„Mój chłopak skakał z radości, gdy powiedziałam o ciąży. Nie chciałam łamać mu serca i mówić, że nie jest ojcem”
„Patrzyłam na niego i czułam, jak ściska mi się gardło. Jego radość była autentyczna, czysta, bez cienia wątpliwości. Mówił już o pokoiku dla dziecka, o imionach, o tym, że musimy zrobić badania. Czułam się, jakbyśmy jechali w samochodzie, który pędzi coraz szybciej, a ja zapomniałam, jak się hamuje”.

Nigdy nie zapomnę tego dnia, gdy test ciążowy pokazał dwie kreski. Zadrżały mi ręce, a serce waliło jak oszalałe. Mój chłopak był w kuchni, przygotowywał kawę i nucił jakąś melodię pod nosem. Wydawał się taki spokojny, taki pewny naszego wspólnego jutra. A ja? Ja stałam w łazience i czułam, jak pod ciężarem jednej wiadomości zaczyna chwiać się cała moja rzeczywistość. Ciąża. Dla niego – cud. Dla mnie – dowód zdrady, której on nie był świadomy. Nie chciałam go ranić. Nie chciałam mu mówić, że dziecko, które tak pokochał, może nie być jego.
Niewinny test
Wzięłam test do ręki bardziej z obowiązku niż z przekonania. Przecież to niemożliwe – powtarzałam sobie, stojąc w aptece, wybierając najtańszy z brzegu. W domu od razu poszłam do łazienki. Nie planowałam tego, nie analizowałam. Po prostu chciałam to wykluczyć i żyć dalej. Kilka minut później wpatrywałam się w dwie różowe kreski. Wyraźne. Nie do podważenia.
Poczułam, jak robi mi się gorąco. Przysiadałam na brzegu wanny, trzymając test w dłoni. Oparłam łokcie o kolana i przez chwilę nie mogłam złapać tchu. W mojej głowie nie było miejsca na radość. Było za to zbyt wiele pytań bez odpowiedzi. Jeden z nich dźwięczał najgłośniej: „Czy to dziecko jest jego?”
To nie był przypadek, że to pytanie pojawiło się jako pierwsze. Kilka tygodni wcześniej, po jednej z naszych kłótni, zrobiłam coś głupiego. Przespałam się z kimś innym. Kimś, kto nie znaczył dla mnie nic. I w tamtym momencie naprawdę sądziłam, że to był tylko błąd, który zostawię za sobą. Tymczasem wrócił do mnie w najgorszy możliwy sposób. Gdy mój chłopak wrócił z pracy, byłam już w kuchni. Uśmiechnęłam się lekko i udawałam, że wszystko jest w porządku.
Radość, której nie rozumiałam
Zebrałam się na odwagę dwa dni później. Siedzieliśmy na kanapie, on przeglądał coś w telefonie, a ja dłubałam bezmyślnie w paznokciu. Czułam, że za chwilę eksploduję, jeśli tego z siebie nie wyrzucę.
– Muszę ci coś powiedzieć – zaczęłam cicho.
Od razu spojrzał na mnie uważnie, wyczuwając mój niepokój.
– Jestem w ciąży.
Na ułamek sekundy zamarł, a potem... wyskoczył z kanapy jak sprężyna. Dosłownie. Śmiał się, objął mnie z impetem, zakręcił w powietrzu, jakbyśmy wygrali coś wielkiego.
– Serio?! Naprawdę?! To... To najlepsza wiadomość w moim życiu!
Patrzyłam na niego i czułam, jak ściska mi się gardło. Jego radość była autentyczna, czysta, bez cienia wątpliwości. Mówił już o pokoiku dla dziecka, o imionach, o tym, że musimy zrobić badania. Czułam się, jakbyśmy jechali w samochodzie, który pędzi coraz szybciej, a ja zapomniałam, jak się hamuje.
Nie zapytał, czy to na pewno jego dziecko. Może nie przyszło mu to do głowy. Może nie dopuszczał takiej myśli. Ja też nic nie powiedziałam. Nie miałam odwagi. Nie w tamtym momencie, nie przy tej jego radości. Nie chciałam jej niszczyć… choć wiedziałam, że to tylko kwestia czasu.
Nie chciałam go spotkać
Wiedziałam, że powinnam to zakończyć zaraz po tamtej nocy. Wyrzucić z głowy, nie dzwonić, nie pisać. Ale kiedy zobaczyłam go przypadkiem w osiedlowym sklepie, wszystko wróciło. Nie pożądanie – tylko ten wstyd, który poczułam od nowa, silniejszy niż wcześniej. Spojrzał na mnie z tym samym uśmiechem jak wtedy, gdy przyciągnął mnie do siebie w klubie.
– Nie sądziłem, że cię jeszcze zobaczę – powiedział, podchodząc bliżej. – Wyglądasz... inaczej.
Widział mój brzuch. Byłam już w trzecim miesiącu, trochę za późno na luźne swetry.
– To nie twoje – powiedziałam od razu, zanim zdążył zapytać.
– Nawet o to nie pytałem – odparł spokojnie. – Ale skoro to mówisz...
W jego spojrzeniu nie było zazdrości, nie było też złości. Tylko coś w rodzaju współczucia. Zrobiło mi się niedobrze, jakbym sama siebie osądzała przez jego oczy. Po chwili skinął głową i odszedł. Tak po prostu.
Wyszłam ze sklepu z duszą na ramieniu. Jakby cały ciężar sytuacji właśnie mnie przygniótł. Nie miałam już żadnej wymówki. Przypadek spotkania z tamtym chłopakiem przypomniał mi, że prawda istnieje. I że prędzej czy później znajdzie sposób, by się wydostać.
Ciężar rósł razem z brzuchem
Z każdym kolejnym tygodniem brzuch rósł, a wraz z nim – moje poczucie winy. Mój chłopak był coraz bardziej zaangażowany. Kupował książki o ojcostwie, wysyłał mi linki do ubranek, zapisywał nas na szkołę rodzenia. Zaczęłam udawać, że boli mnie głowa, żeby nie rozmawiać o przyszłości. Nocami leżałam obok niego i wpatrywałam się w sufit, czując, jak coraz bardziej oddalam się od wszystkiego, co kiedyś nazywałam spokojem.
Najgorzej było podczas USG. Patrzył na ekran z takim zachwytem, jakby oglądał cud świata. Ściskał moją dłoń, całował czoło, a ja uśmiechałam się, choć wszystko we mnie krzyczało. Gdy wróciliśmy do domu, zaproponował, że zadzwoni do swoich rodziców.
– Chcę, żeby wiedzieli. W końcu będą dziadkami.
Pokiwałam głową, ale w środku wszystko we mnie zamarło. Nie dlatego, że nie chciałam, żeby jego rodzice wiedzieli. Chodziło o to, że jeśli kiedykolwiek prawda wyjdzie na jaw, to nie tylko jego serce pęknie. Zawiodę całą rodzinę, która właśnie zaczynała mnie traktować jak swoją.
Byłam jak aktorka w przedstawieniu, którego nie chciałam grać. Miałam rolę przyszłej matki i ukochanej, a czułam się jak kłamczucha z coraz większym brzuchem.
Milczenie, które bolało
Czasami przyłapywałam go, jak siedział przy łóżeczku, które sam skręcił, i głaskał oparcie z wyrytym serduszkiem. Rozmawiał z dzieckiem. Opowiadał, jak zabierze je na pierwszy spacer, jak nauczy je jeździć na rowerze, jak będzie mu śpiewać do snu. Słuchałam zza drzwi, dławiąc łzy.
Chciałam powiedzieć. Naprawdę. Kilka razy otwierałam usta, zaczynałam zdanie, które nigdy nie kończyło się prawdą. Za każdym razem patrzył na mnie z takim zaufaniem, że cofałam się w sobie. W głowie układałam scenariusze, jak mogę to wyznać, w jaki sposób zamortyzować cios. Żaden nie wydawał się wystarczająco dobry.
Im bliżej było terminu porodu, tym mocniej czułam, że moje milczenie zmienia się w zdradę. Bałam się, że jeśli dowie się po fakcie, znienawidzi mnie bardziej, niż gdybym powiedziała wcześniej. A jednak wciąż milczałam. Każdego dnia rano witał mnie pocałunkiem i szeptał, że nas kocha. Nie chciałam zabierać mu tego uczucia. I chyba właśnie to bolało najbardziej – że jego szczęście zależało od mojego kłamstwa, które z każdym dniem było trudniejsze do uniesienia.
Prawda ma swoją cenę
Prawda w końcu przyszła sama. Nie mogłam już dłużej udawać. Dzień po porodzie, kiedy trzymał w ramionach maleńką dziewczynkę, spojrzałam na nich i poczułam, że nie mam prawa do tego obrazu. Przypominał do złudzenia matkę tamtego chłopaka. I nagle wszystko stało się jasne. Dla mnie – i dla niego.
Wieczorem usiadłam przy jego łóżku w szpitalnej sali. Był zmęczony, ale uśmiechnięty. Trzymał córkę jak najcenniejszy skarb. Wiedziałam, że to ostatni moment, w którym możemy być tacy, jacy byliśmy dotąd.
– Muszę ci coś powiedzieć – zaczęłam. Nie patrzyłam mu w oczy.
Nie krzyczał. Nie płakał. Po prostu oddał mi dziecko, wstał i wyszedł. Tyle. Zniknął z mojego życia, z jej życia. Bez zemsty, bez pretensji. I to bolało jeszcze bardziej. Nie musiał nic mówić – jego milczenie było jak najgłośniejszy krzyk. Wiedziałam, że zawiodłam go na każdym możliwym poziomie.
Czasem myślę, że gdybym powiedziała wcześniej, może by zrozumiał. Może by wybaczył. Ale nie dałam mu tej szansy. Kochał mnie do samego końca. A ja nie umiałam być wobec niego uczciwa.
Sandra, 25 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W sylwestra liczyłam na dreszczyk emocji i moc niezapomnianych wrażeń. Nie wiedziałam, że przesiedzę go w łazience”
- „Uciekłem przed sylwestrowym zgiełkiem do domku w lesie. Nawet tam znalazła mnie nietypowa noworoczna znajomość”
- „Pojechałem na narty, by trochę poszaleć na stoku. Miłość spadła na mnie niespodziewanie niczym pierwszy śnieg”

