nocy nie mogłam zasnąć. Wyobrażałam sobie mieszkanie – światło w kuchni, czajnik włączany wieczorem, cienie przesuwające się po ścianach. Próbowałam przekonać samą siebie, że to tylko moja wyobraźnia. A jednak coś nie pozwalało mi odpuścić.

Zaczęłam przypominać sobie drobne szczegóły z ostatnich tygodni. To, że Paweł unikał rozmów. Że kiedy proponowałam, bym przyjechała zobaczyć postępy, zawsze znajdował powód, by to odłożyć. „Nie ma tu warunków”, „Straszny bałagan”, „Nie chcę, żebyś wdychała pył”. Brzmiało to jak troska. Teraz zaczynało przypominać wymówkę.

Następnego dnia zadzwoniłam jeszcze raz.

– Paweł, może przyjadę jutro? – zaproponowałam. – Wezmę wolne, zobaczę, jak idzie.

– Nie ma sensu – odpowiedział szybko. – Właśnie zaczynamy kolejny etap. Będzie jeszcze większy bałagan.

To przecież nasze mieszkanie – powiedziałam ciszej. – Mam prawo go zobaczyć.

– Oczywiście, że masz – odparł, ale w jego głosie wyczułam napięcie. – Tylko mi zaufaj.

Kiedyś te słowa działały jak zaklęcie. Teraz brzmiały jak mur, za którym coś się ukrywało. Odłożyłam telefon i podjęłam decyzję, której się bałam. Nie będę pytać. Nie będę analizować kolejnych faktur. Pojadę tam bez zapowiedzi. Jeśli wszystko okaże się w porządku, przeproszę. Jeśli nie… przynajmniej przestanę żyć w domysłach.

Zobaczyłam coś więcej niż gołe ściany

Do mieszkania pojechałam w środku tygodnia, w godzinach, kiedy Paweł zwykle był „na budowie”. Nie uprzedzałam go. Wmawiałam sobie, że to spontaniczny odruch, ale prawda była taka, że planowałam tę wizytę od dwóch dni, rozważając każdy szczegół.

Klucz w zamku przekręcił się bez oporu. Serce biło mi tak mocno, że przez chwilę stałam w progu, nie mogąc zrobić kroku. W środku panowała cisza. Kurz unosił się w wąskich smugach światła, wpadających przez niezasłonięte okna. W salonie ściany były skute do surowego betonu. Na podłodze leżały worki z zaprawą, skrzynki z narzędziami. Wszystko wyglądało tak, jak powinno wyglądać w trakcie remontu. A jednak coś było nie na miejscu.

W powietrzu unosił się delikatny zapach perfum. Słodki, wyraźny, zupełnie niepasujący do pyłu i farby. To nie był mój zapach. Zrobiłam kilka kroków w stronę prowizorycznej sypialni, którą Paweł urządził w dawnym gabinecie. Drzwi były uchylone. Zatrzymałam się, słysząc cichy oddech.

Na materacu, przykryta kocem, spała młoda kobieta. Jej włosy rozsypały się na poduszce. Obok leżała torebka, starannie postawiona przy ścianie. Na krześle wisiała damska bluza. Poczułam, jakby ktoś nagle wyciągnął ze mnie powietrze. Stałam nieruchomo, próbując zrozumieć to, co widzę. To nie był sen. To nie była scena z filmu. To było moje mieszkanie.

Cofnęłam się powoli do łazienki. Przy umywalce stał kubek z dwiema szczoteczkami do zębów. Jedna była nowa, w jasnym kolorze. Obok leżała szczotka do włosów, której nigdy wcześniej nie widziałam. Dotknęłam jej palcami, jakby miała mnie sparzyć.

Z kuchni dochodziło ciche brzęczenie lodówki. Na blacie stały dwa kubki. W zlewie – dwa talerze. To nie była jednorazowa wizyta. To trwało. Usłyszałam poruszenie w pokoju. Materac zaskrzypiał. Kobieta podniosła się i spojrzała w moją stronę. Przez sekundę patrzyłyśmy na siebie w milczeniu.

– Dzień dobry… – powiedziała niepewnie. – Kim pani jest?

To pytanie uderzyło mnie mocniej niż wszystko, co zobaczyłam.

Jestem właścicielką tego mieszkania – odpowiedziałam spokojnie, choć głos drżał mi lekko. – A pani?

Zarumieniła się i owinęła ciaśniej kocem wokół ramion.

– Paweł mówił, że… że jest w trakcie rozstania – zaczęła chaotycznie. – Że to tylko formalność.

W uszach zaczęło mi szumieć. „W trakcie rozstania”?

Jak długo tu pani mieszka? – zapytałam, starając się utrzymać równowagę.

– Ja… tu nie mieszkam – zaprzeczyła szybko. – Tylko czasem zostaję. Pomagam mu przy remoncie.

Spojrzałam na jej dłonie. Paznokcie miała starannie pomalowane, bez śladów farby czy pyłu. W kącie pokoju stała walizka.

Jak ma pani na imię? – zapytałam.

– Lila.

Imię zawisło w powietrzu jak coś kruchego. Przez chwilę żadna z nas się nie odzywała. W mojej głowie przewijały się obrazy ostatnich miesięcy – wspólne obiady, rozmowy o przyszłości, planowanie nowych mebli. Wszystko nagle nabrało innego znaczenia.

– Czy Paweł wie, że tu jesteś? – zapytała ostrożnie.

– Jeszcze nie – odpowiedziałam.

Wyjęłam telefon, ale nie zadzwoniłam od razu. Patrzyłam na jego imię na ekranie i czułam, jak ogarnia mnie dziwny spokój. Szok minął. Została chłodna świadomość. Remont nie był ucieczką od problemów. Był ucieczką ode mnie. Usiadłam na krześle w kuchni i czekałam. Nie wiedziałam, co powiem, gdy Paweł przekroczy próg. Wiedziałam tylko, że od tej chwili nic już nie będzie takie samo.

To był jego plan od początku

Nie musiałam długo czekać. Około godziny siedemnastej usłyszałam klucz w zamku. Drzwi otworzyły się energicznie, a Paweł wszedł do środka, rozmawiając przez telefon.

– Tak, jutro dowiozę materiały… – urwał nagle, gdy mnie zobaczył.

Zamilkł. Powoli opuścił rękę z telefonem.

Co ty tu robisz? – zapytał.

– To samo mogłabym zapytać ciebie – odpowiedziałam spokojnie.

Z pokoju wyszła Lila. Miała na sobie moją starą koszulkę, którą zostawiłam w szafie na remont.

– Paweł… – zaczęła niepewnie.

Spojrzał na nią, potem na mnie. Przez chwilę wyglądał jak ktoś, kto próbuje w pośpiechu ułożyć w głowie wersję wydarzeń.

– Renata, to nie tak, jak myślisz.

– A jak? – zapytałam. – Chętnie posłucham.

Westchnął ciężko i przeczesał dłonią włosy.

– To się skomplikowało.

– Skomplikowało? – powtórzyłam. – W moim mieszkaniu śpi obca kobieta, a ty mówisz, że się skomplikowało?

– Miałem ci powiedzieć – rzucił szybko. – Tylko nie było dobrego momentu.

– Od kiedy? – zapytałam cicho.

Nie odpowiedział od razu.

Od kilku miesięcy.

Kilku miesięcy. Czyli zanim zaproponował remont.

– Dlatego chciałeś, żebym wyprowadziła się do mamy? – zapytałam.

Paweł milczał. To milczenie było bardziej wymowne niż każde słowo. Lila stała pod ścianą, blada, z opuszczonym wzrokiem.

– Mówiłeś, że jesteś w trakcie rozstania – odezwała się nagle, patrząc na niego z wyrzutem.

– Bo byłem – odpowiedział ostro. – Nasze małżeństwo od dawna nie działało.

Spojrzał na mnie i zaczął szybko mówić.

– Renata, sama wiesz, że między nami już od dawna nie było dobrze. Ciągłe pretensje, chłód, rozmowy o tym, czego nie robię. Czułem się jak gość we własnym domu.

Zabolało. Wiedziałam, że nie byliśmy idealni. Kłóciliśmy się. Oddalaliśmy się od siebie. Ale nigdy nie rozmawialiśmy o końcu.

– I zamiast powiedzieć mi prawdę, wymyśliłeś remont? – zapytałam. – To był twój plan?

– To miała być przerwa – bronił się. – Czas, żeby wszystko przemyśleć.

– I przemyślałeś? – spojrzałam mu w oczy.

Zawahał się.

Nie potrafię z niej zrezygnować – powiedział w końcu cicho. – Ale nie chciałem też stracić ciebie.

Te słowa były jak ostateczne potwierdzenie tego, co przeczuwałam.

Czyli chciałeś mieć obie – odparłam bez emocji.

Nie zaprzeczył. W tej chwili poczułam, jak coś we mnie gaśnie, ale nie przyszedł krzyk ani łzy. Była cisza. Zrozumienie, że walczę o coś, co już dawno się rozpadło. Rozejrzałam się po niedokończonym salonie. Skuwane ściany, odsłonięte przewody, pył na podłodze. To miał być nasz nowy początek.

– Wiesz, co jest najgorsze? – powiedziałam spokojnie. – Nie to, że ją poznałeś. Tylko że przez miesiące patrzyłeś mi w oczy i udawałeś, że jeszcze jesteśmy drużyną.

Paweł spuścił wzrok.

– Przepraszam.

To słowo zabrzmiało jak formalność. Wzięłam torebkę.

Nie musisz wybierać – powiedziałam przy drzwiach. – Ja już wybrałam.

Nie zatrzymał mnie.

Już nie było czego remontować

Do mamy wróciłam późnym wieczorem. Tym razem nie jako żona „na chwilowym wygnaniu”, lecz jako kobieta, która właśnie zamknęła pewien rozdział.

– I co? – zapytała mama, gdy zobaczyła moją twarz.

To koniec – odpowiedziałam.

Nie płakałam. Łzy przyszły dopiero później, kiedy leżałam w swoim dawnym pokoju i patrzyłam w ciemność. Opłakiwałam nie tylko Pawła, lecz także siebie sprzed lat – tę dziewczynę, która wierzyła, że wspólne mieszkanie i plany są czymś trwałym.

Kilka dni później spotkałam się z Tomaszem, przyjacielem Pawła. Chciałam zrozumieć, od kiedy to trwa.

Wiedziałeś? – zapytałam wprost.

Nie potrafił spojrzeć mi w oczy.

– Myślałem, że wam się już nie układa – powiedział wymijająco. – Paweł mówił, że to tylko kwestia czasu.

Poczułam wtedy drugie ukłucie zdrady. Nie tylko mąż odsunął mnie od prawdy. Zrobiło to całe nasze otoczenie.

Formalności rozwodowe rozpoczęłam szybko. Paweł nie protestował. Mieszkanie sprzedaliśmy w stanie niemal surowym. Ktoś inny dokończył to, czego my nie potrafiliśmy.

Czasem zastanawiałam się, gdzie popełniliśmy błąd. Może rzeczywiście byłam zbyt wymagająca. Może on zbyt zamknięty. Nasze zaniedbania narastały latami, jak drobne rysy na tynku. Ale zdrada nie była wspólną decyzją. Była jego wyborem.

Dziś, kiedy mijam place budowy i słyszę odgłos wiercenia, nie myślę już o nim. Remont miał nas ocalić. Stał się alibi dla odejścia, które już wcześniej się dokonało. Największy hałas w naszym życiu nie zrobiły młoty i wiertarki. Zrobiła cisza między nami – ta, której nie chcieliśmy nazwać.

Renata, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama