„Mój facet cieszył się, ile zaoszczędził na prezencie walentynkowym. Kasa zawsze była ważniejsza niż ja”
„Moje trzydzieste urodziny miały być przełomem. Tak sobie przynajmniej wmówiłam. Tym bardziej że sprzyjała temu data, bo wypadały w walentynki. Ostatnie miesiące były dla nas trudne, dużo pracowaliśmy, mijaliśmy się w korytarzu. Czułam, że oddalamy się od siebie, że nasza relacja staje się bardziej spółką z ograniczoną odpowiedzialnością niż związkiem dwojga kochających się ludzi”.

Patrzyłam na to małe, lekko sfatygowane pudełko leżące na stole kuchennym i czułam, jak w moim wnętrzu coś pęka z cichym, ale ostatecznym trzaskiem. To nie był huk, to nie była eksplozja gniewu, jakiej można by się spodziewać w filmach. To było raczej jak ciche osunięcie się ziemi, po którym krajobraz zmienia się nieodwracalnie. Paweł stał nade mną z tym swoim triumfalnym uśmiechem, czekając na pochwałę, na wybuch radości, na wdzięczność za jego nieskończoną zaradność. A ja, zamiast radości, czułam jedynie narastający chłód, który powoli obejmował moje serce, zamrażając w nim ostatnie resztki nadziei na to, że kiedykolwiek zostanę przez niego naprawdę dostrzeżona.
Wtedy ustąpiłam
Wszystko zaczęło się znacznie wcześniej, choć długo wypierałam ze świadomości te drobne sygnały. Kiedy poznałam Pawła, jego oszczędność i pragmatyzm wydawały mi się cechami dojrzałego mężczyzny. Po latach spędzonych z lekkoduchami, którzy żyli od pierwszego do pierwszego, Paweł jawił się jako ostoja stabilizacji. Miał plan na wszystko: na mieszkanie, na emeryturę, na wakacje. Wtedy nie widziałam jeszcze, że w jego tabelkach w Excelu nie ma rubryki na uczucia, spontaniczność czy zwykłą, ludzką radość z dawania.
Zamieszkaliśmy razem po roku znajomości. To był czas remontu naszego wymarzonego gniazdka. Pamiętam, jak stałam w sklepie budowlanym, gładząc dłonią próbkę pięknych, hiszpańskich kafelków. Miały w sobie tyle ciepła, tyle charakteru. Kosztowały nieco więcej niż standardowe, ale przecież podłogę robi się na lata.
— Magda, spójrz na to logicznie. — Głos Pawła sprowadził mnie na ziemię. Mój partner wskazał na paletę szarych, bezwyrazowych płytek obok. — Te mają niemal identyczne parametry ścieralności, a są trzydzieści procent tańsze. To jest okazja. Tamte to fanaberia, płacisz tylko za wzorek.
Wtedy ustąpiłam. Pomyślałam, że może faktycznie jestem niegospodarna. Że powinnam docenić jego dbałość o nasz budżet. W końcu to były nasze pieniądze. Podłoga w kuchni stała się więc szara i smutna, dokładnie taka, jakiej chciał Paweł. Praktyczna. Rozsądna. Bez duszy.
Z czasem zauważyłam, że to słowo — „rozsądek”, stało się wytrychem do każdej sfery naszego życia. Nie chodziliśmy do kina w weekendy, bo bilety były droższe. Czekaliśmy na „tanie wtorki”, nawet jeśli oznaczało to, że film, na który czekałam, przestawali już grać. Nie kupowaliśmy kwiatów, bo „i tak zwiędną”, co w języku Pawła oznaczało wyrzucanie pieniędzy w błoto. Moja potrzeba estetyki i drobnych gestów była systematycznie redukowana do poziomu niepotrzebnego kaprysu.
Serce zabiło mi mocniej
Moje trzydzieste urodziny miały być przełomem. Tak sobie przynajmniej wmówiłam. Tym bardziej że sprzyjała temu data, bo wypadały w walentynki. Ostatnie miesiące były dla nas trudne, dużo pracowaliśmy, mijaliśmy się w korytarzu. Czułam, że oddalamy się od siebie, że nasza relacja staje się bardziej spółką z ograniczoną odpowiedzialnością niż związkiem dwojga kochających się ludzi. Potrzebowałam dowodu, że wciąż jestem dla niego ważna, nie tylko jako współlokatorka do opłacania rachunków.
Nie oczekiwałam diamentów. Naprawdę. Tydzień przed urodzinami, podczas spaceru, zatrzymaliśmy się przed witryną małej galerii artystycznej. Zobaczyłam tam srebrny wisiorek. Był skromny, przedstawiał jaskółkę. Nie kosztował majątku, ale miał w sobie to „coś”.
— Piękny, prawda? — zapytałam, ściskając jego dłoń. — Taki symbol wolności.
Paweł mruknął coś pod nosem, sprawdził cenę wystawioną na małej karteczce i pokręcił głową.
— Srebro w tej cenie? Płacisz za czynsz tej galerii, nie za kruszec — skomentował i pociągnął mnie dalej.
Mimo to miałam nadzieję. Łudziłam się, że może wrócił tam później. Że może zapamiętał błysk w moim oku. Że chociaż raz postawi moją radość ponad swoje kalkulacje. Przygotowałam uroczystą kolację. Upiekłam jego ulubione ciasto, choć sama wolałabym inne. Zapaliłam świece, które kupiłam w tajemnicy, żeby nie słuchać o marnowaniu parafiny. Gdy wrócił z pracy, niósł w ręku małą torebkę prezentową. Serce zabiło mi mocniej. A więc jednak. Pamiętał. Zrobił to.
— Wszystkiego najlepszego, kochanie — powiedział, całując mnie w policzek. — Mam dla ciebie coś specjalnego. Coś, co na pewno docenisz, bo to był strzał w dziesiątkę.
Usiadłam przy stole, czując narastające podniecenie. Wyjęłam z torebki pudełeczko. Nie było to pudełko jubilerskie. Było kartonowe, lekko przytarte na rogu, jakby leżało w magazynie przez dekadę. Otworzyłam je. W środku leżał zegarek. Nie, nie elegancki czasomierz. To był sportowy zegarek typu smartband, ale jakiejś kompletnie nieznanej firmy. Wyglądał na plastikowy i toporny. Na tarczy była jeszcze naklejona folia z ceną, jaskrawa, pomarańczowa naklejka z napisem „WYPRZEDAŻ -70%”.
— Zobacz. — Paweł usiadł naprzeciwko, promieniejąc dumą. — Normalnie takie gadżety kosztują krocie. A ja go wyhaczyłem w markecie, w koszu z ostatnimi sztukami. Był przeceniony, bo pudełko jest uszkodzone i chyba brakuje instrukcji w języku polskim, ale to przecież żaden problem, prawda? Ściągniesz sobie z internetu. Mierzy kroki, sen, wszystko. No i najważniejsze: zapłaciłem za niego grosze. To się nazywa rozsądny zakup.
Zatkało mnie
Patrzyłam na ten czarny, gumowy pasek i czułam, jak łzy napływają mi do oczu. Nie chodziło o to, że chciałam jaskółkę. Chodziło o to, że on nawet przez chwilę nie pomyślał o mnie. Pomyślał o okazji. O tym, jak wspaniale udało mu się „ograć system”. Kupił coś, co było tanie, a nie coś, co sprawiłoby mi przyjemność. Wręczył mi, w dniu mojego święta, odpad z wyprzedażowego kosza, nawet nie zadając sobie trudu, by odkleić jaskrawą cenę świadczącą o jego „gospodarności”.
— Nie podoba ci się? — Jego uśmiech zgasł, zastąpiony przez grymas irytacji.
Odsunęłam pudełko.
— Paweł... to są moje okrągłe urodziny — zaczęłam cicho, starając się opanować drżenie głosu. — W dodatku walentynki. Marzyłam o czymś osobistym. O czymś, co wybrałeś z myślą o mnie, a nie o promocji. Ten zegarek... ja nawet nie uprawiam sportu. Nie potrzebuję mierzyć kroków.
— Ale to jest praktyczne! — Uniósł głos, wstając od stołu. — Kobiety... Zawsze to samo. Liczy się tylko opakowanie, wstążeczka i to, żeby błyszczało? Wiesz, ile zaoszczędziłem? Mogłem ci kupić ten wisiorek z witryny, ale to byłoby zwykłe frajerstwo. Przepłacanie za kawałek metalu. A tu masz elektronikę za ułamek wartości.
— Ale ja nie chciałam elektroniki za ułamek wartości! — wybuchłam w końcu. — Chciałam czuć, że jestem dla ciebie warta więcej niż promocyjna naklejka! Że potrafisz zrobić coś dla mnie, nie patrząc na saldo konta!
Paweł spojrzał na mnie z czymś w rodzaju obrzydzenia. To spojrzenie zabolało bardziej niż sam prezent.
— Nie wiedziałem, że jesteś taką materialistką, Magda — powiedział zimno. — Myślałem, że jesteśmy razem, bo wyznajemy podobne wartości. Że budujemy przyszłość. A tobie chodzi tylko o to, żeby dostać drogą błyskotkę. Jesteś rozczarowująca. Jeśli miarą twojej miłości jest to, ile wydam na prezent, to mamy problem.
Zatkało mnie. Materialistka? Ja, która od trzech lat godziłam się na najtańsze wakacje pod namiotem, choć marzyłam o hotelu z ciepłą wodą? Ja, która gotowałam w domu, żeby nie wydawać na restauracje? Ja, która chodziłam w płaszczu sprzed pięciu sezonów, bo on twierdził, że wciąż jest „funkcjonalny”? W jednej chwili oskarżył mnie o wszystko, czego w naszej relacji brakowało z jego winy. Odwrócił kota ogonem tak mistrzowsko, że przez moment poczułam się winna. Ale tylko przez moment.
Wtedy zrozumiałam
Tamtego wieczoru nie zjedliśmy kolacji. Paweł zamknął się w sypialni, ostentacyjnie obrażony na moją „niewdzięczność”. Zostałam sama w kuchni, z tym nieszczęsnym, plastikowym zegarkiem i stygnącym ciastem. Patrzyłam na szare kafelki, które on wybrał. Na stół, który kupiliśmy z ekspozycji, bo miał rysę. Na całe to nasze życie, które było jednym wielkim kompromisem na moją niekorzyść.
Wtedy zrozumiałam. To nie była kwestia pieniędzy. Paweł zarabiał dobrze. My oboje zarabialiśmy dobrze. To była kwestia priorytetów. W jego świecie uczucia były zbędnym wydatkiem energetycznym i finansowym. A ja? Ja byłam inwestycją, która miała przynosić stopę zwrotu w postaci ciepłego domu i obsłużonego życia, przy minimalnych nakładach własnych. Gdyby kupił mi polne kwiaty od staruszki na rogu za pięć złotych, byłabym szczęśliwa. Ale on nie kupiłby kwiatów, bo one zwiędną. To nieekonomiczne. Wstałam, zgarnęłam zegarek do szuflady z "przydasiami" i zgasiłam świece. Wraz z tymi płomykami zgasło we mnie coś jeszcze. Moja chęć starania się.
Przestałam czekać na gesty
Przez kolejne tygodnie w naszym domu panowała dziwna atmosfera. Nie było kłótni. Wręcz przeciwnie, było spokojniej niż kiedykolwiek. Paweł uznał, że jego „lekcja” o materializmie zadziałała, bo przestałam prosić o cokolwiek. Przestałam sugerować wyjścia. Przestałam pokazywać mu rzeczy, które mi się podobały. Przestałam gotować dwudaniowe obiady w środku tygodnia.
— Co dziś jemy? — zapytał pewnego dnia, wracając z pracy.
— Nie wiem, ja zjadłam kanapkę — odpowiedziałam znad książki, nie podnosząc wzroku. — W lodówce są parówki. Są bardzo tanie i pożywne. Rozsądny wybór.
Spojrzał na mnie zdziwiony, ale nie skomentował. Zjadł parówki. Moje wycofanie postępowało etapami. Najpierw przestałam dbać o naszą wspólną przestrzeń w sposób emocjonalny. Nie kupowałam już nowych serwetek, nie zmieniałam zasłon na wiosenne. Mieszkanie stało się tak sterylne i surowe, jak zawsze chciał. Było czysto, funkcjonalnie i martwo. Potem przyszła kolej na mnie. Kupiłam sobie ten srebrny wisiorek z jaskółką. Z własnych pieniędzy, bez konsultacji z nim.
Kiedy go zauważył, uniósł brew.
— Kupiłaś to? Przecież mówiłem, że to przepłacone.
— Mnie się podoba — odpowiedziałam spokojnie, zapinając łańcuszek. — I sprawia mi radość. To wystarczający powód.
— Marnujesz pieniądze, które moglibyśmy odłożyć na konto oszczędnościowe — mruknął, ale w jego głosie nie było już tej mocy co dawniej. Chyba wyczuł mur, który wokół siebie zbudowałam. Mur zbudowany z jego własnych rozsądnych argumentów.
Najgorsze, a może najlepsze, było to, że przestało mi zależeć na jego opinii. Kiedyś jego krytyka bolała. Teraz spływała po mnie jak woda. Stał się dla mnie kimś w rodzaju współlokatora, z którym łączą mnie finanse i adres, ale nic więcej. Przestałam czekać na gesty. Przestałam liczyć na to, że przyniesie mi herbatę, gdy będę chora albo że przykryje mnie kocem, gdy zasnę na kanapie. Wiedziałam, że tego nie zrobi, bo to wymagałoby empatii, a nie kalkulacji.
Wróciłam do domu
Pewnego popołudnia spotkałam się z moją przyjaciółką, Anią. Siedziałyśmy w kawiarni, a ona z wypiekami na twarzy opowiadała mi, jak jej mąż, który wcale nie zarabiał kokosów, zorganizował dla niej piknik w salonie, bo padał deszcz. Rozłożył koc, kupił tanie wino i puszczał piosenki z ich młodości.
— To było takie głupie i takie cudowne — śmiała się Ania. — Popłakałam się ze szczęścia.
Słuchałam jej i czułam pustkę. Nie zazdrość, nie złość. Po prostu pustkę. Wiedziałam, że Paweł uznałby to za infantylne marnowanie czasu, który można by przeznaczyć na nadgodziny albo analizę giełdy. Wróciłam do domu. Paweł siedział przy komputerze, wpatrzony w tabelki.
— Magda, znalazłem świetną ofertę na ubezpieczenie samochodu — powiedział, nawet nie odwracając głowy. — Zaoszczędzimy dwieście złotych w skali roku, jeśli zrezygnujemy z opcji holowania za granicą. Przecież i tak nie wyjeżdżamy.
Spojrzałam na niego. Na jego zgarbione plecy, na ten szary sweter, który nosił od lat.
— Super — powiedziałam bezbarwnie. — Zrób tak.
— Nawet nie zapytasz o szczegóły? — zdziwił się, obracając fotel. — Kiedyś zawsze chciałaś wiedzieć, co obejmuje polisa.
— Ufam twojemu rozsądkowi — odparłam, zdejmując buty. — Ty zajmij się oszczędzaniem, Paweł. Jesteś w tym najlepszy.
Chciał coś powiedzieć, widziałam to w jego oczach. Przez ułamek sekundy przemknął tam cień niepokoju. Może zauważył, że nie ma już w moich oczach tego ciepła, tej walki o nas. Że stałam się tak samo chłodna i pragmatyczna jak on, tylko że w moim przypadku oznaczało to śmierć miłości. Ale nie powiedział nic. Wrócił do monitora. Przecież dwieście złotych piechotą nie chodzi. Weszłam do sypialni i usiadłam na brzegu łóżka. Dotknęłam mojej srebrnej jaskółki. Byłam wolna, choć wciąż tu byłam. Moje serce już się wyprowadziło.
Ciało potrzebowało tylko trochę więcej czasu, by dopełnić formalności. Wiedziałam, że to kwestia miesięcy. Kiedy w końcu odejdę, on pewnie przeliczy to na straty finansowe związane z podziałem majątku. I może, tylko może, kiedy zostanie sam w tym idealnie oszczędnym, szarym mieszkaniu, zrozumie, że są rzeczy, których wartości nie da się wpisać w Excela. Ale wtedy będzie już za późno. Dla mnie już było. Nauczyłam się najważniejszej rzeczy: najdroższe, co można stracić, to czas spędzony z kimś, kto nie potrafi docenić twojej obecności. A tego nie da się odkupić na żadnej wyprzedaży.
Magda, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Byłam taka szczęśliwa, gdy w walentynki mąż zaskoczył mnie różami. Szkoda, że nie tylko dla mnie był taki słodziutki”
- „Gniłem w nudnym związku, bo tak było mi wygodniej. W te walentynki zrozumiałem, że oszukiwałem się przez całe życie”
- „Podczas gołoledzi poślizgnęłam się na lodzie i wpadłam w męskie ramiona. Nie wiedziałam, że to zmieni całe moje życie”

