„Mój facet chciał zachować walentynki w tajemnicy. W końcu odkryłam, dlaczego tak się mnie wstydzi”
„Wstydziłam się tej pustki między słowami. Coraz częściej łapałam się na tym, że opowiadam o nim tak, jakby był kimś mniej realnym, niż pojawiał się w moim życiu naprawdę. Najbardziej bolało jednak to, że zaczęłam czuć się jak dodatek. Jak ktoś, kogo trzeba dopasować do grafiku, a nie odwrotnie”.

Byłam przekonana, że w końcu dzieje się coś ważnego. Że dorosłość oznacza spokój, a nie ciągłe zgadywanie. Kiedy Tomasz patrzył na mnie tym swoim skupionym wzrokiem, wierzyłam, że widzi we mnie przyszłość, nie chwilę. Miłość rzeczywiście może doprowadzić do różnych rzeczy, także do beznadziejnego zaślepienia. Dziś wiem, że wtedy widziałam głównie to, czego bardzo potrzebowałam. A resztę dopowiadałam sobie sama.
Zachowywał się jak partner
Poznałam Tomasza w momencie, kiedy byłam zmęczona byciem „silną”. Po trzydziestce, z poukładanym życiem zawodowym i pustką, której nie dało się już zagłuszyć pracą. On pojawił się spokojnie, bez fajerwerków, za to z uważnością, która od razu mnie rozbroiła. Słuchał. Pamiętał drobiazgi. Pisał rano i wieczorem. Kiedy siedzieliśmy naprzeciwko siebie, miałam wrażenie, że nic poza nami nie istnieje.
— Lubię to, co jest między nami — powiedział któregoś wieczoru, mieszając łyżeczką herbatę. — Ale nie psujmy tego etykietami.
Uśmiechnęłam się wtedy, choć coś lekko mnie zakłuło.
— Czyli…? — zapytałam ostrożnie.
— Czyli po prostu bądźmy — odpowiedział szybko. — Bez presji. Bez oczekiwań.
Skinęłam głową, bo bałam się, że jeśli dopytam, zniknie. A ja bardzo chciałam, żeby został. Zachowywał się jak partner. Dzwonił, gdy miał gorszy dzień. Przyjeżdżał, kiedy mówiłam, że tęsknię. Zostawiał swoją szczoteczkę w mojej łazience, jakby to było najbardziej naturalne na świecie. A kiedy raz, półżartem, powiedziałam „mój mężczyzna”, zareagował nerwowym śmiechem.
— Nie przesadzaj — rzucił. — Słowa potrafią komplikować.
Wracałam wtedy do domu z myślą, że może rzeczywiście to ja nadaję znaczenie tam, gdzie go nie trzeba. Że dojrzałość polega na luzie. Że związek to tylko konstrukcja, a my mamy coś bardziej prawdziwego. Tylko dlaczego za każdym razem, gdy pytałam samą siebie, kim właściwie dla niego jestem, w brzuchu pojawiał się ścisk? Dlaczego bałam się planować cokolwiek dalej niż kilka dni? Intuicja szeptała, że stoję w miejscu, ale strach przed samotnością krzyczał głośniej. Tomasz mówił: „Przecież jest nam dobrze”. A ja uczyłam się wierzyć, że to wystarczy.
Chciałam mu wierzyć
Pierwszy zakaz pojawił się niby mimochodem, jak coś zupełnie naturalnego.
— Wolałbym, żebyśmy nie wrzucali wspólnych zdjęć — powiedział, kiedy zobaczył, że robię nam zdjęcie przy oknie. — Nie lubię takiej publiczności.
Zawahałam się, ale odłożyłam telefon. Pomyślałam, że każdy ma swoje granice. Że prywatność to zaleta, nie ostrzeżenie. Potem doszły kolejne drobiazgi. Spotykaliśmy się tylko w określone dni. Zawsze „miał coś” w weekendy, zwłaszcza te dłuższe. Kiedy zaproponowałam spontaniczny wypad, skrzywił się, jakbym powiedziała coś niestosownego.
— Muszę planować — tłumaczył. — Nie mogę tak z dnia na dzień.
Zaczęłam więc planować pod niego. Przekładałam spotkania z przyjaciółmi, odmawiałam rodzinnych obiadów. Kiedy koleżanki pytały, czy przyjdę z nim, odpowiadałam wymijająco.
— A ten twój… Tomasz? — dopytywała Anka. — Kim on właściwie jest?
— To skomplikowane — rzucałam i czułam, jak policzki mnie pieką.
Nie potrafiłam powiedzieć „partner”. Nie mówiłam „chłopak”. Wstydziłam się tej pustki między słowami. Coraz częściej łapałam się na tym, że opowiadam o nim tak, jakby był kimś mniej realnym, niż pojawiał się w moim życiu naprawdę. Najbardziej bolało jednak to, że zaczęłam czuć się jak dodatek. Jak ktoś, kogo trzeba dopasować do grafiku, a nie odwrotnie. Kiedy raz zapytałam, dlaczego tak bardzo chroni swoją prywatność, spojrzał na mnie uważnie.
— Przecież wiesz, że to nie ma z tobą nic wspólnego — powiedział spokojnie. — Po prostu tak mam.
Chciałam mu wierzyć. Naprawdę. Ale gdzieś głęboko rosło we mnie poczucie, że nie chodzi o „tak mam”, tylko o „tak muszę”. I że to „muszę” ma imię, którego jeszcze nie znałam.
Po prostu boi się świata
Walentynki miały być zwyczajne. Tak sobie to tłumaczyłam, zanim jeszcze nadszedł ten dzień. Bez oczekiwań, bez scenariuszy, bez nadziei, która potem boli najbardziej. Tomasz sam zaproponował spotkanie, co już wtedy wydało mi się czymś wyjątkowym. Przyszedł z niewielką torbą prezentową. Uśmiechał się, był czuły, jakby na chwilę zapomniał o całym świecie. Kiedy wręczył mi drobny przedmiot zapakowany w jasny papier, poczułam ścisk w gardle. Nie dlatego, że był kosztowny, tylko dlatego, że był przemyślany. Wiedział. Słuchał. Pamiętał.
— Chciałem, żebyś to miała — powiedział cicho.
Przytuliłam go, a w środku coś we mnie miękło. Przez moment pozwoliłam sobie uwierzyć, że to jest właśnie to „potem”, o którym tak często mówił. Usiedliśmy na kanapie, blisko, spokojnie. Jego dłoń na moich plecach była pewna, znajoma. I wtedy, jakby mimochodem, dodał:
— Tylko… wolałbym, żeby to zostało między nami.
Zamarłam.
— Co dokładnie? — zapytałam, choć doskonale wiedziałam.
— No wiesz… żeby nikt nie widział. Żebyś nikomu o tym nie mówiła. Nie wrzucała zdjęć — wyliczał szybko. — To takie… nasze.
Słowo „nasze” zabrzmiało jak obietnica i ostrze jednocześnie. Kiwnęłam głową, bo znów nie chciałam psuć chwili. Bo znów pomyślałam, że może on po prostu boi się świata. Plotek. Ocen.
W nocy długo nie mogłam zasnąć. Leżał obok, oddychał równo, a ja wpatrywałam się w sufit, układając usprawiedliwienia jak paciorki różańca. Że ma złe doświadczenia. Że nie chce zapeszać. Że to minie. Tylko dlaczego prezent, który miał mnie uszczęśliwić, nagle zaczął ciążyć jak dowód czegoś, czego nie wolno było nazwać?
Imiona zawisły w powietrzu
To był zupełnie zwyczajny moment. Tomasz szykował się do wyjścia, szukał kluczy, krążył po mieszkaniu z lekką nerwowością. Stałam przy stole, obserwując go bez większej uwagi. Kiedy schylił się, by podnieść kurtkę, z jego portfela wysunęło się zdjęcie i opadło na podłogę. Najpierw zobaczyłam kolory. Potem twarze. Schyliłam się szybciej niż on. Ułamek sekundy wystarczył, żeby świat zamilkł.
Kobieta o ciemnych włosach, uśmiechnięta, pewna siebie. Obok kilkuletni chłopiec, przytulony do niej z naturalnością, której nie da się udawać. Rodzinny kadr. Ciepły. Prawdziwy. Serce zaczęło mi walić tak głośno, że miałam wrażenie, iż on też to słyszy.
— Co to jest? — zapytałam, choć głos mi drżał.
Zamarł. Spojrzał na zdjęcie, potem na mnie. Przez chwilę wyglądał, jakby szukał właściwego zdania, które uratuje wszystko.
— To… stare — powiedział w końcu. — Nic ważnego.
— Nic ważnego? — powtórzyłam i poczułam, jak kolana mi miękną. — Kim oni są?
Westchnął ciężko, jakby to ja zmuszała go do niewygodnej rozmowy.
— Karolina… i Leon — odpowiedział cicho.
Imiona zawisły w powietrzu. Nagle wszystkie zakazy, wszystkie „nie teraz”, wszystkie zamknięte weekendy ułożyły się w jedną, bolesną całość.
— Żona i syn? — zapytałam wprost.
Nie zaprzeczył, tylko spuścił wzrok.
— To skomplikowane — powiedział dokładnie tym samym tonem, którym ja wcześniej tłumaczyłam go przyjaciółkom.
Poczułam, jak coś we mnie pęka. Jakby nagle zabrakło tlenu.
— A ja? — wyszeptałam. — Kim ja byłam?
Milczał. To milczenie było głośniejsze niż jakiekolwiek wyznanie. Oddałam mu zdjęcie, jakby parzyło. Wtedy zrozumiałam, że nigdy nie byłam „pomiędzy”. Byłam dodatkiem do życia, które już istniało.
Nie czułam triumfu
Nie wyszłam wtedy z hukiem. Nie było dramatycznych słów ani trzaskania drzwiami. Stałam jeszcze chwilę, jakby moje ciało potrzebowało czasu, żeby dogonić to, co już wiedziała głowa. Tomasz mówił coś cicho, urywanymi zdaniami, o odpowiedzialności, o dziecku, o tym, że „nie chciał nikogo skrzywdzić”.
— A jednak ci się udało — przerwałam mu. Głos miałam spokojny, obcy.
Spakowałam kilka rzeczy, które należały do mnie. Szczoteczkę, książkę, sweter. Drobiazgi, które wcześniej wydawały się dowodem bliskości, a teraz wyglądały jak rekwizyty z przedstawienia, w które uwierzyłam za bardzo.
— Ewelina, proszę… — zaczął.
— Nic nie mów — odpowiedziałam. — Za długo cię słuchałam.
Na klatce schodowej poczułam, jak drżą mi ręce. Dopiero tam pozwoliłam sobie usiąść na stopniu i rozpłakać się bez świadków. Nie po nim. Po sobie. Po tej wersji mnie, która godziła się na półsłówka i czekała na „kiedyś”. Przez kolejne dni wracałam myślami do wszystkich momentów, które ignorowałam. Do własnych usprawiedliwień. Do strachu przed pustym mieszkaniem. Zrozumiałam, że łatwo pomylić bliskość z miłością, jeśli bardzo chce się w nią wierzyć. I że tajemnica nigdy nie jest komplementem, choć potrafi tak brzmieć. Nie czułam triumfu, jedynie zmęczenie i żal. Ale gdzieś pod nimi pojawiała się cicha myśl, że to był jedyny sposób, by ocalić siebie..
Ewelina, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W walentynki facet oświadczył mi się przed tłumem. Czułam się jak w filmie, aż odkryłam, dlaczego dał mi pierścionek”
- „Mój facet kpił, że walentynki są dla naiwnych, więc odpuszczałam. Okazało się, że obchodził to święto z kimś innym”
- „Mąż dał mi drogie perfumy na walentynki. Znałam już ten zapach, bo tak pachniała jego koszula po powrocie z pracy”

