„Recytuję paragony jak pacierz, bo mąż trzyma rękę na kasie. Obiad za 30 zł dla całej rodziny to prawdziwe wyzwanie”
„Czasem aż mnie ściska, że znam te rzeczy lepiej niż własne marzenia. Kupiłam trzy ziemniaki, kawałek kapusty, małą marchewkę i cebulę. Miałam w domu mąkę, to uznałam, że zrobię pyzy z kapustą”.

Zawsze byłam zaradna. Jeszcze zanim wyszłam za mąż, potrafiłam wyczarować obiad z resztek i zorganizować prezent urodzinowy za grosze, a i tak każdy się zachwycał. Teraz to już nie kwestia zaradności, tylko konieczności. Mąż przejął kontrolę nad domowym budżetem, a mnie zostawia dziennie trzydzieści złotych na obiad dla naszej trójki: mnie, jego i syna. Czasem dorzuci kilka złotych, jak wie, że ma przyjść jego matka. Pilnuje każdej wydanej złotówki, a ja tłumaczę się, czemu ziemniaki były po 2,50, a nie po 2,20. Najgorzej, że nawet nie chodzi o biedę. Po prostu uznał, że on „lepiej ogarnia pieniądze”. A ja? Ja codziennie kombinuję jak złodziejka, jak za te trzydzieści złotych ugotować coś, co nas nasyci, i żeby jeszcze zostało na herbatniki dla dziecka.
Od razu zajrzał do talerza
— Dostałaś trzy dychy, to chyba starczy? — rzucił z rana, wkładając portfel do kieszeni.
— Chciałam kupić jeszcze mleko do kawy i może jabłka… — zaczęłam niepewnie.
— Kawę masz. A jabłka? Może coś z tych wczorajszych jeszcze się nada. Myślałem, że ci zależy na oszczędzaniu.
Wyszłam do sklepu z tymi nieszczęsnymi pieniędzmi w kieszeni. Znam na pamięć ceny warzyw, wiem, kiedy w piekarni przeceniają chleb z wczoraj, i który sklep na osiedlu robi promocje na mięso mielone. Czasem aż mnie ściska, że znam te rzeczy lepiej niż własne marzenia. Kupiłam trzy ziemniaki, kawałek kapusty, małą marchewkę i cebulę. Miałam w domu mąkę, to uznałam, że zrobię pyzy z kapustą. Syte, tanie. Kiedyś to był obiad awaryjny. Teraz standard.
Po południu, gdy mąż wrócił, od razu zajrzał do talerza.
— Bez mięsa?
— Mieliśmy pyzy z kapustą. Z sosem grzybowym. Przepis twojej mamy — dodałam, jakby to miało go udobruchać.
— No nie wiem, ile kosztował ten sos. W Lidlu był grzybowy po 2,79. Ile dałaś?
— 2,50. W Biedronce.
Pokiwał głową i już się nie odezwał. Zawsze tak jest, jak wygram ceną.
Nam zawsze starczało
Kiedyś gotowanie sprawiało mi radość. Wymyślałam nowe potrawy, oglądałam programy kulinarne, kombinowałam z przyprawami. Dziś to matematyka: dodawanie, odejmowanie, dzielenie. Ile kosztuje cebula, ile groszy zostanie na przyprawę. Każdy paragon odkładam do szuflady, bo mąż je sprawdza. Zdarzyło mu się raz zrobić mi awanturę o „zbędne” kakao. Dziecko chciało ciasto na niedzielę, to zrobiłam murzynka. Tanie ciasto. A on: „Po co te fanaberie?”.
Z synem rozmawiamy szeptem. Wie, że nie może prosić o lody czy batonika, gdy jesteśmy razem na zakupach. Czasem kupuję mu coś ukradkiem i chowam do plecaka. Potem jemy to razem na ławce w parku jak wspólnicy przestępstwa.
— Mama, ale nie mów tacie, dobra? — mówi szeptem, a ja przytakuję, mimo że serce mi się kraje, że uczę go kombinować.
— Tato się złości tylko o kasę, nie? — zapytał raz.
— On się po prostu martwi, żeby starczyło na wszystko — odpowiedziałam, chociaż wiedziałam, że to nieprawda.
Nam zawsze starczało. Jemu po prostu nie pasuje, że to ja robiłam zakupy. Teraz chce mieć kontrolę. Taką cichą władzę. A ja codziennie gram rolę księgowej i aktorki jednocześnie.
Tak się teraz żyje
Każdego dnia zaczynam od przeglądania gazetek promocyjnych. Wiem, że w środy tanieją warzywa w jednym sklepie, a w piątki mięso w drugim. Kombinuję z resztek, planuję dania z tego, co akurat najtańsze. Ostatnio odkryłam, że można zrobić pasztet z soczewicy i warzyw — syn nawet zjadł ze smakiem. Mąż marudził, że „co to za obiad bez mięsa”, ale zjadł dwa kawałki i nie powiedział ani słowa.
Czasem pytam sąsiadkę, czy nie chce się podzielić zgrzewką jajek z promocji — na pół wychodzi taniej. Raz nawet się wymieniłyśmy: ja jej dałam pół kostki masła, ona mi słoik ogórków. To nie wstyd, tylko solidarność. Tak się teraz żyje. W piątki robię dania jednogarnkowe. Trochę ryżu, trochę warzyw, czasem kiełbasa, jak uda mi się kupić końcówki z lady. Gotuję na dwa dni, a w sobotę udaję, że to specjalnie, że „zostawiam więcej czasu dla rodziny”. I tylko ja wiem, że chodzi o to, by w sobotę nie wydać ani złotówki.
— Mamo, a możemy kiedyś iść do restauracji, jak Bartek z klasy? — zapytał syn ostatnio.
Uśmiechnęłam się i przytuliłam go mocno.
— Kiedyś, kochanie. Obiecuję.
Przecież kiedyś się śmaliśmy
Nie wiem, kiedy zaczęłam bać się wydawać pieniądze. Nawet własne, te z dorabiania sprzątaniem raz w tygodniu u starszej pani. Niby mąż mówi: „Twoje, rób co chcesz”, ale wystarczy, że zobaczy nowy szampon w łazience, i już zmienia ton, rzucając:
– Widzę, że na luksusy cię stać.
A ja stoję jak uczennica na dywaniku, chociaż kupiłam najtańszy z przeceny. I wtedy przypominam sobie, że mam 37 lat, a czuję się jakby ktoś ciągle mnie oceniał i rozliczał. Przed świętami chciałam kupić nową bluzkę — taką zwyczajną, za czterdzieści złotych. Przymierzałam ją w sklepie trzy razy, aż w końcu… nie kupiłam. Bałam się jego miny. I tego komentarza: „Na co ci to, do garów?”.
Wieczorami w łóżku leżymy plecami do siebie. Cisza boli bardziej niż kłótnia. Patrzę w sufit i myślę, kiedy się tak zrobiło. Przecież kiedyś się śmialiśmy, planowaliśmy wspólne życie. Teraz planuję tylko obiady za trzydzieści złotych. I jak ukryć przed nim, że muszę kupić nowy biustonosz, bo stary się rozlatuje. Czasem mam wrażenie, że bardziej niż brak pieniędzy, boli mnie brak ciepła.
Poszłam do syna
W niedzielę po obiedzie mąż powiedział:
— W przyszłym miesiącu musimy zacisnąć pasa. W ratach wzrosła opłata za ubezpieczenie.
— A ile dokładnie mamy na życie? — zapytałam ostrożnie.
Spojrzał na mnie, jakbym pytała o dostęp do tajnych danych.
— Wystarczy. Jak dobrze gospodarujesz, to nie powinno ci zabraknąć.
Nie odpowiedziałam. Już dawno przestałam pytać o konta, pensję, oszczędności. Kiedyś mieliśmy wspólne pieniądze, wspólne decyzje. Teraz on zarządza wszystkim, a ja mam tylko być „gospodarna”. Wieczorem wzięłam zeszyt i spisałam wszystkie paragony z ostatnich dni. Przeliczyłam, ile zostało mi z tygodniowej sumy. Cztery złote trzydzieści dwa grosze. Za mało na mleko, za dużo, by się odezwać.
Położyłam zeszyt na półkę i poszłam do syna.
— Jutro na obiad będą naleśniki. Z dżemem.
— Ale super! — ucieszył się i rzucił mi się na szyję. — Ty to potrafisz, mamo.
A ja, choć miałam łzy w oczach, uśmiechnęłam się. Bo jedyne, co mi zostało, to robić dobrą minę. Dla niego. I tylko nocami pytam siebie: kiedy w tym małżeństwie zniknęłam jako człowiek?
Przypomnę mu, że jestem kobietą
W poniedziałek po południu zadzwoniła do mnie Basia, koleżanka z pracy, tej od sprzątania. Zapytała, czy mogę wziąć dodatkowe zlecenie na czwartek. Bez zastanowienia się zgodziłam. Wiedziałam, że znów pójdę tam po cichu, w zwykłych butach na zmianę, i wrócę zmęczona, ale z sześćdziesięcioma złotymi w portfelu.
Tych sześćdziesięciu złotych nie dam mężowi. Nie powiem, że pracowałam. Schowam w moim starym pudełku po kosmetykach, tym, co stoi na dnie szafy. Bo to będzie moje. I to mi przypomni, że jeszcze istnieję. Nie planuję rewolucji. Nie mam gdzie iść, nie mam dokąd uciekać. Ale nie chcę już być tylko tą, która przelicza, która się tłumaczy. Może jeszcze nie teraz, może nie jutro, ale… kiedyś. Kiedyś przypomnę mu, że jestem kobietą, nie księgową domowego budżetu. A na razie będą naleśniki: z resztką dżemu, co został od sąsiadki. I z miłością. Bo to też składnik. Tylko nie da się go wpisać na paragonie.
Elwira, 37 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mama wzięła pożyczkę, żebym mogła iść na studniówkę. Nie miałam pojęcia, jak wielką cenę za to zapłaciła”
- „W Dzień Babci wnuki zabrały mnie do restauracji. Co mi po tym, skoro zwykle nie wpadają do mnie nawet na niedzielny rosół”
- „W Dzień Babci miał być rosół, sernik i laurki. Nie spodziewaliśmy się, że we własne święto babcia odstawi taką szopkę”

