„Góra kłamstw mojego ukochanego była wyższa niż Kilimandżaro. Skoro chce się bawić w podchody, to pokażę mu, co potrafię”
„Zaczęłam robić rzeczy, których się wstydzę. Przeszukałam kieszenie jego marynarki, gdy spał. W schowku samochodowym (tak, zeszłam tam w nocy w piżamie, z zapasowym kluczykiem) znalazłem małe pudełeczko. Kolczyki. Delikatne, srebrne kółka. Nie miałam wkrótce urodzin. Nie było rocznicy. Serce podeszło mi do gardła”.

To miał być zwykły dzień, taki jak tysiące innych w naszym uporządkowanym, wspólnym życiu. Zapach świeżo parzonej kawy, cichy szum deszczu uderzającego o szyby naszego mieszkania na warszawskim Mokotowie i ciepło jego ciała obok mnie. A jednak, gdy Krystian poszedł pod prysznic, a jego telefon zawibrował na szafce nocnej, poczułam ten dziwny skurcz w żołądku. To nie była zwykła ciekawość. To był instynkt drapieżnika, który wyczuwa krew. Jeden krótki podgląd wiadomości wystarczył, bym wpadła w otchłań, z której nie było powrotu. Nigdy nie sądziłam, że stanę się tą kobietą: tą, która śledzi, sprawdza, analizuje i powoli traci zmysły. Oto jak moja zazdrość stała się trzecią osobą w naszym związku.
Wierzyłam mu
Krystian był typem mężczyzny, o którym marzy się latami, oglądając komedie romantyczne z kubkiem kakao w ręku. Stabilny, opiekuńczy, z tym rodzajem męskiego uroku, który nie krzyczy „patrz na mnie”, ale sprawia, że czujesz się przy nim bezpiecznie. Byliśmy ze sobą od trzech lat. Trzy lata budowania zaufania, wspólnych wakacji w Toskanii, planowania remontu kuchni i dyskusji o tym, czy adoptować psa ze schroniska.
Wiedziałam o Malwinie. Oczywiście, że wiedziałam. Była jego „wielką miłością ze studiów”, tą artystyczną duszą, która malowała obrazy i paliła cienkie papierosy, podczas gdy ja byłam tą poukładaną, pracującą w korporacyjnym marketingu, z terminarzem zaplanowanym co do minuty. Krystian zapewniał mnie na początku naszego związku: Ewa, to przeszłość. Rozstaliśmy się w zgodzie, czasem wymienimy uwagi o sztuce czy wspólnych znajomych, ale to ty jesteś moją teraźniejszością i przyszłością.
Wierzyłam mu. Bo dlaczego miałabym nie wierzyć? Patrzył na mnie tak, jakby słońce wstawało i zachodziło w moich oczach. Przez pierwsze dwa lata Malwina była tylko imieniem, które czasem padało przy okazji opowieści o starych czasach. Była duchem, nieszkodliwym cieniem. Aż do tego dnia. Ekran jego iPhone'a rozświetlił się o 6:45 rano. Leżałam jeszcze w półśnie, ale ten błękitny blask w ciemnej sypialni zadziałał jak reflektor. Krystian był w łazience, słyszałam szum wody. Przysięgam, nie chciałam tego robić. Ale moja ręka sama powędrowała w stronę szafki.
„Dzięki za wczoraj. Naprawdę tego potrzebowałam. Jesteś niezastąpiony. M.”.
Zastygłam. Serce zaczęło mi bić tak mocno, że bałam się, iż usłyszy je przez drzwi łazienki. Wczoraj? Przecież wczoraj powiedział mi, że zostaje dłużej w biurze, żeby dopiąć projekt dla klienta z Niemiec. Wrócił po 21:00, zmęczony, pachnący biurową klimatyzacją i pizzą na wynos. Kłamał? A może wczoraj oznaczało rozmowę telefoniczną?
Odłożyłam telefon dokładnie w to samo miejsce, milimetr do milimetra, żeby nie zauważył, że był dotykany. Kiedy wyszedł z łazienki, wycierając włosy ręcznikiem, uśmiechnął się do mnie.
— Dzień dobry, kochanie. Jak się spało? — zapytał, całując mnie w czoło.
Czułam zapach jego żelu pod prysznic, ten sam, który kupowałam mu od lat. Był taki normalny. Taki spokojny. A ja czułam, jak w środku zaczyna we mnie kiełkować czarna, lepka maź podejrzenia.
— Dobrze — skłamałam, a mój głos nawet nie zadrżał. — Tylko trochę boli mnie głowa.
Opowiedziałam jej wszystko
W pracy nie mogłam się skupić. Siedziałam przed Excelem, a cyfry zamieniały się w litery układające się w imię Malwina. Wpisałam je w wyszukiwarkę na Facebooku i Instagramie. Robiłam to już kiedyś, na początku związku, ale teraz to było co innego. To było śledztwo. Jej profil był otwarty. Artystyczne zdjęcia, filiżanki kawy w modnych kawiarniach, fragmenty obrazów. I wtedy to zobaczyłam. Zdjęcie wrzucone wczoraj wieczorem. Dwa kieliszki wina na stoliku w knajpce, którą Krystian uwielbiał, ale do której przestaliśmy chodzić, bo była zbyt głośna. Podpis: Stare przyjaźnie są jak wino. Z czasem tylko zyskują. Dziękuję za wsparcie.
Nie oznaczyła go. Nie było widać jego twarzy. Ale na krawędzi kadru, ledwo widoczny, leżał zegarek. Srebrny, z charakterystyczną, lekko pękniętą bransoletą. Zegarek, który dałam Krystianowi na jego trzydzieste urodziny. Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Ręce zaczęły mi się trząść. Wyszłam z biura, zamykając się w toalecie. Oparłam czoło o zimne kafelki.
Dlaczego mi nie powiedział? — to pytanie huczało mi w głowie. Gdyby przyszedł i powiedział: Słuchaj, Malwina ma kryzys, muszę się z nią spotkać, pogadać, byłabym zła? Może trochę zazdrosna. Ale zrozumiałabym. Jesteśmy dorośli. Ale on kłamał. Powiedział projekt, powiedział biuro. Zbudował mur kłamstwa wokół spotkania z byłą dziewczyną. Wtedy zadzwoniła do mnie Justyna, moja przyjaciółka z działu HR, która zawsze miała nosa do dramatów.
— Co się dzieje? Wyglądasz, jakbyś zobaczyła ducha — rzuciła, gdy spotkałyśmy się na lunchu.
Opowiedziałam jej wszystko. O wiadomości, o zdjęciu, o zegarku. Justyna pokiwała głową z miną eksperta.
— Ewa, nie chcę cię nakręcać, ale faceci nie spotykają się z byłymi na wino, żeby rozmawiać o pogodzie. Zwłaszcza jeśli ukrywają to przed obecną kobietą. To klasyka gatunku. Ona go urabia. Biedna artystka w potrzebie, a on, rycerz na białym koniu. Zobaczysz, za chwilę będzie tylko u niej spałem na kanapie, bo było późno.
Słowa Justyny były jak benzyna dolana do ognia. Wróciłam do domu z gotowym planem. Ale kiedy Krystian wrócił, znowu zachowywał się idealnie. Przyniósł mi moje ulubione sushi. Zapytał o pracę.
— Jak niemiecki projekt? — zapytałam, starając się brzmieć naturalnie, choć w środku krzyczałam.
— A, idzie do przodu. Wczoraj wysłaliśmy większość dokumentacji, dzisiaj luźniej — odpowiedział, nawet nie mrugając okiem.
Patrzyłam na niego i zastanawiałam się: Kim ty jesteś? Jak możesz tak gładko kłamać prosto w moje oczy?
Zatrzymał się w pół kroku
Przez kolejne dwa tygodnie zamieniłam się w cień samej siebie. Krystian spał, a ja analizowałam jego billingi (mieliśmy wspólną umowę rodzinną u operatora, o czym chyba zapomniał). Dzwonił do niej. Nie często. Raz na dwa, trzy dni. Rozmowy trwały po 15, 20 minut. Zazwyczaj w godzinach, kiedy ja wracałam z pracy, albo kiedy on wyprowadzał psa. Zaczęłam nienawidzić naszego psa, Borysa, za to, że był alibi. Każde jego wyjście z domu było dla mnie torturą.
— Idę na siłownię — mówił.
Czy na pewno? — myślałam. — Czy Malwina też tam ćwiczy? A może spotykają się w szatni? A może wcale tam nie idzie?
Zainstalowałam aplikację do śledzenia lokalizacji w jego iPadzie, który zostawiał w samochodzie. Wiedziałam, że to chore. Wiedziałam, że naruszam jego prywatność w sposób niewybaczalny. Ale zazdrość stała się silniejsza niż moja moralność. Siedziałam w domu na podłodze w kuchni, trzymając telefon tak mocno, że bielały mi kostki. Wyobraźnia podsuwała mi obrazy, od których robiło mi się niedobrze. Widziałam ich śmiejących się, pijących wino, może całujących się. Może ona dotykała go tak, jak ja? Może on patrzył na nią z tym samym uwielbieniem?
Kiedy wrócił, był nieobecny.
— Byłeś na siłowni? — zapytałam.
— Tak, padnięty jestem. Zrobiłem nogi, ledwo chodzę.
Kłamstwo. Kolejne.
— Krystian — zaczęłam, a głos mi drżał. — Dlaczego kłamiesz?
Zatrzymał się w pół kroku. Odwrócił się powoli. Jego twarz stężała.
— O czym ty mówisz?
— Wiem, że nie byłeś na siłowni. Wiem, że byłeś na Żoliborzu.
Wybuchła awantura. Ale nie taka, jakiej się spodziewałam. On nie przepraszał. On zaatakował.
— Śledzisz mnie? Sprawdzasz, gdzie jest mój samochód? Ewa, czy ty słyszysz samą siebie? To jest paranoja!
— Spotykasz się z nią! Okłamujesz mnie! — krzyczałam, czując, jak łzy płyną mi po policzkach.
— Pomagam jej! — wrzasnął. — Ma problemy, o których nie chce mówić całemu światu. Jej matka umiera, a ona jest z tym sama! Spotkałem się z nią, żeby zawieźć jej dokumenty do prawnika, bo sobie nie radzi. Nie mówiłem ci, bo wiedziałem, jak zareagujesz! Wiedziałem, że zrobisz z tego scenę zazdrości! I patrz, miałem rację!
Zamilkłam. To uderzyło mnie jak cios w brzuch. Chora matka? Depresja? Poczułam się mała. Poczułam się okrutna.
— Dlaczego nie powiedziałeś... — wyszeptałam.
— Bo jesteś chorobliwie zazdrosna o każdą kobietę, która pojawia się w promieniu kilometra! — rzucił i wyszedł z mieszkania, trzaskając drzwiami.
To już nie był smutek
Przez kilka dni panowała między nami cisza. Chodziłam na palcach. Przepraszałam. Robiłam mu ulubione śniadania. Próbowałam być idealną, wyrozumiałą partnerką. Uwierzyłam mu. Przecież to miało sens. Pomagał przyjaciółce w potrzebie. To czyniło go dobrym człowiekiem, a mnie potworem, który widzi zdradę tam, gdzie jest empatia. Ale ziarno zostało zasiane. Wątpliwości wróciły ze zdwojoną siłą, gdy Justyna z pracy znów zaczęła swoje analizy.
— Ewa, nie bądź naiwna. Chora matka to najstarsza wymówka świata. Wzbudzanie litości. Ona gra na jego emocjach. A nawet jeśli to prawda, dlaczego on musi być jej rycerzem? Nie ma innych znajomych? Rodziny? Dlaczego akurat jej były facet, który ma dziewczynę? To jest emocjonalna zdrada. On inwestuje czas i emocje w nią, a nie w ciebie.
I znowu wpadłam w spiralę. Zaczęłam analizować każde jego spojrzenie. Kiedy patrzył w telefon i się uśmiechał — czy to do niej? Kiedy był zamyślony — czy myślał o jej problemach? Wciąż byłam zazdrosna. O to, że mieli swój świat, swoje tajemnice, poważne problemy, do których ja nie miałam dostępu. Czułam się wykluczona z jego życia emocjonalnego.
Zaczęłam robić rzeczy, których się wstydzę. Przeszukałam kieszenie jego marynarki, gdy spał. W schowku samochodowym (tak, zeszłam tam w nocy w piżamie, z zapasowym kluczykiem) znalazłem małe pudełeczko. Kolczyki. Delikatne, srebrne kółka. Nie miałam wkrótce urodzin. Nie było rocznicy. Serce podeszło mi do gardła.
Wróciłam do domu i czekałam. Czekałam trzy dni. Pudełko zniknęło ze schowka. Ale ja ich nie dostałam. Sprawdziłam jej Instagram. Nic. Ale potem zobaczyłam relację (InstaStory) jej koleżanki, na której w tle siedziała Malwina. Miała w uszach te kolczyki. Srebrne, delikatne kółka. Wtedy coś we mnie pękło. To już nie był smutek. To była zimna, kalkulowana furia. Nie powiedziałam mu ani słowa. Postanowiłam, że muszę ich przyłapać. Muszę mieć dowód tak twardy, że nie wywinie się pomocą czy litością.
Wybrałam jego numer
Okazja nadarzyła się w piątek. Krystian powiedział, że ma wyjazd integracyjny z firmy. Mazury, dwa dni. Zadzwoniłam do jego biura. Udając asystentkę z innej firmy, poprosiłam o potwierdzenie, czy dyrektor marketingu (szef Krystiana) będzie dostępny w piątek.
— Pan dyrektor jest w biurze cały dzień — usłyszałam słodki głos recepcjonistki. — Żadnych wyjazdów nie ma w planach.
Poczułam satysfakcję mieszającą się z rozpaczą. Miałam go. Spakował się rano. Pocałował mnie na pożegnanie.
— Będę tęsknił. Zadzwoń wieczorem, jak będę miał chwilę — powiedział.
Patrzyłam mu w oczy i widziałam pustkę. Jak on to robił? Gdy tylko wyjechał z garażu, ruszyłam za nim. Wzięłam samochód mojej siostry, żeby mnie nie poznał. Czułam się jak w tanim filmie sensacyjnym, ale adrenalina buzowała we mnie tak mocno, że nie czułam strachu. Nie pojechał na Mazury. Pojechał na Żoliborz. Pod jej kamienicę.
Zaparkowałam dwie przecznice dalej i podeszłam pieszo. Padał deszcz, typowa jesienna szaruga. Nasunęłam kaptur na głowę. Wyszedł z samochodu z torbą. Ona wyszła z klatki. Wyglądała... zwyczajnie. W dżinsach, w swetrze. Ale rzuciła mu się na szyję. Przytulił ją. Mocno. Zbyt mocno jak na byłego. Wsiedli do jego samochodu i ruszyli. Biegłam do auta siostry, mokra, zmarznięta. Ruszyłam za nimi. Jechali za miasto. Do małego pensjonatu pod Warszawą, ukrytego w lesie.
Zaparkowali. Widziałam, jak wchodzą do środka. Widziałam, jak recepcjonistka podaje im klucz. Jeden klucz. Siedziałam w samochodzie i gapiłam się na ten budynek. Każda komórka mojego ciała krzyczała, żeby tam wejść, zrobić awanturę. Ale nie mogłam się ruszyć. Wyjęłam telefon. Wybrałam jego numer. Odebrał po trzech sygnałach.
— Hej kochanie, właśnie dojechaliśmy na miejsce — powiedział. W tle słyszałam ciszę, nie gwar firmowej imprezy. — Jestem w pokoju z Markiem z księgowości, strasznie chrapie, więc noc będzie ciężka.
— Z Markiem... — powtórzyłam powoli. — A Marek ma długie, ciemne włosy i ma na imię Malwina?
Cisza. Długa, bolesna cisza.
— Ewa... skąd ty...
— Stoję pod pensjonatem, Krystian. Widziałam was. Widziałam wszystko.
Rozłączył się. Chwilę później wybiegł z hotelu. Sam. Rozglądał się gorączkowo. Zobaczył samochód mojej siostry. Podbiegł do szyby. Pukał w nią, krzyczał coś, deszcz spływał mu po twarzy, mieszając się z... łzami? Opuściłam szybę na dwa centymetry.
— To koniec — powiedziałam. Mój głos był dziwnie spokojny. Martwy.
— Ewa, to nie tak! Pozwól mi wyjaśnić! Ona się boi być sama, to rocznica śmierci jej ojca, błagała mnie, żebyśmy wyjechali gdzieś, gdzie będzie cisza, tylko na jeden dzień! Przysięgam, śpimy w oddzielnych łóżkach, wzięliśmy apartament dwupokojowy! Ewa, nic między nami nie zaszło!
Patrzyłam na niego i nagle dotarło do mnie, że to nie ma znaczenia. Może mówił prawdę. Może naprawdę byli w oddzielnych pokojach. Może on był tylko idiotycznie lojalnym przyjacielem, który nie potrafił stawiać granic. A może sypiali ze sobą od miesięcy. Ja już go nienawidziłam. Nie za to, co zrobił, ale za to, w kogo mnie zmienił. Za te godziny spędzone na śledzeniu, za upokorzenie, za to, że zmusił mnie do bycia detektywem we własnym życiu. Za to, że jego pomoc dla niej była ważniejsza niż mój spokój i zaufanie.
— Nie obchodzi mnie to — powiedziałam. — Nawet jeśli nic nie zrobiliście. Okłamałeś mnie. Wybrałeś ją. Wybrałeś kłamstwo, żeby z nią być. To wystarczy.
Zasunęłam szybę. Wrzuciłam wsteczny. Widziałam go w lusterku, jak stoi w deszczu, z opuszczonymi rękami, malejący z każdym metrem.
Nie są razem
Wróciłam do pustego mieszkania. Spakowałam jego rzeczy w worki na śmieci. Wystawiłam je na korytarz. Rozstanie było brudne i długie. Krystian walczył. Przysyłał kwiaty, listy, nawet Malwina napisała do mnie długi e-mail z przeprosinami, tłumacząc, że to wszystko jej wina, że jest w rozsypce i wykorzystała jego dobre serce. Potwierdziła wersję o oddzielnych pokojach. Może to prawda.
Fakty mogły być po jego stronie. Może nie doszło do fizycznej zdrady. Ale ja wiedziałam jedno — zazdrość, którą we mnie obudził, zabiła miłość. Nie mogłabym już nigdy spojrzeć na jego telefon i nie czuć strachu. Nie mogłabym uwierzyć w nadgodziny. Zostałam zatruta.
Minął rok. Jestem sama. Czasem sprawdzam ich profile. Nie są razem. Krystian jest sam, wrzuca smutne zdjęcia z gór. Malwina ma nowego opiekuna. Czasami, w nocy, zastanawiam się, czy gdybym nie sprawdziła tego pierwszego SMS-a, bylibyśmy teraz szczęśliwym małżeństwem. Czy ignorancja naprawdę jest błogosławieństwem? A potem przypominam sobie ten deszcz, kłamstwo o Marku z księgowości i wiem, że miałam rację. Zdrada to moment, w którym ukrywasz część swojego życia przed osobą, którą rzekomo kochasz.
Mój instynkt mnie nie zawiódł. Ale cena, którą zapłaciłam za prawdę, była najwyższa. Straciłam nas. I straciłam dawną, ufną siebie. Teraz jestem kobietą, która wie, że każdy telefon może skrywać tajemnicę, która zniszczy życie. I chyba to jest w tym wszystkim najsmutniejsze.
Ewa, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mąż często zamykał się z telefonem w łazience. Myślałam, że flirtuje z inną kobietą, ale miał co innego za uszami”
- „Strzała amora trafiła mnie w autobusie. Nie wiedziałam tylko, że mój wybranek skrywa wielką tajemnicę”
- „Dopiero co przeszłam na emeryturę, a syn już każe mi pisać testament. Mam wybić sobie z głowy wymarzone podróże”

