„Moi teściowie w ogóle nie nadają się na dziadków. Nie widzieli wnuczki od roku i może dlatego mylą jej imię”
„Teściowa posłała mi nerwowy uśmiech, coś zaczęła mówić o tym, że wszystkie te imiona teraz takie podobne, a Michał udawał, że nie słyszy. Siedział z nosem w telefonie. Teść chrząknął, spojrzał na zegarek i mruknął coś o korkach. Nie mogłam pojąć, jak można nie pamiętać imienia własnej wnuczki”.

Nie zawsze rodzina wygląda tak, jak sobie to człowiek wyobrażał. Gdy byłam w ciąży, wyobrażałam sobie, że nasi bliscy będą przy naszej córce od pierwszych dni. Że będą zabierać ją na spacery, przynosić drożdżówki po drodze z pracy, czytać bajki, kupować za dużo pluszaków. Myliłam się. Moi rodzice są wspaniali, ale teściowie? Przez cały pierwszy rok życia naszej córki widzieli ją może dwa razy. Jakby to nie była ich wnuczka, tylko dziecko sąsiadów z czwartego piętra. A kiedy wreszcie przyszli z wizytą, pomylili jej imię.
Rodzina jak z obrazka
Zanim zaszłam w ciążę, zbyt wiele sobie wyobrażałam. Byliśmy wtedy z Michałem dwa lata po ślubie, wszystko wydawało się poukładane. Mieliśmy stabilną pracę, nasze małe mieszkanie, wspólne wieczory z herbatą malinową i ulubionymi serialami. A kiedy na teście pojawiły się dwie kreski, oboje byliśmy szczęśliwi. Rodzina też — przynajmniej tak się wydawało. Moi rodzice przyszli z szampanem bezalkoholowym, mama płakała, a tata przyniósł pierwsze w życiu buciki. Teściowie? Podali ręce, uśmiechnęli się i powiedzieli coś o tym, że „dzieci to duża odpowiedzialność”. I tyle.
– Myślałam, że będą bardziej... poruszeni – powiedziałam wtedy cicho do Michała.
– Oni po prostu nie są zbyt emocjonalni. Tacy już są – odparł z obojętnością, która mnie wtedy zabolała.
Po cichu jednak wierzyłam, że gdy już urodzi się nasza córeczka, wszystko się zmieni. Że wnuczka otworzy w nich coś, co do tej pory było zablokowane. Że przyjadą do szpitala z kwiatami, przytulą mnie, wezmą małą na ręce i... będą dziadkami. Takimi z prawdziwego zdarzenia. No cóż, nie było kwiatów. Nie było wizyty. Przyszedł tylko suchy SMS z gratulacjami.
Pierwsze rozczarowanie
Minął tydzień. Potem dwa. A teściowie nadal się nie zjawili. Mała miała już ponad trzy tygodnie, kiedy Michał zadzwonił do swojej mamy.
– Mamo, może wpadniecie w weekend? – zapytał, opierając się o framugę drzwi.
Słyszałam, jak coś tłumaczy. Że daleko, że nie mają teraz jak, że pogoda średnia, że może „za jakiś czas”. Zamiast radości – wymówki. Michał wyglądał na zmieszanego, ale udawał, że nic się nie dzieje.
– Mówiła, że lepiej jak już mała trochę podrośnie – rzucił, jakby to miało mnie uspokoić.
– Wiesz, moi rodzice byli już trzy razy. Przywieźli zupę, pampersy i nawet pochwalili, że ładnie ją ubieram – powiedziałam bez ukrywanej złości.
– Twoi są inni – burknął.
To było nasze pierwsze spięcie od porodu. Nie chciałam robić awantury, ale wszystko we mnie się gotowało. Czułam się jak samotna matka z bonusowym lokatorem. Nie chodziło tylko o teściów. Chodziło o to, że nikt z jego strony nie interesował się naszym dzieckiem. Jakby to była tylko moja sprawa. Nie tak to sobie wyobrażałam.
Jakby dziecko było przeszkodą
Kiedy w końcu się pojawili – po dwóch miesiącach – wpadli na niecałe czterdzieści minut. Bez uprzedzenia. Zjawiła się teściowa z jakimś neutralnym body z supermarketu, teść zerkający co chwilę na zegarek. Usiadł na brzegu kanapy jakby bał się, że ubrudzimy mu spodnie. Mała akurat spała.
– Możemy ją zobaczyć? – spytała teściowa cicho, zaglądając do kołyski.
– Śpi, ale jak chcecie, mogę ją wziąć – zaproponowałam, choć wcale nie miałam na to ochoty.
– Nie, nie budź jej. Przecież to jeszcze takie maleństwo – powiedziała szybko.
Usiedli przy stole, napili się kawy. Trochę opowiedzieli o tym, co u nich. O nowym ogrodzeniu, o tym, że sąsiedzi mają nowego psa, o tym, że planują wyjazd do Chorwacji. O nas nie pytali nic. O córkę – jeszcze mniej.
– Ładna – rzucił teść, zerkając do kołyski przy wyjściu.
– No to my lecimy – dodała teściowa, zakładając płaszcz.
– Może następnym razem ją zobaczymy obudzoną – powiedziała z uśmiechem.
Nie było kolejnego razu przez następne siedem miesięcy. A my z Michałem przestaliśmy o tym rozmawiać. Po prostu.
Sądna niedziela
Wszystko zmieniło się w jedno z tych niezręcznych niedzielnych popołudni, kiedy Michał dostał SMS-a od matki. „Będziemy dziś około 16:00. Mamy drobny prezent dla wnuczki.”
– Fajnie, że się odezwali – rzucił Michał bez emocji.
– A co było nie tak przez ostatni rok? – spytałam, patrząc na niego znad ścierki, którą właśnie wycierałam stół po obiedzie.
– Nie zaczynaj, proszę.
Zjawili się równo o 16. Teściowa trzymała w rękach kolorowy karton z zabawką. Dla dziecka w wieku trzech miesięcy, mimo że nasza córka miała już ponad rok.
– To coś edukacyjnego, pani w sklepie mówiła, że rozwija zmysły – uśmiechnęła się, jakby to załatwiało sprawę.
– Czy ja wiem... chyba trochę za późno na gryzaki i piszczące zwierzaki – mruknęłam, ale już cicho.
Zjedli kawałek ciasta, posiedzieli w milczeniu. Próbowałam zagaić rozmowę, pokazałam zdjęcia z ostatniego spaceru, filmik z pierwszym krokiem. Patrzyli z uprzejmym zainteresowaniem, jakby oglądali program w telewizji, który nie do końca ich dotyczy.
– A jak tam u Ali? – spytała w końcu teściowa.
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, spojrzała na moją córkę i dodała:
– O, przepraszam, miało być Amelka, prawda?
Poczułam, jak ściska mi się gardło.
Imię jak z obcej bajki
– Nie, nie Amelka – odpowiedziałam spokojnie, choć z trudem powstrzymywałam drżenie w głosie. – Ma na imię Nina. Ma już półtora roku.
Teściowa posłała mi nerwowy uśmiech, coś zaczęła mówić o tym, że wszystkie te imiona teraz takie podobne, a Michał udawał, że nie słyszy. Siedział z nosem w telefonie. Teść chrząknął, spojrzał na zegarek i mruknął coś o korkach. Nie mogłam pojąć, jak można nie pamiętać imienia własnej wnuczki. Widzieli ją dwa razy w życiu i ani razu nie zapytali, co lubi, czego się boi, jakie bajki ją śmieszą. Nie wiedzieli, że mówi „mniam mniam”, kiedy widzi banana, że tuli się do misia, zanim zaśnie. Nie wiedzieli nic.
A ja? Ja przestałam się starać. Przestałam wysyłać zdjęcia, przypominać o urodzinach, zachęcać do odwiedzin. Zrozumiałam, że nie chcę, żeby Nina dorastała z kimś, kto tylko udaje zainteresowanie. Lepiej żadnych dziadków niż takich na pokaz. Teściowa, wychodząc, pocałowała Ninę w czubek głowy.
– No to papa, Amelko… – szepnęła.
Tym razem nawet się nie poprawiłam. Po prostu zamknęłam za nimi drzwi.
Będzie miałą lepsze wspomnienia
Tego wieczoru długo siedziałam przy łóżeczku Niny. Głaskałam jej włosy, słuchałam, jak spokojnie oddycha. Patrzyłam na te malutkie dłonie i zastanawiałam się, jakim cudem ktoś może nie chcieć być częścią jej świata. Nie potrafię zrozumieć ludzi, którzy mają szansę na prawdziwą, głęboką więź z dzieckiem i marnują ją tak lekkomyślnie.
Michał próbował coś tłumaczyć. Że może jego rodzice się boją, że nie wiedzą, jak nawiązać relację, że nie potrafią się zachować. Słuchałam w milczeniu, ale już nie próbowałam go przekonać. Dla mnie to nie była kwestia charakteru, tylko chęci. A ich po prostu zabrakło.
Od tamtej wizyty minęło kilka miesięcy. Nina dorasta bez nich. Ma za to dziadków, którzy kochają ją do szaleństwa – moich rodziców. Ma też ciocię, która zabiera ją na lody, i sąsiadkę, która uczy ją sadzić bratki. Ma ludzi, którzy są z nią na co dzień, a nie tylko wtedy, gdy mają wolny czas lub przypomni im się, że wypada.
Zdecydowałam, że to wystarczy. Że czasami trzeba odpuścić te więzy, które istnieją tylko na papierze. I wybrać dla swojego dziecka lepsze wspomnienia. Choćby bez „prawdziwych” dziadków.
Alicja, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Koleżanka zaprosiła mnie na sylwestra dla wyrzutków. Nie mogłam uwierzyć w to, co się tam działo jeszcze przed północą”
- „Teściowa całe życie mnie upokarzała. Wredna jędza doigra się, gdy pozna moje postanowienie noworoczne na 2026”
- „Dostałam sporą podwyżkę, ale nie powiedziałam mężowi. Gdy niechcący poznał moje zarobki, nie patrzył na mnie tak samo”

