Reklama

Czasem miałam wrażenie, że nie jestem już żoną, tylko jakąś funkcją domową. Gotowałam, sprzątałam, pracowałam, kładłam dzieci spać i odpowiadałam na monosylabiczne komentarze Eryka, który ostatnio częściej przesiadywał z telefonem niż ze mną. Niby obok, a jakby na drugim końcu świata.

Byliśmy małżeństwem prawie trzynaście lat. Dwoje dzieci, kredyt, rutyna. Żadnej wielkiej awantury, żadnych dramatów. Po prostu cisza, w której uczucia umarły śmiercią naturalną. Nasze rozmowy krążyły wokół zakupów, planu lekcji i „czy płaciłaś rachunek za gaz?”. Nawet jak płakałam w nocy, nie zauważał.

Nie chodziło o zdradę. Nawet o seks, którego zresztą od miesięcy nie było. Po prostu – coś się wypaliło. Czasem myślałam, że tak wygląda życie po czterdziestce: uśmiechasz się do dzieci i z każdym dniem powoli znikasz.

Któregoś dnia, tuż po nowym roku, zadzwoniła Asia.

– Justyna, słuchaj, jest mega okazja. Ferie. Góry. Domek tani jak barszcz. Bierz dzieciaki i jedź. Potrzebujesz resetu – powiedziała, jakby znała mnie lepiej niż ja sama.

– Asia, ale… Eryk…

– Nic nie mów. Nie może jechać? On i tak nie lubi zimy, prawda?

Miała rację. Eryk mówił, że ferie to zmora rodziców – „drogo, zimno i dzieci się nudzą”. Chwyciłam się tej propozycji jak ostatniej deski ratunku. Może chciałam coś poczuć. Może tylko odetchnąć. A może po prostu uciec.

Czekała na nas niespodzianka

Dojechaliśmy późnym popołudniem. Dzieci od razu rzuciły się w śnieg przed domkiem, a ja marzyłam tylko o tym, żeby zdjąć buty i usiąść w fotelu. Asia wyszła na ganek, zawinięta w ciepły koc, z kubkiem parującej herbaty w dłoni.

No jesteście! – zawołała z uśmiechem. – Zimno jak w psiarni, ale klimat bajka, zobaczysz!

Domek był rzeczywiście uroczy. Drewniany, dwupiętrowy, przytulny. W środku pachniało drewnem i cynamonem. Asia oprowadziła mnie po pomieszczeniach, pokazując układ łóżek, gdzie dzieci, gdzie my. Byłam zaskoczona.

– A ty nie wspominałaś, że będzie tu ktoś jeszcze.

Asia odwróciła się od lodówki.

– W sensie?

– No… ten pokój na końcu. Kto tam śpi?

– Aaaa… no tak, Konrad. Mój brat. On też tu jest – rzuciła jakby od niechcenia. – Nie robiłam z tego tajemnicy. Po prostu… uznałam, że to nic ważnego. On prawie nie wychodzi.

Poczułam się zaskoczona. Nie chodziło nawet o to, że był tu jakiś mężczyzna. Tylko o to, że Asia mi o nim nie powiedziała. Przecież miałyśmy jechać we dwie z dzieciakami. Kobiecy reset. Zerknęłam w stronę salonu i wtedy go zobaczyłam. Jednak wyszedł. Wysoki, z nieco potarganymi włosami, w szarym swetrze, z gitarą na kolanach.

– Cześć – powiedział i uśmiechnął się szeroko, jakbyśmy się już znali.

Było w nim coś, co sprawiło, że moje serce na ułamek sekundy zadrżało. Dzieciaki już go obsiadły. Wieczorem siedzieliśmy razem przy kominku. Konrad nalał mi herbaty z rumem. Wymieniliśmy kilka spojrzeń. Jedno było za długie.

Mieliśmy tylko spojrzenia

Z każdym dniem ten wyjazd stawał się coraz mniej tym, na co się pisałam. A jednocześnie – coraz bardziej tym, czego chyba podświadomie szukałam. Konrad był wszędzie. Pomagał dzieciakom założyć narty, gotował rano owsiankę, nawet naprawił zamek w mojej walizce, który zaciął się tuż po przyjeździe. Asia śmiała się, że z niego taka „złota rączka”. Ja widziałam w nim coś więcej. Spokój. Uwagę. Obecność.

Wieczorami siadał w salonie z książką albo gitarą, a dzieci wtulały się w jego ramiona jakby znały go od lat. Eryk dojechał do nas dopiero czwartego dnia. Wniósł bagaże, uścisnął mnie w przelocie i rzucił „zimno jak diabli”. Był zmęczony i zdystansowany. Jakby cały czas czekał tylko, aż miną te ferie i będzie można wrócić do „normalności”.

Konrad wciąż był obecny. Nie nachalnie, nie wyzywająco. Po prostu – był. A ja nie pamiętałam już, kiedy ostatnio czułam się przy kimś tak… zauważona. Tamtego wieczoru zmywaliśmy razem po kolacji. W kuchni było ciepło, pachniało tymiankiem i płynem do naczyń. Dzieci siedziały w salonie, Eryk drzemał na kanapie.

Twoje dzieci cię kochają – powiedział cicho Konrad.

Spojrzałam na niego i coś we mnie się przełamało.

– Szkoda, że ich ojciec już chyba nie bardzo – wyszeptałam.

Nie odpowiedział. Tylko spojrzał na mnie długo. Wróciłam do pokoju i długo nie mogłam zasnąć. Próbowałam wyrzucić z głowy jego spojrzenie. I to, że ja odwzajemniłam je bez żadnego oporu.

Połączyła nas cisza

Tego wieczoru Eryk zasnął od razu po kolacji. Nawet nie zdjął swetra, tylko położył się na łóżku i chrapał, zanim zdążyłam wyłączyć lampkę. Dzieciaki zmęczone całym dniem na stoku spały jak kamienie. W domu panowała cisza, jakiej dawno nie znałam.

Wyszłam na palcach do kuchni po wodę. Było cicho i ciepło. Tylko zegar tykał na ścianie. Pomyślałam, że może usiądę jeszcze na chwilę przy kominku – nie chciało mi się wracać do sypialni, do męża, który nawet nie zapytał, jak minął mi dzień.

Znalazłam się przed drzwiami do pokoju Konrada, zanim zdążyłam pomyśleć, co robię. Tylko tam stałam. Po chwili same się otworzyły. Stał w nich on – jakby czekał.

– Nie mogę spać – szepnęłam.

– Ja też nie – odparł, cofając się w głąb pokoju. – Wejdziesz?

Zamknęłam drzwi za sobą. To wszystko było ciche. Spokojne. Bez słów, bez szeptów. Jego ręce objęły mnie, jakby wiedziały dokładnie, gdzie jestem. Nasze usta spotkały się w pół drogi, a serce zaczęło bić tak, jakby chciało sobie przypomnieć, że jeszcze potrafi.

To było krótkie, czułe, przepełnione napięciem. Bez gwałtowności, bez chaosu. Jakbyśmy oboje wiedzieli, że ta chwila nie powinna się wydarzyć – a jednak żadne z nas nie miało siły jej zatrzymać. Leżałam potem przez chwilę w jego ramionach, a potem cicho wstałam i wróciłam do swojego pokoju. Eryk nadal chrapał. Zamknęłam oczy. Ale nie mogłam zasnąć. Nie z powodu wyrzutów sumienia. Tylko dlatego, że pierwszy raz od miesięcy… czułam się naprawdę żywa.

To był mój błąd

Minął tydzień od naszego powrotu z gór. Dom wciągnął mnie z powrotem w stare tory – pranie, obiady, praca, dzieci. Tylko coś się we mnie zmieniło. Jakby ktoś odsunął zasłonę i wpuścił do środka światło. Myśli o Konradzie wracały nagle – przy herbacie, pod prysznicem, kiedy dzieci śmiały się w drugim pokoju.

Pisaliśmy do siebie. Krótko, ostrożnie. Dwa-trzy zdania dziennie. Żadnych serduszek. Tylko wspomnienie tych kilku chwil, które zawisły między nami jak tajemnica. Wiedziałam, że to niemożliwe. Że to nie będzie miało dalszego ciągu. Ale nie potrafiłam przestać.

Eryk wrócił do swojej normy – był w tle i tyle. Siedział wieczorami z laptopem, przeglądał strony z narzędziami i forami wędkarskimi. Mijaliśmy się w kuchni, łazience, przy drzwiach. Któregoś popołudnia, kiedy kroiłam marchewkę na zupę, usłyszałam jego kroki.

Mogę wziąć twój telefon? Chcę dzieciakom pokazać to zdjęcie z kuligu, pamiętasz?

– Jasne – odparłam, nie zastanawiając się. Wskazałam na stół. – Leży tam.

Po chwili zrobiło się cicho. Za cicho. Odwróciłam się. Stał z telefonem w ręku. Nie patrzył na ekran. Patrzył na mnie.

– Justyna… – powiedział powoli. – Kto to jest?

– Kto?

– Co to ma znaczyć? – uniósł głos. – Pisze do ciebie takie rzeczy… To jest ten twój znajomy z ferii? Konrad?

Nie wiedziałam, co powiedzieć. Czułam, jak krew odpływa mi z twarzy.

To był jeden raz… Nie wiem, co się ze mną stało – wyszeptałam.

Patrzył na mnie, jakby pierwszy raz mnie widział.

– Może po prostu jesteś kimś, kogo nigdy nie znałem – powiedział cicho.

Odłożył telefon i wyszedł z kuchni.

To wszystko z samotności

Od tamtego popołudnia dom stał się polem bitwy. Milczeliśmy. Eryk zamieszkał na kanapie w salonie, nawet nie próbując tego tłumaczyć dzieciom. Mówił, że „coś mu w kręgosłupie strzyka, lepiej mu na twardszym”. Starszy syn zapytał raz szeptem:

– Mamo, czemu tata się złości?

Nie umiałam odpowiedzieć. Jak mam dziecku powiedzieć, że jego mama… po prostu przestała wytrzymywać? Wieczory były najgorsze. Siedziałam przy stole z laptopem, niby pracując. Eryk cicho przełączał kanały. Nie pytał, czy coś jem. Nie pytał o nic.

Zerkałam na telefon. Próbowałam napisać do Konrada. Raz. Drugi. Krótkie „cześć”. Żadnej odpowiedzi. Odczytane i tyle.

– Chciałam tylko na chwilę poczuć się… zauważona – powiedziałam któregoś wieczoru, kiedy dzieci już spały, a Eryk nalewał sobie herbaty w kuchni.

Odwrócił się powoli.

– To trzeba było pójść do fryzjera, a nie do łóżka obcego faceta – rzucił, patrząc mi prosto w oczy.

Zamarłam. Chciałam odpowiedzieć, zaprzeczyć, bronić się. Nie potrafiłam. Eryk wyszedł z kuchni, zostawiając kubek parujący na blacie.

Położyłam się sama w pustym łóżku i wpatrywałam się w sufit. Nie było już Konrada. Nie było Eryka. Zostałam z pytaniem, którego się wcześniej bałam: kim jestem, kiedy nikt mnie nie dotyka? Kiedy nikt mnie nie widzi? I może najgorsze – co jeśli już zawsze będę tylko... obok?

Zapamiętam te ferie na zawsze

Siedzę w kuchni, trzymając dłonie wokół zimnej już kawy. Jest szósta trzydzieści rano. Dzieci jeszcze śpią, a dom oddycha cicho swoim milczeniem. Eryk mija mnie, nawet nie patrząc. Kluczyki do auta brzęczą krótko i drzwi się zamykają. Codzienny rytuał – dokładnie taki sam jak przed feriami. Tylko że teraz wiem, co za nim stoi.

Czasem mam wrażenie, że wcale nie zdradziłam Eryka z Konradem. Zdradziłam samą siebie – tę wersję siebie, która wierzyła, że miłość może przetrwać wszystko. Tę, która bała się odejść, więc szukała iskry w czyimś spojrzeniu.

Nie ma Konrada. Nie odpowiedział już ani razu. Po prostu zniknął. Może dla niego to była przygoda. Może żałował. Może Asia coś powiedziała. A może… po prostu nie był tym, kim chciałam, żeby był. Eryk śpi na kanapie już drugi tydzień. Wczoraj zostawił mi na stole folder do prawnika rodzinnego. Nawet nie musiał nic mówić.

Dzieci pytają mniej. Przyzwyczajają się. Może i ja się przyzwyczaję. Patrzę na kubek. Na kuchnię. Na swoje dłonie. To wszystko wygląda dokładnie tak samo jak wcześniej. Ale nic już nie jest takie samo. Zaczęło się od chęci odpoczynku. Skończyło się jak burza, której nikt nie zapowiadał. Teraz jest tylko cisza. W głowie. W domu. W sercu.

Justyna, 40 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama