Reklama

Cisza między nami stała się codziennością, której nauczyłem się nie zauważać. Była wygodna, bo nie wymagała odwagi. Mówiłem sobie, że Lena jest zmęczona, że to chwilowe, że po walentynkach wszystko sobie wyjaśnimy. Ten termin działał jak obietnica bezpieczeństwa. Każdy drobny gest oddalenia tłumaczyłem rozsądkiem, a nie strachem, który coraz częściej ściskał mnie w środku.

To nie był ten uśmiech

To Lena pierwsza wypowiedziała to zdanie, choć długo krążyło między nami jak coś zbyt kruchego, by dotknąć.

— Może… porozmawiajmy po walentynkach — powiedziała, mieszając herbatę, która dawno wystygła.

Podniosłem wzrok znad telefonu. Przez sekundę nie byłem pewien, czy dobrze usłyszałem, ale poczułem natychmiastową ulgę. Jakby ktoś zdjął mi z barków ciężar, którego nawet nie umiałem nazwać.

— Po walentynkach? — powtórzyłem, bardziej żeby zyskać czas niż z ciekawości.

Teraz nie mam na to siły — dodała cicho. — Nie chcę psuć wszystkiego przed… wiesz.

Wiedziałem. Walentynki były dla mnie ostatnią deską ratunku. Świętem, które miało udowodnić, że wciąż potrafimy być razem. Skinąłem głową zbyt szybko.

— Jasne. To ma sens — odpowiedziałem. — Skupmy się teraz na czymś miłym.

Uśmiechnęła się, ale to nie był ten uśmiech, który pamiętałem. Raczej grzeczny, uprzejmy, jak wobec kogoś, komu nie chce się sprawić przykrości. Nie zauważyłem wtedy, że jej ramiona opadły, jakby właśnie przegrała jakąś wewnętrzną walkę. Dla mnie to była umowa. Konkretna data, granica chaosu. Do tego czasu mogłem udawać, że nic się nie sypie. Że cisza nie jest ostrzeżeniem, tylko przerwą. Lena natomiast zaczęła mówić mniej, jakby każde zdanie było kolejnym wysiłkiem. Stała się uprzejma aż do bólu. Pytała, czy czegoś nie potrzebuję, odkładała moje rzeczy na miejsce, dziękowała za drobiazgi.

Wieczorami siedzieliśmy obok siebie na kanapie. Ona z książką, ja z myślami krążącymi wokół tego, co powiem „po”. Czasem chciałem zerwać tę umowę, zapytać wprost, ale bałem się odpowiedzi. Bałem się, że nie będzie już czego ratować. Lena dotrzymała słowa. Nie poruszała tematu ani razu. Ja też. I właśnie wtedy powinienem zrozumieć, że dla niej to nie było odkładanie rozmowy, tylko odkładanie końca.

To tylko teatr jednego wieczoru

W dniu walentynek obudziłem się z poczuciem misji. Jakby od tego jednego wieczoru zależało coś więcej niż kolacja. Lena krzątała się po mieszkaniu w ciszy, związała włosy, założyła płaszcz bez pytania, czy mi się podoba. Wszystko było poprawne. Zbyt poprawne.

— Zarezerwowałeś coś? — zapytała, gdy wychodziliśmy.

— Tak. Mała restauracja, spokojna — odpowiedziałem z dumą, jakbym właśnie dokonał czegoś wielkiego.

Skinęła głową. Bez entuzjazmu, bez sprzeciwu. W drodze rozmawialiśmy o drobiazgach. O korkach, o tym, że kelnerzy pewnie będą mieli dziś ciężki wieczór. Słuchałem jej uważnie, szukając w głosie czegokolwiek, co potwierdziłoby, że jeszcze jej zależy. Każde zdanie traktowałem jak dowód. W restauracji było ciepło i jasno. Świece, cicha muzyka, pary pochylone nad stołami. Lena zdjęła płaszcz i przez chwilę wyglądała jak dawniej. Uśmiechnęła się do kelnera, podziękowała za menu.

Serce mi przyspieszyło.

— Dobrze tu — powiedziała.

Te dwa słowa wystarczyły, żebym uwierzył, że się myliłem. Że dramat w mojej głowie był przesadzony. Opowiadałem jej o pracy, o planach na wiosnę. Przytakiwała, zadawała pytania. Grała swoją rolę perfekcyjnie. Ja też. Ale widziałem, jak czasem zawiesza wzrok gdzieś obok, jakby obserwowała siebie z dystansu. Jakby była tu tylko ciałem, a myślami zupełnie gdzie indziej. Gdy dotknąłem jej dłoni, nie cofnęła jej, ale też nie ścisnęła mojej.

— Wszystko w porządku? — zapytałem w końcu.

— Tak — odpowiedziała natychmiast. Zbyt natychmiast. — Po prostu jestem zmęczona.

Przyjąłem to jak usprawiedliwienie, którego potrzebowałem. Chciałem wierzyć, że to tylko teatr jednego wieczoru, który jutro zamieni się w coś prawdziwego. Nie wiedziałem, że dla niej to była ostatnia scena, w której próbowała dotrwać do końca bez ucieczki.

Deser wystygł

Deser przyszedł szybciej, niż się spodziewałem. Jakby cały wieczór nagle przyspieszył, zmierzając do punktu, którego nie potrafiłem nazwać. Lena patrzyła na talerz, nie podnosząc wzroku. Łyżeczka zatrzymała się w połowie drogi.

— Kacper… — zaczęła i już po tym jednym słowie wiedziałem, że to nie jest zwykłe „muszę ci coś powiedzieć”.

Podniosła na mnie wzrok. Jej oczy były spokojne, aż nienaturalnie. Bez łez, bez drżenia.

— Nie dam rady czekać dłużej.

Zamarłem. Przez chwilę słyszałem tylko własny oddech i gwar sali, który nagle stał się zbyt głośny.

— Co masz na myśli? — zapytałem, choć odpowiedź wisiała w powietrzu.

— Próbowałam — powiedziała cicho. — Naprawdę. Ale siedzę tu i czuję, że kłamię. Tobie i sobie.

Chciałem coś powiedzieć, wytłumaczyć, przypomnieć jej o umowie. O tym, że miało być później, spokojniej, bez świadków. Zamiast tego zapytałem:

— Czyli to jest ta rozmowa?

Skinęła głową. Na jej twarzy pojawiło się coś pomiędzy ulgą a lękiem.

— Ja już w tym nie jestem — dodała. — Od dawna. A udawanie dzisiaj było ponad moje siły.

Poczułem, jakby ktoś nagle usunął mi grunt spod nóg. Wszystkie słowa, które przygotowywałem „na potem”, rozsypały się bez sensu.

— Mogłaś poczekać — powiedziałem, bardziej do siebie niż do niej. — Obiecałaś.

— Wiem — odpowiedziała. — I przepraszam. Ale ta obietnica była tylko próbą wytrzymania jeszcze chwilę.

Patrzyłem na nią, szukając emocji, które by zaprzeczyły temu, co mówi. Złości, wahania, czegokolwiek. Zamiast tego zobaczyłem zmęczenie. Głębokie, uczciwe.

— To nie stało się dziś — dodała po chwili. — Dziś tylko przestałam udawać.

Deser wystygł. Zrozumiałem, że właśnie kończy się coś, co już wcześniej było puste, ale dopiero teraz ktoś miał odwagę to nazwać.

W domu było cicho

Wyszedłem z restauracji sam. Zimne powietrze uderzyło mnie w twarz mocniej, niż się spodziewałem. Lena powiedziała, że wróci inną drogą, że potrzebuje przejść się sama. Skinąłem głową, jakby to była zwykła prośba, a nie kolejny znak, że wszystko naprawdę się skończyło. Szedłem powoli, analizując każdą minutę wieczoru. Jej „dobrze tu”, moje nadzieje, ten moment przy deserze. Złość przyszła dopiero po chwili. Na nią, że nie dotrzymała słowa. Na siebie, że tak kurczowo trzymałem się terminu, zamiast prawdy.

W domu było cicho. Zbyt cicho. Zdjąłem kurtkę i odruchowo spojrzałem na telefon. Wiadomość od Igora przyszła kilka minut później, jakby wyczuł moment.

„I jak?” — napisał.

Oddzwoniłem bez zastanowienia.

— Skończyła — powiedziałem od razu. — Dzisiaj. Przy kolacji.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

— Wiesz… — odezwał się w końcu. — Trochę się tego spodziewałem.

Te słowa zabolały bardziej, niż chciałem przyznać.

— Ty zawsze wszystko widzisz wcześniej — odpowiedziałem ostro. — Ja wierzyłem, że damy radę.

— Wierzyłeś, bo było wygodniej nie pytać — powiedział spokojnie. — Ty odkładałeś rozmowę, ona odkładała odejście.

Usiadłem na kanapie, dokładnie w tym miejscu, gdzie jeszcze niedawno siedzieliśmy obok siebie, każdy w swoim świecie.

— Myślisz, że gdybym wtedy… wcześniej… — zacząłem, ale nie dokończyłem.

— Może by coś zmieniło. A może tylko przyspieszyło koniec — odpowiedział Igor. — Ale przynajmniej wiedziałbyś, na czym stoisz.

Po rozmowie długo patrzyłem w ciemne okno. Zrozumiałem, że odwlekanie prawdy nie było neutralne. Było wyborem. Moim wyborem. A konsekwencją była samotność, która przyszła i tak.

Tego się nie dowiem

Przez kolejne dni łapałem się na tym, że wciąż myślę o deserze. Nie o tym, co powiedziała Lena, ale o wszystkim, co wydarzyło się dużo wcześniej. O wieczorach, gdy cisza była łatwiejsza niż pytania. O momentach, w których mogłem zapytać, ale wolałem wierzyć, że czas zrobi to za mnie. Zrozumiałem, że nasz związek nie skończył się w restauracji. On kończył się powoli, w drobnych ustępstwach, w odkładaniu rozmów, w zgodzie na bylejakość udawaną za spokój. „Po walentynkach” było dla mnie nadzieją, a dla niej tylko datą graniczną wytrzymałości.

Nie mam do Leny pretensji o to, że powiedziała prawdę akurat wtedy. Mam je do siebie, że tak długo bałem się jej usłyszeć. Że wolałem obietnicę rozmowy niż samą rozmowę. Dziś wiem, że szczerość spóźniona o kilka tygodni nie zawsze ratuje, ale jej brak niemal zawsze niszczy. Zostałem z pytaniem, na które nie ma już odpowiedzi. Czy gdybym odważył się wcześniej, cokolwiek by się zmieniło? Tego się nie dowiem. Wiem tylko, że cisza, którą brałem za bezpieczeństwo, była początkiem końca.

Kacper, 31 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama