Reklama

Czasami myślę, że moje życie mogłoby zostać zapisane w tabeli – równe kolumny dni, przewidywalne wiersze tygodni, żadnych nagłych zwrotów akcji. Może tak właśnie powinno być, kiedy ma się ponad sześćdziesiąt lat i wdowieństwo na karku. Może już nic wielkiego nie ma prawa się wydarzyć.

Reklama

Chciałam to zmienić

Jestem matką dorosłej córki Ani i od kilku lat wdową. Mój mąż zmarł nagle, zostawiając mnie samą z naszym uporządkowanym życiem. Początkowo myślałam, że to tymczasowe, że ten stan, w którym dni upływają na drobnych obowiązkach i wieczorach przed telewizorem, kiedyś się skończy. Ale lata mijały, a ja coraz bardziej przyzwyczajałam się do swojej samotności.

Sanatorium było pomysłem lekarza – na moje kolana, które czasem dawały się we znaki.

– Proszę wyjechać, odpocząć, skorzystać z zabiegów – mówił.

A ja pomyślałam: „Czemu nie? Może zmiana otoczenia dobrze mi zrobi”.

Sanatorium okazało się zupełnie inne, niż sobie wyobrażałam. Nie było tu surowych korytarzy i ścisłego reżimu zabiegów. Zamiast tego czekały na mnie pachnące żywicą alejki spacerowe, ciepłe popołudnia spędzane na tarasie i ludzie, którzy wydawali się tu przyjeżdżać nie tylko po zdrowie, ale i po odrobinę życia.

Z Henrykiem spotkałam się pierwszego wieczoru. Siedziałam samotnie przy stoliku w sali wypoczynkowej, udając, że zajmuje mnie krzyżówka. W rzeczywistości przyglądałam się grupie rozmawiających osób, których śmiech brzmiał tak naturalnie, jakby znali się od lat. Henryk wyróżniał się wśród nich – wysoki, postawny, z pełnym swobody uśmiechem. Kiedy mówił, gestykulował szeroko, jak ktoś, kto całe życie miał dużo do opowiedzenia.

– Nie masz ochoty dołączyć? – zapytał, przysiadając się do mojego stolika, zanim zdążyłam uciec wzrokiem w krzyżówkę.

Zaskoczył mnie

Nie sądziłam, że ktoś zwróci na mnie uwagę.

– Ja… nie chciałam przeszkadzać – odpowiedziałam.

– A wiesz, że to typowa wymówka dla tych, co się boją? – zaśmiał się cicho. – Ale nic na siłę. Możemy siedzieć tu i razem zgadywać, co jest stolicą Nikaragui.

Spojrzałam na krzyżówkę. Nawet nie zauważyłam, że utknęłam przy tym haśle.

– Managua – powiedziałam, a on skinął głową.

– Widzisz? Jesteśmy już drużyną.

Nie wiem, jak to się stało, ale jeszcze tego samego wieczoru siedziałam z nimi przy stole, słuchając opowieści o najzabawniejszych wpadkach w sanatorium. Henryk potrafił opowiadać tak, że człowiek zapominał o czasie.

Następnego dnia spotkaliśmy się przypadkiem w kolejce do zabiegów.

– Przypadek czy przeznaczenie? – rzucił żartobliwie, kiedy stanęłam obok niego.

– Raczej układ zabiegów – odpowiedziałam, ale on tylko uśmiechnął się szeroko.

Było wspaniale

Przez kolejne dni spotykaliśmy się coraz częściej – na spacerach, w jadalni, podczas wieczornych partii remika, w które wtajemniczyli mnie jego znajomi. Henryk miał w sobie coś, czego dawno nie widziałam w żadnym mężczyźnie – lekkość, która nie była lekkomyślnością, pewność siebie pozbawioną zarozumiałości.

Któregoś wieczoru, kiedy wszyscy już się rozeszli, spojrzał na mnie uważnie i powiedział:

– Wiesz, co w tobie lubię? Że naprawdę słuchasz.

Tamtego wieczoru, leżąc w swoim pokoju, uświadomiłam sobie coś jeszcze – dawno nikt nie patrzył na mnie w ten sposób.

Czas w sanatorium płynął szybciej, niż się spodziewałam. Ledwie zdążyłam oswoić się z nową codziennością, a już zbliżał się dzień wyjazdu. Ostatni wieczór zapowiadał się wyjątkowo – dyrekcja organizowała pożegnalną kolację z tańcami, a większość kuracjuszy, zarażona podniosłym nastrojem, przywdziewała najlepsze ubrania, jakby chciała zaznaczyć, że coś się kończy.

Nie chciałam wyjeżdżać

Zeszłam do sali jako jedna z ostatnich. Henryk czekał przy wejściu, rozmawiając z kimś, ale gdy mnie zobaczył, przerwał w pół zdania i uśmiechnął się szeroko.

– Zostawiłem dla ciebie miejsce – powiedział, wskazując wolne krzesło obok siebie.

Wieczór upływał wśród rozmów i śmiechów, ale ja czułam coś, czego wcześniej nie doświadczyłam – rodzaj tęsknoty, która nie powinna jeszcze mieć miejsca. Jak można tęsknić za kimś, kto wciąż siedzi obok?

Henryk był dziś inny. Nadal żartował, nadal opowiadał historie, ale w jego spojrzeniu czaiło się coś poważniejszego, jakby sam nie był pewien, czy chce podtrzymywać ten swój beztroski wizerunek.

– Można prosić? – usłyszałam nagle i nim zdążyłam się zorientować, podałam mu rękę.

Na parkiecie byliśmy jedną z nielicznych par. Tańczył pewnie, prowadził w sposób, który nie pozostawiał miejsca na wątpliwości. Przypomniałam sobie, jak dawno temu ostatni raz tańczyłam.

– Czemu wyglądasz na zmartwioną? – zapytał cicho.

– Nie jestem – skłamałam.

– Więc czemu milczysz?

Nie odpowiedziałam. Sama nie wiedziałam, co mogłabym powiedzieć. Kiedy muzyka ucichła, Henryk nachylił się i wyszeptał:

– Chodź, pokażę ci coś.

Ufałam mu

Nie zapytałam, dokąd idziemy. Po prostu poszłam za nim. Zaprowadził mnie na taras, skąd rozciągał się widok na jezioro. Noc była cicha, powietrze pachniało wilgocią i igliwiem.

– Lubię tu przychodzić – powiedział, opierając się o balustradę. – To miejsce ma coś w sobie.

– Tak, jest piękne – zgodziłam się.

Henryk obrócił się do mnie i przez chwilę milczał, jakby ważył słowa.

– Od dawna nie czułem się tak dobrze, jak tutaj.

Serce zabiło mi szybciej.

– Myślałam, że jesteś człowiekiem, który zawsze czuje się dobrze – powiedziałam, próbując ukryć własne emocje.

– A ja myślałem, że jesteś kobietą, która nigdy nie tańczy – odparł z uśmiechem.

Potem sięgnął do kieszeni i wyciągnął niewielki bukiecik polnych kwiatów.

– Pomyślałem, że kobieta taka jak ty powinna dostawać kwiaty.

Patrzyłam na te kwiaty dłużej, niż powinnam. W końcu wyciągnęłam rękę i przyjęłam je.

– Dziękuję – powiedziałam cicho.

Henryk ujął moją dłoń i delikatnie musnął ją ustami.

– Chciałbym cię jeszcze zobaczyć – powiedział bezpośrednio, bez żadnych uników.

Nie wiedziałam, co powiedzieć

Powinnam się roześmiać, powiedzieć coś lekkiego, jak on to zwykle robił. Ale czułam tylko, jak w gardle zaciska mi się supeł. Czy mam prawo jeszcze w coś wierzyć? Nie odpowiedziałam.

Pociąg sunął przez pola i lasy, a ja wpatrywałam się w okno, nie widząc krajobrazów. Myśli krążyły wokół ostatnich dni, wokół Henryka, jego uśmiechu, ciepłego dotyku jego dłoni. Jego słów. „Chciałbym cię jeszcze zobaczyć.” Czy chciałam go zobaczyć? Czy mogłam?

Gdy wysiadłam na dworcu, córka już czekała. Uśmiechnęła się na mój widok, ale szybko zmarszczyła brwi.

– Mamo, wyglądasz na zmęczoną. Ciężko było?

– Nie, wręcz przeciwnie – powiedziałam, a w moim głosie zabrzmiało coś, co ją zaniepokoiło.

– Coś się stało?

Pokręciłam głową i sięgnęłam po walizkę.

– Opowiem w domu.

Wieczorem, kiedy siedziałyśmy przy herbacie, Anna przyglądała mi się uważnie.

– No dobrze – zaczęła w końcu. – Coś jest na rzeczy. Widzę to.

Wzięłam głęboki oddech.

– Poznałam kogoś.

Nie planowałam powiedzieć tego wprost, ale słowa same wydostały się z moich ust. Ania uniosła brwi.

– Kogoś?

– Mężczyznę. Henryka.

Zszokowałam ją

W pokoju zapadła cisza.

– Mamo… – zaczęła powoli, jakby ważyła każde słowo. – To znaczy, że…

– Nie wiem, co to znaczy – przerwałam jej. – Po prostu po raz pierwszy od dawna poczułam, że ktoś mnie widzi. Nie jako twoją matkę, nie jako wdowę. Jako kobietę.

Ania odłożyła filiżankę na stół, zbyt gwałtownie, bo brzęknęła o spodek.

– Ale mamo, znacie się raptem dwa tygodnie!

– Wiem.

– I co, zamierzasz teraz do niego jechać?

Podniosłam wzrok.

– Tak.

Potrząsnęła głową i odchyliła się na oparcie krzesła.

– Mamo, to szaleństwo.

– Może.

– Na co ci to w tym wieku?

Poczułam, jak coś się we mnie zaciska.

– A na co mi samotność?

Znowu zapadła cisza. Widziałam, jak Ania zaciska usta, jak szuka odpowiedzi, ale jej nie znajduje.

– Po prostu martwię się o ciebie – powiedziała w końcu.

– Wiem.

Odeszłam od stołu, zanim mogła dodać coś więcej.

Wahałam się

Tej nocy długo nie mogłam zasnąć. W mojej głowie brzmiały jej słowa, pełne niedowierzania, może nawet złości. „Na co ci to w tym wieku?” Czy rzeczywiście byłam już poza czasem na miłość? Ania nie poruszała więcej tego tematu. Ale widziałam w jej spojrzeniu pytanie, które nie padło: „Naprawdę to zrobisz?”.

Któregoś popołudnia zadzwoniłam do Jadzi, mojej przyjaciółki sprzed lat.

– I co, wróciłaś z sanatorium odmieniona? – zaśmiała się w słuchawkę.

– Coś w tym stylu.

– No, no! – ożywiła się. – Coś czuję, że to nie o ćwiczeniach na kolana będziesz mi opowiadać.

Wzięłam głęboki oddech.

– Jadzia… poznałam kogoś.

Zapadła cisza, ale tylko na moment.

– No i?

– No i nie wiem, co robić.

– A co chcesz robić?

Zamyśliłam się.

– Chcę go zobaczyć. Ale boję się, że to nierozsądne, że to tylko chwilowa fascynacja. Że jestem za stara na takie rzeczy.

Chciałam być szczęśliwa

Westchnęła.

– Maryśka, czy ty siebie słyszysz? Bo ja słyszę kobietę, która na siłę szuka powodów, żeby zrezygnować z czegoś, co sprawia, że czuje się szczęśliwa.

– Ale Ania…

– A co Ania?

– Nie rozumie.

– Oczywiście, że nie rozumie. Jest twoją córką. Dla niej zawsze będziesz przede wszystkim matką, kimś, kto ma być ostoją, a nie kobietą, która wywraca swoje życie do góry nogami. Ale ty nie jesteś tylko matką.

Zacisnęłam palce na słuchawce.

– Czy ja naprawdę mogę jeszcze coś zaczynać?

– Jeśli nie teraz, to kiedy?

Przez długi czas milczałam. W końcu powiedziałam tylko:

– Muszę się nad tym zastanowić.

Wieczorem długo wpatrywałam się w bilet, który kupiłam tego samego dnia. Nie miałam jeszcze pewności, czy wsiądę do pociągu. Ale miałam pewność, że chcę.

Maria, 64 lata

Reklama

Czytaj także:
„Gardziłam małżeństwem, ale rodzina wciąż marudziła o ślubie. Mój facet wpadł na diabelski pomysł, żeby dali nam spokój”
„W Walentynki mąż dał mi tylko bukiet róż. Wściekłam się, bo liczyłam na perfumy i błyskotki, a nie na tanie badyle”

„Teściowa wprasza się do nas na weekendy i wszystkich rozstawia po kątach. Nie mogę wytrzymać z tą sekutnicą”

Reklama
Reklama
Reklama