Reklama

Od zawsze wierzyłam w stabilność. W to, że jeśli dwoje ludzi składa przysięgę, to trzymają się jej jak poręczy nad przepaścią. Miałam trzydzieści dwa lata, męża, rodzinny pensjonat i plan na życie, który wydawał się prosty. Tylko że im bardziej starałam się wszystko poukładać, tym częściej czułam, że coś wymyka mi się z rąk.

Ukrywał nie tylko wypłatę

Nasz pensjonat pachniał porankiem jeszcze zanim wzeszło słońce. Parzyłam kawę, kroiłam świeże pieczywo, sprawdzałam rezerwacje. Goście schodzili do jadalni zaspani, a ja uśmiechałam się do nich tak, jakby każdy dzień był dokładnie taki, jak powinien.

Adam w tym czasie zwykle był w trasie.

Wrócę w czwartek wieczorem – mówił przez telefon. – Może w piątek rano. Zależy od klienta.

– A wiesz już, jak z tą premią za ostatni kwartał? – zapytałam któregoś razu, opierając się o kuchenny blat.

Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.

– Kamila, mówiłem ci. To nie jest stała kwota. Raz jest więcej, raz mniej. Trudno to przewidzieć.

– Ja nie pytam z ciekawości. Chciałabym wiedzieć, na czym stoimy. Myślę o remoncie dwóch pokoi.

– Znowu remont? Przecież dopiero co inwestowaliśmy.

Zacisnęłam palce na telefonie.

Inwestowałam – poprawiłam cicho. – Z pieniędzy z pensjonatu.

Westchnął, jakby rozmowa go męczyła.

– Nie rób ze mnie kogoś, kto nic nie wnosi. Pracuję ciężko.

Nie twierdziłam, że nie pracował. Tylko że jego praca była dla mnie jak mgła – obecna, ale nieuchwytna. Nie wiedziałam, ile zarabia. Nie widziałam przelewów. Gdy pytałam, zbywał mnie półsłówkami.

Kiedy wracał z delegacji, był inny niż kiedyś. Dawniej wpadał do kuchni, obejmował mnie w pasie i opowiadał szczegóły podróży. Teraz siadał przy stole, odkładał torbę i mówił:

– Jestem wykończony.

Potem znikał w sypialni z telefonem. Słyszałam krótkie sygnały powiadomień.

Z kim piszesz? – zapytałam kiedyś niby żartem.

– Z zespołem. Muszę potwierdzić swoje raporty.

Skinęłam głową, ale w środku coś się we mnie skręciło. Coraz częściej czułam, że jestem w jego życiu dodatkiem, nie partnerką. Ja liczyłam każdą złotówkę, planowałam zakupy do pensjonatu, rozmawiałam z rodzicami o podatkach. On mówił ogólnikami.

Którego wieczoru usiedliśmy naprzeciwko siebie przy kolacji.

– Adam, powiedz mi wprost. Ile miesięcznie przynosisz do domu? – zapytałam spokojnie.

Podniósł na mnie wzrok.

– Dlaczego robisz ze mnie podejrzanego?

– Bo nie wiem, na czym stoję.

– Na małżeństwie, Kamila. To powinno ci wystarczyć.

Te słowa zabrzmiały ładnie, ale były puste. Małżeństwo nie płaciło rachunków. Małżeństwo nie tłumaczyło kolejnych wyjazdów, które nagle wydłużały się o dzień czy dwa. Najbardziej samotna byłam wtedy, gdy siedział obok mnie na kanapie. Oglądaliśmy ten sam program, a ja miałam wrażenie, że dzieli nas kilka kilometrów, nie pół metra. Zaczęłam analizować drobiazgi – ton jego głosu, momenty, w których odkładał telefon ekranem do dołu, krótkie wyjścia na balkon. Jeszcze nie miałam dowodów. Miałam tylko przeczucie, że łatwiej byłoby mi policzyć jego nieobecności niż realne wsparcie. A przeczucia rzadko rodzą się bez powodu.

Potwierdziła moje obawy

Moja przyjaciółka, Ela pojawiła się bez zapowiedzi, z niewielką walizką i zmęczonym uśmiechem. Nie widziałyśmy się kilka lat. Kiedyś byłyśmy nierozłączne, potem każda poszła w swoją stronę.

Mogę zatrzymać się na dwie noce? – zapytała w progu. – Potrzebuję zmienić otoczenie.

Przytuliłam ją mocno.

Zawsze masz tu miejsce.

Usiadłyśmy w jadalni przy kawie. Goście wyszli na spacer, w domu było cicho. Ela mieszała łyżeczką w filiżance tak długo, aż dźwięk stał się nieznośny.

Rozwodzę się – powiedziała w końcu.

Zamarłam.

– Co się stało?

Uśmiechnęła się krzywo.

– To, co zwykle. Tylko ja długo udawałam, że nie widzę.

Opowiadała spokojnie, prawie bez emocji. O późnych powrotach męża, o „spotkaniach służbowych”, o rachunkach z hoteli, które przypadkiem zobaczyła. O tym, jak tłumaczyła go przed znajomymi, przed rodziną, a przede wszystkim przed sobą.

Sygnały były od dawna – spojrzała na mnie uważnie. – Tylko bałam się je nazwać.

Poczułam, jak coś ściska mi gardło.

– Myślisz, że każda kobieta to czuje? – zapytałam.

– Myślę, że każda, która chce widzieć.

Chciałam zmienić temat, ale Ela zawahała się, jakby walczyła ze sobą.

– Kamila… Jest coś jeszcze. Choć nie wiem, czy powinnam.

Serce zaczęło mi bić szybciej.

– Mów.

– Moja znajoma prowadzi hotel w Lublinie. Kiedy powiedziałam jej, że pochodzę z twojej miejscowości, zapytała, czy kojarzę Adama. Nazwisko jej zapadło w pamięć.

Zaśmiałam się nerwowo.

– Przecież on jeździ po całym regionie. To normalne.

Ela nie odpowiedziała. Sięgnęła po telefon.

Nie chciałam ci tego pokazywać. Ale gdybym była na twoim miejscu, wolałabym wiedzieć.

Na ekranie zobaczyłam lobby hotelowe. Rozpoznałam je od razu – kiedyś wysłał mi stamtąd zdjęcie z podpisem „kolejna noc w trasie”. Na fotografii stał Adam. Uśmiechał się. Obok niego była kobieta w jasnym płaszczu. Patrzyli na siebie z taką swobodą, jakby to nie było przypadkowe spotkanie.

To może być klientka – powiedziałam szybko. – Albo współpracownica.

Ela przesunęła palcem. Kolejne zdjęcie. Restauracja. Ta sama koszula, którą pakowałam mu do walizki. Inna kobieta, tym razem siedząca naprzeciwko niego. Pochylali się ku sobie.

To jeszcze nic nie znaczy – wyszeptałam, choć głos mi drżał.

Trzecie zdjęcie. Winda. Adam i brunetka o krótkich włosach. On trzymał rękę na poręczy tuż obok jej dłoni. Zbyt blisko, by mówić o przypadku. Zrobiło mi się zimno.

Skąd ona to ma? – zapytałam.

– Z monitoringu przy recepcji i z restauracji. Mówiła, że to się powtarzało. Co kilka tygodni. Z różnymi kobietami.

„Z różnymi”. To słowo rozbrzmiało mi w głowie jak echo. Przesuwałam palcem po ekranie, powiększałam zdjęcia. Znałam ten zegarek. Sama mu go kupiłam na trzydzieste urodziny. Znałam sposób, w jaki się uśmiechał – lekko przekrzywiona głowa, zmrużone oczy. Tego uśmiechu nie widziałam od miesięcy.

– Może to stare zdjęcia – próbowałam jeszcze.

Są z ostatniego roku – odpowiedziała cicho Ela. – Sprawdzałam daty.

Wstałam od stołu, jakby krzesło zaczęło mnie parzyć. Przeszłam do okna. Na podjeździe stał samochód gości, a obok rabata, którą niedawno obsadziłam kwiatami. Wszystko wyglądało zwyczajnie. Tylko moje życie przestało takie być.

– Wiesz… – odezwałam się po chwili. – Że ja nawet nie wiem, ile on zarabia. A teraz mam wrażenie, że łatwiej byłoby mi to policzyć niż te kobiety… – urwałam.

Ela podeszła bliżej.

Nie jesteś naiwna – powiedziała stanowczo. – Ty mu zaufałaś.

Poczułam wstyd. Nie za niego. Za siebie. Za to, że w naszej małej miejscowości pewnie już ktoś coś widział, ktoś coś słyszał. Czy byłam ostatnia?

Usiadłyśmy z powrotem przy stole. Tym razem to ja patrzyłam w telefon. Analizowałam każdy szczegół. Daty pokrywały się z jego delegacjami. Te same dni, gdy mówił mi:

– Nie martw się, wrócę szybciej.

Z podejrzeń została naga, bolesna pewność. Czułam raczej pustkę, jakby ktoś wyciągnął ze mnie powietrze.

– Co zrobisz? – zapytała Ela.

Nie odpowiedziałam. Wiedziałam, że muszę przestać tłumaczyć jego zachowanie. To, co zobaczyłam, zmieniło wszystko.

Klapki spadły mi z oczu

Kiedy Ela wyjechała, dom wydawał się nienaturalnie cichy. Jakby ściany wiedziały więcej ode mnie i czekały, aż wreszcie zrozumiem. Adam był w kolejnej delegacji. „Wracam w niedzielę wieczorem” – napisał. Dołączył uśmiechniętą emotikonę. Patrzyłam na nią długo.

Usiadłam przy recepcji z jego zdjęciami w telefonie. Powiększałam daty, godziny. W kalendarzu pensjonatu sprawdzałam rezerwacje z tamtych dni. Wszystko zaczęło do siebie pasować z przerażającą precyzją.

Muszę zostać dzień dłużej, klient się waha – przypomniałam sobie jego słowa sprzed trzech miesięcy.

Tamtego dnia się rozchorowałam i prosiłam, żeby wrócił wcześniej.

– Nie mogę, kochanie. To dla nas ważne – odpowiedział.

Na zdjęciu z tej daty siedział w restauracji, pochylony nad stołem. Nie wyglądał na kogoś, kto negocjuje kontrakt.

Z każdym kolejnym obrazem czułam, jak odpadają ze mnie kolejne warstwy złudzeń. Najbardziej bolała regularność. To nie był jednorazowy błąd. To był system. Powtarzalność. Plan.

Wieczorem zamknęłam jadalnię wcześniej. W kuchni opadłam na krzesło i po raz pierwszy pozwoliłam sobie zapłakać. Łzy spadały na blat, a ja miałam wrażenie, że płaczę nie tylko po nim, ale po sobie. Po kobiecie, która tak bardzo chciała wierzyć, że kompromis to cena za stabilność.

Następnego dnia pojechałam do rodziców. Ojciec akurat naprawiał ogrodzenie.

– Stało się coś? – zapytał, widząc moją twarz.

Nie potrafiłam owijać w bawełnę. Wyciągnęłam telefon i podałam mu bez słowa. Patrzył długo.

Od kiedy to trwa? – zapytał krótko.

– Od co najmniej roku.

Mama usiadła obok mnie na kanapie w salonie.

– Córeczko… – objęła mnie ramieniem. – Dlaczego nic nie mówiłaś?

– Nie wiedziałam. A może nie chciałam wiedzieć.

Ojciec chodził po pokoju.

Ten dom jest nasz. Pensjonat jest nasz. On tu mieszka za naszą zgodą.

– Tato… – zaczęłam.

Nie będziesz chyba czekać, aż on łaskawie coś wyjaśni. Zdjęcia mówią same za siebie.

Wiedziałam, że ma rację. A jednak jakaś część mnie wciąż szeptała: „Może to nie tak. Może da się to naprawić”.

Chcesz z nim jeszcze rozmawiać? – zapytała mama cicho.

Wyobraziłam sobie tę rozmowę. Jego zdziwienie. Zaprzeczanie. Tłumaczenia. A potem może obietnice poprawy. I moje wieczne zastanawianie się, czy znowu kłamie.

Nie wiem, czy mam o co pytać – odpowiedziałam.

Ojciec zatrzymał się przy oknie.

Wymienimy zamki – powiedział stanowczo. – Jego rzeczy przeniesiemy do garażu. Niech wie, że to nie jest teatr. To konsekwencja.

Serce zabiło mi szybciej.

– To… dość radykalne.

Radykalne jest to, co on zrobił – odparł.

Wróciłam do pensjonatu późnym popołudniem. Stałam chwilę przed budynkiem. To miejsce było całym moim światem. Pracowałam tu od świtu do nocy, inwestowałam każdą zarobioną złotówkę. A on? Ile z jego pieniędzy rzeczywiście tu trafiło?

Zrozumiałam, że nie chodzi tylko o zdradę. Chodziło o lekceważenie. O to, że pozwoliłam sobie nie wiedzieć, ile zarabia mój własny mąż. Jakby finanse były tajemnicą, do której nie mam prawa.

Wieczorem zadzwonił.

– Wszystko w porządku? Mało się odzywasz – zauważył.

– W porządku – odpowiedziałam spokojnie.

Tęsknię – dodał po chwili.

Zamknęłam oczy. Jeszcze kilka dni wcześniej te słowa wywołałyby u mnie ciepło. Teraz brzmiały jak fragment wyuczonej roli.

Ja też – skłamałam.

Odłożyłam telefon i podjęłam decyzję. Nie będę czekać na jego wersję wydarzeń, w której to ja przesadzam, a zdjęcia są wyrwane z kontekstu. Nie będę błagać o prawdę.

Następnego dnia ojciec przyjechał z narzędziami. Patrzyłam, jak wymienia zamki w drzwiach wejściowych. Każdy przekręcony śrubokręt brzmiał jak potwierdzenie, że pewien rozdział właśnie się kończy.

Przywitały go zamknięte drzwi

W dniu jego powrotu wstałam wcześniej niż zwykle. Nie z nerwów. Z dziwnej, chłodnej mobilizacji. W garażu stały już jego walizki, poukładane równo przy ścianie. Marynarki wisiały na przenośnym wieszaku, koszule w pokrowcach. Spakowałam wszystko starannie. Nie chciałam, żeby mógł powiedzieć, że zrobiłam scenę.

Po południu usłyszałam znajomy dźwięk silnika. Serce zabiło mi mocniej, ale ręce miałam spokojne. Gości specjalnie wtedy nie przyjmowałam. Stałam w korytarzu, gdy nacisnął klamkę. Drzwi się nie otworzyły. Cisza. Potem drugi raz. Mocniej. Zapukał.

– Kamila? – zawołał. – Co jest?

Podeszłam bliżej, ale nie otworzyłam.

Wymieniliśmy zamki – powiedziałam przez drzwi.

– Co? – w jego głosie pojawiło się niedowierzanie. – To jakiś żart?

Przez wąskie okienko zobaczyłam jego twarz. Najpierw zdziwienie, potem irytację.

– Otwórz. Jestem zmęczony po drodze.

Twoje rzeczy są w garażu – odpowiedziałam. – Możesz je zabrać.

Cisza po drugiej stronie była ciężka jak kamień.

– O co ci chodzi? – zapytał ostrzej. – Co to za cyrk?

Otworzyłam okno w korytarzu, żebyśmy mogli się widzieć. Między nami było kilka kroków dystansu.

– To nie cyrk. To wszystko twoja wina.

Wyciągnęłam telefon i wyciągnęłam w jego stronę. Przesuwałam zdjęcia powoli. Lobby. Restauracja. Winda. Różne kobiety. Te same daty. Patrzył. Najpierw mrużył oczy, jakby nie dowierzał. Potem jego twarz stężała.

– To nie jest tak, jak myślisz – powiedział w końcu.

– A jak? – zapytałam spokojnie.

– Spotkania z klientkami. Czasem trzeba być miłym. Budować relacje.

– W windzie też buduje się relacje? – odpowiedziałam cicho. – We wspólnym pokoju?

Zacisnął usta.

Kto ci to dał?

– To nie ma znaczenia.

Przez chwilę chodził po podjeździe w tę i z powrotem.

– Kamila, nie przesadzaj. Przecież nic się nie stało.

Te słowa zabolały bardziej niż zdjęcia. „Nic się nie stało”? Rok kłamstw był dla niego niczym.

– Stało się – odpowiedziałam. – Przestałam ci wierzyć.

– Chcesz przekreślić cztery lata przez kilka zdjęć?

– Nie przez zdjęcia. Przez to, że od dawna żyję obok ciebie, a nie z tobą. Przez to, że nawet nie wiem, ile zarabiasz. Przez to, że każda twoja delegacja była dla mnie znakiem zapytania.

Spojrzał na mnie tak, jakby oceniał sytuację. Nie widziałam w jego oczach skruchy. Raczej kalkulację.

– I co teraz? – zapytał chłodno.

Pozew rozwodowy dostaniesz pocztą do biura.

Drgnął.

– I teraz dajesz mi pięć minut na spakowanie życia? – zapytał w końcu.

Już spakowałam je za ciebie – odpowiedziałam i wskazałam palcem na garaż.

Odwrócił się bez słowa i podszedł do garażu. Otworzył bagażnik. Patrzyłam, jak wkłada walizki, jak poprawia marynarki. Robił to metodycznie, jakby kończył zwykły wyjazd. Kiedy zamknął klapę, spojrzał jeszcze raz w stronę domu.

Pożałujesz tego – rzucił.

Nie odpowiedziałam. Nie było już czego żałować. Wsiadł do samochodu. Silnik zawarczał, potem samochód powoli wycofał z podjazdu. Stałam przy oknie, dopóki nie zniknął za zakrętem. Zapadła cisza. Właśnie zakończyłam swoje małżeństwo.

Uwolniłam się od kłamstw

Wieczorem usiadłam sama w jadalni pensjonatu. Krzesła były równo ustawione, obrusy wyprasowane. Wszystko na swoim miejscu. Tylko moje życie zmieniło układ. Bałam się plotek. Wiedziałam, że w małej miejscowości wieści rozchodzą się szybciej niż wiatr. Bałam się samotnych wieczorów i pytań gości, którzy przyzwyczaili się widzieć nas razem.

Pod tym lękiem było jednak coś jeszcze. Ulga. Nie musiałam już sprawdzać jego telefonu wzrokiem. Nie musiałam zastanawiać się, czy jego wyjazd naprawdę jest delegacją. Nie musiałam udawać przed sobą, że brak przejrzystości finansowej to normalność. Zrozumiałam, że bardziej niż zdrady bałam się samotności. Dlatego tak długo milczałam, gdy coś mi nie pasowało. Wolałam wierzyć w wygodną wersję rzeczywistości.

Wieczorem spojrzałam w lustro bez poczucia, że ktoś coś przede mną ukrywa. Było mi ciężko. Serce bolało. Wiedziałam jednak, że podjęłam decyzję dla siebie, nie przeciwko komuś. Nie wiem, jak będzie wyglądać moje życie za rok. Wiem tylko, że nie pozwolę już nikomu traktować mnie jak osoby, która nie zasługuje na prawdę.

Kamila, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama