„Miłość mojej wnuczki skończyła się w momencie podpisania testamentu. Zapomniała, gdzie mieszkam i że muszę coś jeść”
„Przyszedł list z banku, potwierdzający zmiany w dokumentach. Jej dane, wszystko zgodnie z pełnomocnictwem. Zrobiła to szybko, sprawnie. Z precyzją, jakiej nie spodziewałem się po dwudziestokilkuletniej dziewczynie. Wtedy dotarło do mnie, że może planowała to od dawna”.

Czasem ludzie przychodzą do naszego życia jak słońce po długiej zimie. Taka była moja wnuczka – rozpromieniła moje samotne dni, dawała sens każdemu porankowi. Wspólne spacery, śmiech przy herbacie, jej głos dzwoniący w słuchawce. Myślałem, że to miłość, którą nic nie zdoła naruszyć. Że więzy krwi, serca, pamięci są mocniejsze niż wszystko. Podpisałem testament, bo chciałem, by miała coś po mnie. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że dla niej ten gest oznaczał koniec. Od tamtego dnia nie zapukała więcej do moich drzwi. A ja wciąż czekam, głodny – jedzenia i jej głosu.
Była moim światłem
Kiedy miała dwanaście lat, biegała po moim ogródku z rozwianymi włosami i słońcem w oczach. Wołała mnie „dziadziu” i przynosiła kamienie, które według niej wyglądały jak serca. Mówiła, że każdy z nich to nasza pamiątka. Nie rozumiałem tej dziecięcej logiki, ale chowałem je w słoiku, bo dla niej to było ważne. Z czasem przyjeżdżała rzadziej. Potem tylko na święta. Aż pewnego dnia zadzwoniła i zapytała, czy może wpaść pogadać o przyszłości.
– Wiesz, dziadku, życie jest kruche. Warto pomyśleć, co zostawimy po sobie – powiedziała z powagą, której wcześniej nie znałem.
Zaproponowała, że pomoże mi z papierami, bo „takie sprawy lepiej mieć uporządkowane”. Patrzyła na mnie czule, jak wtedy, gdy byłem dla niej całym światem. Uwierzyłem, że wciąż jestem. Siedzieliśmy przy stole, a ona uważnie czytała każdy dokument, z czerwonym długopisem w dłoni. Gdy skończyła, przytuliła mnie i powiedziała:
– Dziękuję, że mi ufasz.
Tamtego dnia jej cień zatańczył w moim oknie po raz ostatni. Jeszcze nie wiedziałem, że to będzie ostatni raz, gdy wychodziła, nie oglądając się za siebie.
Nagle o mnie zapomniała
Gotowałem zupę jarzynową. Jak zawsze w poniedziałek. Obierałem marchewkę z tępą starannością, jakbym próbował zetrzeć ciszę, która zapanowała po jej wizycie. Telefon milczał. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu. Wcześniej dzwoniła co kilka dni.
– Dziadku, a pamiętasz... – mówiła i śmiała się z moich starych historii, które znała już na pamięć. Teraz tylko burczenie garnka zagłuszało puste miejsce po jej śmiechu.
Zjadłem połowę talerza. Reszta wystygła.
– Może zajrzy jutro – próbowałem się pocieszyć. Przynajmniej zadzwoni. Przecież nie zniknęła na zawsze. Może jest zajęta.
Ale minął tydzień. Potem drugi. Zadzwoniłem sam.
– Numer, na który dzwonisz, jest chwilowo niedostępny – odezwał się głos automatu.
Sprawdziłem jej profil w internecie. Zdjęcia z jakiegoś przyjęcia, uśmiechnięta, otoczona ludźmi. Ktoś napisał: „Gratulacje, to dopiero początek!”. Zamarłem. Początek czego? Nowego życia? A może końca starego? Tego, w którym byłem jej dziadkiem, a nie tylko przeszłością zapisaną w papierach. Zupa na drugi dzień skwaśniała. Wylałem ją do zlewu, patrząc, jak kawałki marchwi odpływają razem z nadzieją.
Nagle wszystko przycichło
Dom, w którym mieszkam, zawsze był pełen dźwięków. Tykanie zegara, skrzypienie drzwi wejściowych, szuranie moich kapci po podłodze. Ale po niej pozostała cisza. Taka, która nie ma końca, tylko rozlewa się po ścianach jak cień po zachodzie słońca.
Próbowałem zająć się drobiazgami. Naprawiłem kran, który ciekł od miesięcy. Przesadziłem pelargonie. Odkurzyłem stare zdjęcia. Patrzyłem na nią – uśmiechniętą, wtuloną we mnie, z rozdziawioną buzią i oczami pełnymi miłości. Gdzieś ta miłość musiała się zgubić. Albo była warunkowa, choć nigdy jej o to nie podejrzewałem.
Przyszedł list z banku, potwierdzający zmiany w dokumentach. Jej dane, wszystko zgodnie z pełnomocnictwem. Zrobiła to szybko, sprawnie. Z precyzją, jakiej nie spodziewałem się po dwudziestokilkuletniej dziewczynie. Wtedy dotarło do mnie, że może planowała to od dawna. Nie wiem. Może po prostu przestałem być jej potrzebny.
Sąsiadka, pani Halina, zapytała któregoś dnia:
– A co u tej twojej wnuczki? Tak dawno jej nie było.
Zamrugałem. Jakby ktoś nalał mi piasku do oczu.
– A, wyjechała gdzieś – rzuciłem. – Młodzi teraz ciągle w biegu.
Nie zapytała więcej. A ja nie powiedziałem, że nawet nie wiem, gdzie teraz mieszka.
Złota ramka na komodzie
Stała tam, gdzie zawsze – ta sama złota ramka z naszym wspólnym zdjęciem. Siedzieliśmy wtedy na ławce w parku, ona jadła loda, a ja miałem czapkę przekrzywioną jak głupek. Śmiała się do obiektywu. Czasem odwracałem zdjęcie, nie mogąc na nie patrzeć. Innym razem stawiałem je z powrotem, jakby miało mi ją przywrócić.
Któregoś dnia przyszedł list polecony. Myślałem, że może ona. Może coś przysłała, choćby kartkę. Ale to była kancelaria. Chodziło o potwierdzenie aktu własności, już oficjalnie. Dom zapisany na nią. Taki był zapis testamentu, który spisałem. Nie miałem nikogo innego. Ufałem jej. Chciałem, żeby miała dach nad głową, kiedy mnie zabraknie. Nie sądziłem, że zniknie, zanim to nastąpi.
Nie przyszła, by porozmawiać. Nie zadzwoniła, by zapytać, jak się czuję. Ani razu nie wspomniała o moich lekach, które sam zacząłem mylić. Nie interesowało jej, czy mam co jeść, czy ogrzewam dom zimą. Jakby przestałem istnieć w chwili, gdy podpis wyschnął na papierze. Patrzyłem na tę ramkę i próbowałem zrozumieć, gdzie popełniłem błąd. Może kochałem ją za bardzo. Może to był mój jedyny grzech.
Daleko ode mnie
Minęło pół roku. Pora roku się zmieniła, ale mój świat stał w miejscu. Zimą paliłem w piecu tylko wtedy, gdy naprawdę marzłem. Jedzenie kupowałem rzadko – nie chciało mi się gotować dla siebie samego. W sklepie pani sprzedawczyni próbowała zagadywać, a ja odpowiadałem półsłówkami, udając, że wszystko jest po staremu.
Widziałem ją raz, przez szybę. Siedziała w kawiarni z jakimś chłopakiem, uśmiechnięta, szczęśliwa. Chciałem podejść, stuknąć w szybę, powiedzieć: „Tu jestem. Twój dziadek. Tego dnia zostawiłaś mnie samego”. Ale nie zrobiłem tego. Odwróciłem się i odszedłem. Bałem się, że spojrzy na mnie jak na obcego.
Dostałem kartkę na święta, podpisaną jej imieniem. Bez treści, bez słowa „kocham”, bez żadnego „tęsknię”. Po prostu: „Wesołych Świąt”. Pomyślałem wtedy, że pewnie kupiła cały pakiet i wysłała wszystkim z listy. Nic osobistego. Formalność. Jak podpis na testamentach.
Pamiętam, jak kiedyś mówiła:
– Dziadku, nigdy cię nie zostawię. Zawsze będę o ciebie dbać.
Dziś wiem, że młode serca szybko się rozpalają, ale jeszcze szybciej zapominają, kto je ogrzał, zanim znalazły własny ogień.
Puste krzesło przy stole
Wiosną zrobiło się lżej na dworze, ale we mnie nic nie puściło. Siadałem przy stole, stawiałem dwa kubki, jak kiedyś, i dopiero po chwili orientowałem się, że robię to automatycznie. Ten drugi kubek zostawał pusty, a ja patrzyłem na niego, jakbym czekał, aż wydarzy się cud. Odsuwałem go potem na bok, jak niepotrzebny dowód mojej naiwności.
Nie miałem odwagi zadzwonić. Chciałem, a jednocześnie bałem się, że odbierze i zapyta chłodno, kim jestem. W głowie układałem zdania, które brzmiały prosto: że mi brakuje jedzenia, że czasem kręci mi się w głowie, że nikt nie zapyta, czy żyję. Tylko że żadnego z tych zdań nie potrafiłem powiedzieć na głos, bo brzmiały jak prośba o litość. A ja całe życie starałem się być człowiekiem, który nie prosi.
Pewnego dnia stanąłem w drzwiach z reklamówką zakupów. Zrobiłem je, choć ledwo dźwigałem. Usiadłem w kuchni, otworzyłem chleb i zjadłem kromkę na sucho. Wtedy dotarło do mnie, że miłość mojej wnuczki skończyła się nie w chwili, gdy przestała przychodzić, tylko w momencie, gdy uznała, że już dostała wszystko, co mogła dostać. A ja zostałem z pustym krzesłem przy stole i cichą lekcją, że czasem testament bywa ważniejszy niż człowiek.
Wiktor, 74 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Miałam spędzić sylwestra z byłym dla dobra dziecka. Nie przypuszczałam, że to może być tak cudowna noc”
- „Kiedy żona bierze moją kartę, mogę pożegnać się z wypłatą. Wydaje pieniądze na takie bzdury, że włos się jeży”
- „Teściowa myślała, że po ślubie będę żyć pod jej dyktando. To moja sprawa, jak dbam o męża i swój dom”

