Reklama

Wiedziałam od dawna, że Jarek nie lubił symboli. Tak przynajmniej mówił. Unikał dat, które coś znaczyły, gestów, które można było kupić, słów, które brzmiały jak z kartki. Na początku uznałam to za świeże podejście. Uczyłam się być spokojna, nie oczekiwać cudów, być dorosła. Dopiero po czasie dotarło do mnie, że w tej ciszy tylko ja byłam dojrzała.

Przecież jesteśmy ponad to

Pierwszy raz powiedział to mimochodem. Siedzieliśmy w kuchni, ja kroiłam chleb, on przeglądał coś w telefonie.

– Wiesz, ja nie obchodzę walentynek – rzucił. – To takie… wymuszone.

Podniosłam wzrok.

– Serio?

– Serio. Jeśli ktoś się kocha, to nie potrzebuje jednego dnia w roku, żeby to udowadniać.

Pokiwałam głową, choć coś we mnie lekko drgnęło. Nie dlatego, że marzyłam o różowych sercach. Bardziej dlatego, że nikt mnie nie pytał, co ja o tym myślę. Ale uznałam, że to drobiazg. Przecież nie byłam nastolatką.

Z czasem to „nie obchodzimy” stało się częścią naszej tożsamości jako pary. Mówiłam o tym koleżankom z nutą dumy, jakby to był dowód dojrzałości.

My jesteśmy ponad takie rzeczy – tłumaczyłam, kiedy opowiadały o kolacjach i drobnych niespodziankach. – U nas liczy się codzienność.

Codzienność jednak była cicha. Jarek rzadko mówił, co czuje. Okazywał mi zainteresowanie wtedy, gdy pasowało to do jego rytmu. Ja dopasowywałam się szybko. Może zbyt szybko. Kiedy nachodziła mnie myśl, że chciałabym czasem usłyszeć coś więcej, uciszałam ją rozsądkiem. „Nie przesadzaj, Ula. Przecież jest w porządku. Po prostu jest inny”. Każda kolejna rezygnacja wydawała się drobna. A ja nazywałam je kompromisami, bo tak brzmiały łagodniej.

Coraz częściej znikał

Luty zaczął się zwyczajnie, a jednak coś w powietrzu było inne. Jarek częściej zerkał na telefon, jakby czekał na sygnał od kogoś innego. Odpowiadał krócej, szybciej. Kiedy pytałam, co u niego, mówił:

– Normalnie. Praca, dom. Nic nowego.

„Nic nowego” brzmiało jak ściana. Gładka, bez szczelin.

Pewnego wieczoru napisał, że wróci później. Bez wyjaśnień, bez tej zwykłej kropki na końcu zdania. Złapałam się na tym, że sprawdzam godzinę co kilka minut, jakbym na coś czekała. Kiedy w końcu przyszedł, był zmęczony, ale nie w sposób, który znałam.

– Wszystko w porządku? – zapytałam.

– Tak. To był po prostu ciężki dzień.

Nie drążyłam. Byłam w tym dobra. Ale następnego dnia znowu zniknął, a potem kolejnego. Wieczory robiły się dłuższe, a cisza gęstsza. Przestała być neutralna. Zaczęła ciążyć.

Spotkałam się z moim bratem, Pawłem w sobotę. Znał mnie na tyle, by nie pytać wprost.

– Masz ten wyraz twarzy – powiedział, mieszając herbatę. – Jakbyś próbowała sobie coś wytłumaczyć.

– Nieprawda – odpowiedziałam odruchowo. – Po prostu mamy gorszy moment.

– A ty? Masz gorszy moment?

Zawahałam się.

– Nie wiem. Chyba… czuję się trochę z boku.

Paweł nie skomentował tego od razu.

– Ula, a kiedy ostatnio byłaś w centrum?

To pytanie zostało ze mną na długo. Wracało, gdy Jarek odbierał telefon w drugim pokoju. Gdy mówił „oddzwonię” i nie oddzwaniał. Gdy luty przesuwał się na kalendarzu, dzień po dniu. Wstydziłam się własnych myśli. Tego, że czegoś oczekuję. Przecież obiecaliśmy sobie, że jesteśmy ponad to. Tylko że ja coraz częściej czułam, że to „ponad” jest bardzo samotnym miejscem.

Próbował mnie zbyć

To był zupełny przypadek. A może tylko tak go później nazywałam, żeby łatwiej było oddychać. Siedziałam przy jego biurku, szukając ładowarki. Jarek brał prysznic, a ja grzebałam w szufladach, które znałam na pamięć. W jednej z nich znalazłam kopertę. Sztywną, hotelową, z datą, która sprawiła, że serce zabiło mi szybciej. Czternasty lutego. Miasto oddalone o kilkaset kilometrów.

Przez chwilę stałam bez ruchu, jakby to była pułapka. Przecież on nie obchodził walentynek. Przecież mówił, że wyjeżdża służbowo dopiero pod koniec miesiąca. Kiedy wyszedł z łazienki, trzymałam kopertę w dłoni.

– Co to jest? – zapytałam, starając się, by głos mi nie zadrżał.

Spojrzał szybko. Zbyt szybko.

– A, to. Rezerwacja. Stara sprawa.

– Stara? – powtórzyłam. – Na przyszły tydzień?

Wzruszył ramionami.

– Mówiłem ci, że mogę mieć wtedy wyjazd.

Nie mówił. Wiedziałam to, ale nie powiedziałam nic. Skinęłam tylko głową, jakbym znów czegoś nie dosłyszała. Jakbym nie miała prawa o nic pytać.

Tego wieczoru nie zasnęłam. Przewijałam w głowie rozmowy, drobiazgi, które wcześniej wydawały się nieistotne. Jego brak dostępności w pewne dni. Nerwowość, gdy pytałam o plany. To, że nigdy nie poznałam jego znajomych z tamtego miasta. Intuicja, którą przez lata uciszałam, wreszcie podniosła głos. Teraz była nie do zignorowania.

Poczułam, jakby ktoś wyciągnął mi krzesło spod nóg. Jeszcze nie miałam dowodu, który mogłabym komuś pokazać. Miałam tylko coraz wyraźniejsze poczucie, że mój świat nie był jedynym. I że gdzieś obok istniał drugi, w którym walentynki jednak miały sens.

Walentynki jednak miały sens

Czternasty lutego nie miał zapachu róż ani smaku czekolady. Miał dźwięk telefonu, który zazwyczaj milczał, i światło lampy w kuchni zapalonej z przyzwyczajenia. Jarek wyjechał rano. Bez pośpiechu, bez nerwów. Pocałował mnie w policzek, jak zawsze.

Odezwę się wieczorem – rzucił. Nie odezwał się.

Siedziałam na kanapie, z nogami podciągniętymi pod brodę, wpatrując się w ekran. O dwudziestej drugiej napisał krótkie: „Jestem zmęczony. Porozmawiamy jutro”. Bez emotek. Bez imienia. Jak notatka do obcej osoby.

Nie odpisałam. Zamiast tego wróciłam do profilu, który już znałam niemal na pamięć. Klara. Imię brzmiało zwyczajnie, nawet miękko. Zdjęcia układały się w historię dłuższą niż nasza. Te same daty, które u mnie były puste. Te same weekendy, które Jarek spędzał „sam”.

Nowe zdjęcie pojawiło się chwilę przed północą. Ona i on. Jego ramię, którego kształt znałam aż za dobrze. Restauracja, spokojna, elegancka. Bez serduszek. Bez przesady. Idealnie w jego stylu. Poczułam coś więcej niż ból. Poczułam wstyd. Że wierzyłam. Że byłam taka cierpliwa. Taka wyrozumiała, nawet dumna.

Kiedy wrócił dwa dni później, nie zapytałam, jak było. Usiadłam naprzeciwko niego przy stole.

Od kiedy to trwa? – zapytałam.

Zamarł.

O czym mówisz?

– O Klarze.

Cisza była długa. Ciężka. W końcu westchnął, jakby to on był zmęczony tą rozmową.

To skomplikowane.

– Nie – odpowiedziałam spokojnie. – To bardzo proste. Ja tylko nie znałam zasad.

Nie zaprzeczył. To bolało mnie najbardziej. Dowiedziałam się, że byli razem „oficjalnie”. Że to ja byłam „czymś innym”. Że wszystko było pod kontrolą. Słuchałam, jakby mówił o kimś trzecim. A potem zrozumiałam: problemem nigdy nie były walentynki. One po prostu nie były dla mnie.

Nagle wszystko zrozumiałam

Po tej rozmowie wszystko zaczęło się cofać jak źle zmontowany film. Sceny, które kiedyś wydawały się zupełnie niewinne, nagle miały drugie dno. Każde jego „nie przywiązujmy wagi do dat”, każde „nie potrzebuję takich gestów” układało się w logiczną, chłodną konstrukcję. On nie rezygnował z niczego. To ja rezygnowałam za nas dwoje.

Siedzieliśmy w ciszy, każde w innym pokoju. Ja analizowałam przeszłość, on zachowywał się tak, jakby wszystko już zostało wyjaśnione.

Nie chciałem cię zranić – powiedział w końcu, stojąc w drzwiach.

– To dziwne – odpowiedziałam. – Bo wszystko, co robiłeś, prowadziło dokładnie do tego.

Zrozumiałam, że Jarek od dawna zarządzał tą opowieścią. Dla Klary był kimś stałym, obecnym, świętującym. Dla mnie – kimś „ponadto”. Ponad potrzebami, ponad oczekiwaniami, ponad zwykłą bliskością. Dał mi miejsce, w którym byłam rozsądna, wybrana, inna. A ja ją przyjęłam, bo bałam się zapytać o prawdę.

Najbardziej bolało to, że nie byłam oszukiwana wprost. Byłam oszukiwana subtelnie. Każdym przemilczeniem, każdym półzdaniem, każdym momentem, w którym mogłam zapytać, a nie zapytałam.

Spotkałam się jeszcze raz z Pawłem. Nie musiałam tłumaczyć wiele.

– Wiesz, co jest najgorsze? – powiedziałam, patrząc w okno. – Że ja naprawdę wierzyłam, że jestem dojrzałą wersją siebie.

– Bo byłaś – odpowiedział cicho. – Tylko z własnego wyboru.

To zdanie zamknęło coś we mnie. Nie relację. Raczej iluzję, na której ją zbudowałam.

Nie chodziło o walentynki

Nie spakowałam się od razu. Nie zrobiłam dramatycznej sceny. Przez kilka dni funkcjonowaliśmy obok siebie, jakby nic się nie stało. Jakby prawda była tylko kolejną informacją, a nie czymś, co zmienia wszystko. W tej zwyczajności było coś okrutnego.

Zaczęłam jednak słyszeć własne myśli wyraźniej. Już nie tłumaczyły go automatycznie. Nie wygładzały faktów. Kiedy mówił „nie chciałem cię stracić”, słyszałam raczej „chciałem zachować wygodę”. Kiedy powtarzał, że „to nie było przeciwko mnie”, wiedziałam, że dokładnie takie było.

Najtrudniejsze było przyznanie się przed samą sobą, jak długo zgadzałam się na bycie niewidzialną. Jak łatwo przyjęłam rolę kogoś, kto nie potrzebuje gestów, słów, potwierdzeń. Nie dlatego, że naprawdę ich nie chciałam. Dlatego, że bałam się, iż prosząc o nie, stracę wszystko.

Nie wiem jeszcze, co zrobię dalej. Wiem tylko, że nie chcę już budować związku na cudzych definicjach dojrzałości. Jeśli coś ma być „ponad”, to tylko wzajemność. Walentynki przestały mnie interesować. Ale nie dlatego, że są niepotrzebne. Po prostu nauczyłam się, że każdy dzień, w którym trzeba siebie umniejszać, żeby ktoś został, jest dniem straconym.

Urszula, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama